czwartek, 18 września 2008

Rodos - fotki


Hit wyjazdu!



Ach chciałoby się tam jeszcze kiedyś wrócić ...


Jest bosko!



Kwiatuszki:)


Trzeba trochę odpocząć


Z jelonkiem:)


Rodos




Na plaży w Pefkos



Prassonissi



Kolacja we włoskiej knajpce




Smacznego!



W Water Parku w Faliraki


Ciekawe gdzie jest drugi bucik?


Beztroski poranek



Wieczorny spacer



z tatusiem:)



Wtorkowe echo

Do dr Kordona mamy bezgraniczne zaufanie, ale rodzice najchętniej monitorowaliby mój stan non stop, żeby mieć całkowitą pewność, że nic niepokojącego się nie dzieje. A ponieważ do następnej wizyty w Krakowie zostało jeszcze dwa miesiące postanowili wykonać badania na miejscu w Warszawie. I tym sposobem wtorkowy poranek spędziłam na ulicy Agatowej w gabinecie doc. Dangel.
Początkowo nic nie zapowiadało nadciągającej burzy, mało powiedziane to było istne tornado! Grzecznie przywitałam się z czekającą w poczekalni małą dziewczynką i jej rodzicami i zaglądałam we wszystkie kąty. Nawet zawędrowałam do Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci, gdzie miły pan doktor zaprosił mnie do środka i pokazał piękne rybki pływające w akwarium. W końcu nadeszła moja kolej. No i bomba wybuchła ... Zaczęłam płakać, zanosić się, prawie wyć. Wykonanie echa w takich warunkach graniczyło z cudem. Nic nie było mnie w stanie uspokoić ani zabawki, ani śpiewanie mamy, ani nawet specjalnie dla mnie włączony telewizor. W końcu pani doktor uznała, że nie ma mnie co męczyć, a raczej się tak szybko nie uspokoję, a na tyle co jej się udało sprawdzić to funkcja komory jest dobra (i to przy takim cyrku, który urządziłam:), jest szerokie połączenie międzyprzedsionkowe, więc w drodze analogii przyjmujemy, że i reszta pracuje nieźle. Tak się darłam, że doc. Dangel nie mogła znaleźć tętnic płucnych:) Powiedziała, że jest przewężenie w aorcie, ale wiadomo - nie zmierzone.
Mama - bo pani pielęgniarka bała się nawet do mnie podejść:) - zważyła mnie: około 10 kg, bo to była taka zwykła waga łazienkowa i zmierzyła: 86 cm.
Potem rodzice podjęli nieśmiałą próbę podpięcia mnie pod pulsoksymetr. Oczywiście zakończyła się ona całkowitą klęską, bo czujnik nic nie mógł "zebrać". Ale przynajmniej tata sobie sprawdził saturację i tętno:), które odpowiednio wynosiły 94% i 76. Tata, aż zbladł, bo stwierdził, że to niemożliwe, żeby miał tak niskie tętno:) Dobrze, że pod ręką był kardiolog:)
No i zakończyliśmy wizytę u pani doktor. Niby zadowoleni jesteśmy, bo funkcja jest dobra, ale niestety nie sprawdziliśmy aorty.
Ciekawe z jakiej strony się pokaże za dwa miesiące u doktora Kordona? Mama zapowiada, ze będzie mnie przygotowywać na to spotkanie. Ciekawe jak? Chyba będzie mi robić echo na niby:)

środa, 17 września 2008

Dwa tygodnie w pigułce :)

Po pobycie na słonecznej wyspie Rodos pozostały już tylko wspomnienia... Ciężko się przyzwyczaić do szarej rzeczywistości tym bardziej, że za oknem buro i zimno :(
31 sierpnia po południu wsiedliśmy do samolotu. Samolot jak samolot - dla mnie żadna nowość. Krótka drzemka i już byliśmy na miejscu! A potem transfer do naszego hotelu znajdującego się w miejscowości Lardos. Po mimo, że było późno wcale nie chciałam iść spać! Rodzice wprost przeciwnie:) Ale w końcu i mnie dopadły trudy podróży. A rano przywitało nas piękne słońce: przez całe dwa tygodnie na niebie nie pojawiła się żadna chmurka! Po pysznym śniadanku "splądrowaliśmy" cały rozległy teren, na którym znajdował się nasz hotel i poznaliśmy wszystkie jego zakamarki.
Pierwsze dni pobytu były do siebie bliźniaczo podobne: kąpiele w basenie wraz z moimi nowymi przyjaciółmi Helenką i Kajtkiem, wyprawy nad morze, plac zabaw i do mini klubu dla dzieci no i oczywiście wspólne posiłki, a tych było wręcz w nadmiarze: śniadania, obiady, podwieczorki i kolacje. Z czasem byłam już nimi znużona i trochę je sobie urozmaicałam zrzucaniem resztek jedzenia na podłogę:( powiem szczerze, że nie było to ładne zachowanie. Próbowałam też oddawać kelnerom talerze, żeby rodzice nie zauważyli, że nie wszystko zjadłam. No i oczywiście nie odeszłam od stołu z brudną buzią, albo mama mi ją wycierała albo ja sama. Muszę przyznać, że jedzonko w hotelu było przepyszne. Mi szczególnie do gustu przypadły naleśniki z dżemem kiwi, pieczone rybki i zupa przygotowywana specjalnie dla dzieci. Zajadałam się też owocami: pożarłam chyba tonę arbuzów, śliwek, gruszek, brzoskwiń, winogron. Poznałam też smak potraw "zakazanych"" frytek i pizzy, które kosztowałam w snack barze nieopodal plaży. Rodzice byli przekonani, że największą frajdą będzie dla mnie pluskanie w basenie i w morzu, a ja najbardziej lubiłam wyprawy do hotelowego sklepu. Ileż tam było ciekawych rzeczy: piłki w wielkich koszach, całe mnóstwo zabawek, pieluszki poukładane równiutko, rzędy butelek z napojami ... Ech długo by wymieniać! Ale ja niczego nie zrzucałam, ani nie zabierałam tylko biegałam od półki do półki i wszystko dokładnie oglądałam! Każda wizyta na jadalni kończyła się obowiązkową wizytą w sklepie, który był tuż obok - przypisek mamy: niektóre się od niej zaczynały i na niej kończyły; szkoda tylko, że nie "odkryła", że w hotelu jest jeszcze jeden sklep z wyrobami jubilerskimi:)
No i oczywiście nie możemy zapomnieć, że moją podstawową pasją jest taniec. Tam gdzie tylko słyszałam muzykę, pędziłam co sił w nóżkach i podrygiwałam. Tym sposobem uczestniczyłam w zajęciach z aerobiku, kursie tańca latynoamerykańskiego i gimnastyce w wodzie. Natomiast kompletnie do gustu nie przypadła mi dyskoteka dla dzieci!
I tak sobie błogo leniuchowaliśmy; wstawaliśmy po 7, o 9 chodziliśmy na śniadanko, potem godzinka pluskania w basenie bądź morzu, przedobiednia drzemka, obiad, zabawy w pokoju i na tarasie podczas największych upałów, koło 16 podwieczorek w snack barze i dalej zabawy na basenie, koło 20 kolacja i spanko. Spanko ja, bo rodzice korzystając z wręcz gorących wieczorów przesiadywali do późna na tarasie.
A drugi tydzień to już była zupełnie "inna bajka". Do oddalonej o 3 km miejscowości Pefki przyjechała banda moich wujków więc trochę czasu spędzaliśmy razem, tatuś nawet dwa razy zostawił nas wieczorem i pojechał do nich niby na oglądanie meczu:) Chodziliśmy razem na plażę i jeździliśmy na wspólne wycieczki. Pierwszego dnia pojechaliśmy do Water Parku do Faliraki. Dla mnie średnia przyjemność, bo jednak jestem trochę za mała na te wszystkie zjeżdżalnie, ale było co oglądać. Trzy wielkie zjeżdżalnie kamikadze, brr aż ciarki przechodziły po plecach. Tata na nich zjeżdżał, a mama uznała, że teraz ma za dużo do stracenia; dopóki nie miała mnie - rodzice byli już kiedyś na Rodos, w dodatku w podróży poślubnej:) - to mogła sobie pozwolić na takie ekstrawagancje, teraz skupiła się na lazy river:) W drodze powrotnej stanęliśmy na obiad w przydrożnej tawernie, gdzie Wujek Rzeka okazał sie niezwykle hojnym klientem:)
Następnego dnia wycieczkę zaczęliśmy od leniuchowania na najpiękniejszej plaży na Rodos: Glista, by potem podążyć do mekki windsurferów: Prassonissi. Widok piękny, ale wiało tak, że aż zatykało dech! Kolejny etap wycieczki to wizyta w Monalithos, warownym zamku joanitów, potem w Sianie gdzie tata nabył lokalne specjalności: miód i soumę - bimber z winogron. A potem już tylko obiad w Embonas - królestwie rodyjskiego wina. Po tak wyczerpującym dniu czym prędzej wracaliśmy do domu, tzn. tata wracał, bo mama po "wpadce" z samochodem, którą miała pierwszego dnia już nie zdecydowała się usiąść za kółkiem. Trzeciego dnia odwiedziliśmy stolicę wyspy - Rodos. Żeby wycieczka nie była zbyt męcząca wybraliśmy się tam późnym popołudniem. Ale było fajnie: kręte uliczki pełne kotów i psów! Super! Oczywiście odwiedziliśmy też przepiękny Lindos, ale nie wybraliśmy się na Akropol: wjeżdża się tam na osłach, sama bym nie dała rady, a mama się trochę bała jechać ze mną. Szkoda ... To by dopiero była wyprawa!
Oprócz tego nauczyłam się przedstawiać. Gdy ktoś się pytał: "Jak masz na imię?" odpowiadałam głośno: "Niania":) Przejęłam też złe nawyki: naoglądałam się innych dzieci i chciałam ssać smoka - próbowałam go im zabierać i pić mleko z butelki. Jak wróciliśmy do domu przeszło jak ręką odjął! I strasznie nie lubiłam wieczornych kąpieli: darłam się wniebogłosy jak by mnie ktoś obdzierał ze skóry! ale nie ma się czemu dziwić tyle wody w ciągu dnia! A najfajniej było gdy mi mama zdjęła pieluszkę i mogłam biegać z gołą pupką, tylko potem dwa razy trzeba było sprzątać z tarasu:)
Starałam się być grzeczną dziewczynką, uśmiechałam się do wszystkich i machałam do nich, a do najfajniejszych słałam całusy:) Najbardziej polubiłam pana, który nadzorował pracę kelnerów na jadalni. A do tego był baaardzo przystojny:)
Ech można by tak wspominać i wspominać ...

sobota, 30 sierpnia 2008

Nieobecność

Ostatnio trochę się lenię w blogowaniu, ale to nie moja wina. Jestem zupełnie odcięta od wirtualnego świata - jeden laptop sam się zepsuł, a drugiego zepsuła mama ... Tak się do mnie śpieszyła kiedy beztrosko pluskałam się w wannie, że nie zauważyła leżących na podłodze kabli. Zaplątała się w nie, a laptop spadł na podłogę i było wielkie bam!!! Jakie poczyniła szkody jeszcze nie wiemy, na pewno pękła matryca, a dalsze zniszczenia - oby ich nie było!!! - oceni w poniedziałek informatyk. Nie dość, że pozbawiła mnie możliwości pisania to jeszcze pozbawiła tatę jego narzędzia pracy. No to nie pozostało nam nic innego jak wyjechać na wakacje:) Tata w końcu będzie robił to co lubi najbardziej czyli NIC NIE ROBIŁ!!!
Jutro po południu wylatujemy na słoneczną wyspę Boga Słońca Heliosa - Rodos. Po cichu liczę na to, że uda mi się obejrzeć jeden z siedmiu cudów świata: Kolosa Rodyjskiego, choć tata coś przebąkuje, że ponoć wcale go już tam nie ma:( Szkoda by było, ale sprawdzić to trzeba koniecznie. Do usłyszenia w połowie września!



A przy okazji muszę Wam się pochwalić, że mam kolejnego ząbka - dolną prawą trójkę! A to już daje w sumie 15 pięknych, białych zębów!!!

czwartek, 21 sierpnia 2008

Zebrane "do kupy'

Jestem dość dużą dziewczynką i paru rzeczy już się w życiu nauczyłam. Postanowiłam to więc zebrać "do kupy".
A oto spis umiejętności jakie do tej pory opanowałam:
JEDZENIE - na pierwszym miejscu, bo jest przecież najważniejsze!!! mniam mniam mniam:):
- pije tylko z kubeczka albo z bidonu, butelka ze smokiem służy tylko jako miarka (przypisek mamy: i dzięki Bogu!!!)
- samodzielnie dzierżę kubek w dłoniach, a i z bidonem umiem sobie doskonale poradzić
- jem sama, szczególnie owoce, kanapki i tzw. drugie dania; czasami pomaga mi mama, bo kaszkę bądź jogurt jest niezwykle ciężko jeść samemu. Na razie jem rączkami, ale coraz częściej sięgam też po sztućce
- nie jestem samolubem i często dziele się moimi posiłkami z innymi: podtykam im jedzonko pod buzie i mówię: "mniam"
- umiem po skończonym posiłku pięknie posprzątać; mamy taki podział pracy: ja sprzątam z mojego blatu, a mama z podłogi:)
ROZWÓJ FIZYCZNY
- wyglądam jak typowy 16-miesięczny brzdąc, wszędzie mnie pełno, nie umiem długo usiedzieć w jednym miejscu, no chyba, że akurat jestem pochłonięta jakąś ciekawą lekturą: czytam książeczkę o Kreciku, gazetę "Mamo to ja" albo "Wytyczne Sądu Najwyższego w sprawach karnych" !?
- całe dnie spaceruje to tu to tam tup tup tup
- nieustannie chodziłabym po schodach
- lubię jeździć na rowerku, ale pod warunkiem, że ktoś mnie z tyłu pcha:)
- wdrapuje się na fotele i kanapę i zręcznie się z nich potem ześlizguje
- no i oczywiście tańczę; każda melodia wzbudza u mnie entuzjazm i chęć do podrygiwania
ROZWÓJ WERBALNY
- umiem mówić: mama, tata, jaja, mniam mniam, Niania (czyli ja), papa
- piesek to "Ba", owieczka: "Ma", kura: "Gryyy", koń: "Jaaa", kotek: "Miaaa", pszczółka: "Bzzzz", samochód: "Brrrrrrr", telewizor: "Baba", krówka: "Mu", ubikacja "sisi"
- po przebudzeniu wołam: Mama Mama mniam mniam !!!!
- kiedy zrobię kupkę mówię "feeee"
POZOSTAŁE
- myje sama zęby wystające z gęby:)
- po wieczornej kąpieli kiedy mama balsamuje mi brzuszek chętnie jej pomagam
- potrafię wskazać części mojego pięknego ciała
- a kiedy mama spyta sie mnie: "Hanka gdzie jest samolot?" zadzieram głowę do góry
_ I TAK DALEJ, DALEJ, DALEJ ...
Duzo już sie tego zebrało. Mogłabym Wam tak wymieniać w nieskończoność, ale nie jestem przecież jakąś samochwałą:)

piątek, 15 sierpnia 2008

Po swojemu

Pomimo, ze jestem szczęśliwą posiadaczką własnego, uroczego pokoiku to i tak większość czasu spędzam w największym pokoju. Rodzice z tego względu podarowali mi parę półek na regale, żebym mogła trzymać swoje zabawki i książeczki i kupili dywan, żeby było mi mięciutko w dupkę. Tak było wygodniej mamie - dopóki nie zaczęłam chodzić:) - bo zawsze miała mnie na oku. Ale czas na zmiany! Wydaję mi się, że moim zabawkom będzie bardziej komfortowo na kanapie niż na tym twardym regale. Zakasałam więc rękawy i do dzieła! Efekt poniżej:


Ale się napracowałam, co?

czwartek, 14 sierpnia 2008

Sroka złodziejka

Jak zapewne przeczytaliście już w moim poprzednim poście wczoraj miałam szczepienie. Poszłam na nie ponad dwie godzinki po pierwszym śniadanku czyli tuż przed drugim. Mama myślała, że wszystko pójdzie raz dwa i szybko wrócimy do domku, ale niestety się pomyliła. W przychodni wszystko się przeciągało, a w dodatku w drodze powrotnej musiałyśmy jeszcze zrobić szybkie zakupy. Kupiłyśmy chlebek, a potem podeszłyśmy do straganu z warzywami i owocami. Mama wybierała ogórki, pomidory i coś tam jeszcze, a ja byłam bardzo niespokojna i strasznie wierciłam się w wózku. No i w końcu zaczęła płacić i nie mogła zrozumieć dlaczego pani ekspedientka tak dziwnie się uśmiecha. Ale w końcu się zorientowała, bo spojrzała na mnie. Trzymałam w rączce nadgryzioną brzoskwinię. Mama też się zaczęła śmiać. Chciała zapłacić za tą skradzioną brzoskwinie, ale pani powiedziała, że to gratis od firmy:) Próbowała też mi ją zabrać, bo mówiła, że jest brudna, ale nie dałam jej sobie odebrać, a co!!! Potem machnęła ręką i stwierdziła, że dobrze, że w zasięgu moich rączek nie leżały np. ziemniaki. Brzoskwinkę schrupałam w drodze do domku, a potem zjadłam moją ulubioną jajeczniczkę mnaim mniam mniam

Kolejne szczepienie

Wczoraj byłam na kolejnym szczepieniu, tym razem już nieobowiązkowym, ale wiadomo strzeżonego Pan Bóg strzeże. Zresztą rodzice konsultowali mój kalendarz szczepień i z dr Kordonem i z dr Albrechtem i obaj zgodnie orzekli: warto. Na pierwszy rzut poszła szczepionka przeciwko ospie: varilrix. Oczywiście nie obyło się bez krzyków, ale szybko mi przeszło. Jako druga była pierwsza dawka szczepionki przeciwko osławionym pneumokokom (druga za dwa miesiące): prevenar. No tu już było gorzej: strasznie się wierciłam i pani pielęgniarka miała nie lada problem żeby mnie ukuć:) ale z pomocą mamy wygrała:( ta bolała znacznie bardziej, ale dało się przeżyć:)
Oczywiście przed szczepieniem zbadała mnie pani doktor i zostałam zmierzona: 80,5 cm i zważona ... 9530 g. Trochę byłyśmy z mamą zdziwione taką wagą, bo oznaczała by ona, że od ostatniego szczepienia czyli od 24 czerwca nie przybrałam nic na wadze, ba nawet schudłam 300 gram, a to przecież dobrze nie wróży. Mama się trochę zdenerwowała, ale po powrocie do domu zaczęła kalkulować "na chłodno" i po pierwsze byłam dwie godziny po pierwszym śniadanku czyli tuż przed drugim:). Po drugie przed wyjściem z domu załatwiłam wszystkie potrzeby fizjologiczne o czym oznajmiłam głośno mówiąc: "feeeeee":) A po trzecie ostatnie ważenie było w ubraniu i z pampersem, a wczoraj zostałam rozebrana do rosołu. Oczywiście nie możemy wykluczyć innych przyczyn np. źle wytarowanej wagi, bo na domowej ważę 10600 gram. Ale rodzice nie byli by spokojni gdyby nie skonsultowali tej mojej nieszczęsnej wagi. I oczywiście przede wszystkim mają nie wpadać w panikę tylko zważyć mnie za 4 tygodnie. Teraz mogę nie przybierać, bo zaczęłam chodzić, jest gorąco i więcej się pocę. Trochę uspokojeni postanowili jednak sprawdzić co w "trawie piszczy" - oby nic!!! - i za te cztery magiczne tygodnie umówili mnie na echo serca do doc. Dangel. A tak było spokojnie ...

piątek, 8 sierpnia 2008

Perfekcyjna pani domu

Ponieważ na mamy głowie - oprócz mojej skromnej osoby oczywiście :) - jest cały dom, postanowiłam chociaż troszkę jej pomóc w pracach domowych. Do garów się nie mieszam, bo ... nie dostaje ani do kuchenki, ani do piekarnika! Co najwyżej mogę posprzątać z mojej tacy przytwierdzonej do fotelika do karmienia; po skończonym posiłku wszystko co zostaje ładnie zgarniam na jedną kupkę i wyrzucam - przypisek mamy: niestety nie do kosza, ale na podłogę. Taca jest czyściuteńka!
Lepiej mi przychodzi pomaganie na niższych wysokościach. Tak więc zawsze z mamą odkurzam trzymając dziarsko sznur od odkurzacza i potrząsając nim rytmicznie, próbuje czyścić toaletę szczotką do WC, a jak mama schowa gdzieś szczotkę to i rączką też się da, układam pięknie moje zabawki - przypisek mamy: szkoda, że nie na półkach ...
Jednak prawdziwym wyzwaniem jest pranie. Bardzo lubię obserwować jak mama wsadza brudne ubrania do pralki, potem wsypuje proszek, wlewa płyn do płukania. Bardzo to wszystko ciekawe. Potem pozwala mi wcisnąć guzik i pralka zaczyna robić: wrrr, wzzz i kręcić się w kółko. Brudne rzeczy do prania rodzice wkładają do kosza w łazience. Dzisiaj rano zauważyłam, że w tym koszu jest straszny nieporządek i postanowiłam posegregować pranie: no wiecie białe rzeczy do białych, kolorowe do kolorowych ... Wyciągałam je z kosza i zanosiłam do swojego pokoju i kładłam na podłodze: tam jest dużo miejsca i przede wszystkim nikt mi nie przeszkadzał, bo mama akurat robiła w kuchni obiad. I tak zbliżając się do końca tej segregacji w końcu w pokoju zjawiła się mama i nie wyglądała na zadowoloną. Wcale nie doceniła mojej ciężkiej pracy tylko zgarnęła wszystkie ubrania na jedną kupę i zaniosła do kosza w łazience. Ciężkie jest życie gospodyni domowej, jej praca jest ogromnie ważna, ale strasznie niedoceniana ....

środa, 6 sierpnia 2008

Czwóreczki w komplecie

Ostatnia czwórka nie kazała na siebie długo czekać. Po nocnym grymaszeniu - nawet na moment "wylądowałam" w łóżku rodziców, z nimi zawsze szybko usypiam i nawet nie potrzebne są wtedy żadne proszki przeciwbólowe - dzisiaj rano w mojej buzi już nie ma tylko zakrwawionego dziąsła, ale jest też śliczny, bialutki, całkiem nowy ząbek:) Podsumowując: mam już 14 zębów!!! Pewnie ta czwórka da mi się jeszcze we znaki, bo wiadomo z zębami trzonowymi jest zawsze gorzej, ale i tak cierpię nieporównywalnie mniej niż mama:( ojojojoj ....

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Zęby do kwadratu

Nie wiedziałam, że mądrość jest ukryta w ... zębach! Obydwie z mamą chodzimy obolałe i próbujemy jakoś złagodzić niedogodności spowodowane wyrzynaniem się zębów: mi właśnie wychodzi ostatnia dolna czwórka, a mamie jakiś ząb mądrości. I bardzo cierpimy - mama łyka tabletki, a ja swoim starym zwyczajem próbuje gryźć wszystko co popadnie. Podobno jestem w lepszej sytuacji, bo pewnie tydzień, góra dwa i będę miała nowego ząbka, a u mamy ten proces, oczywiście z przerwami, trwa już parę lat i nie widać jego końca:( Powiedziała, że jeżeli kolejne dni nie przyniosą poprawy to niechybnie przyjdzie jej odwiedzić dentystę:(
Mamo nie przejmuj się: trochę poboli, ale będzie warto! Tata nie ma zęba mądrości:)

czwartek, 31 lipca 2008

UFF jak gorąco ...

od kilku dni w naszym uroczym kraju panuje iście tropikalna pogoda. Gorąco i duszno. Nie ma co ukrywać nie jestem zwolennikiem takiej aury, chociaż szczerze powiedziawszy nie jest aż tak źle. Nie lubię tylko jak mi słonko świeci prosto w oczy i nie można chodzić na bosaka, bo beton jest tak gorący, że aż parzy w stópki. Piję dużo wody i śpię dłużej w dzień, mało tego już nie wstaje z kurami tylko budzę się po 7. Mama jest z tego powodu baaardzo zadowolona:) a mi to tam wszystko jedno: i tak nie znam się jeszcze na zegarku:)

sobota, 26 lipca 2008

Najlepszego !!!

Hanka z okazji Twoich imienin życzymy Ci duuużo zdrowia, szczęścia i żeby Twój szelmowski uśmieszek zawsze gościł na Twej pięknej mordce:)
No i mamy jedną malutką prośbę: zlituj się Waćpani i przestań wstawać skoro świt!!!

Buziaczki



Mama & Tata

piątek, 25 lipca 2008

Biały kieł

a dokładnie dwa! Właśnie światło dzienne ujrzały moje dwie górne trójki. Jeżeli wierzyć fachowym źródłom to teraz będzie mi łatwiej chwytać, przytrzymywać i rozrywać jedzonko:). Niektóre zwierzątka - wiem coś o tym, dzisiaj po raz enty byłam w ZOO, a w domu non stop studiuje literaturę fachową i oglądam, zamiast "Jaka to melodia", bo w wakacje mają urlop, bajkę pt. Opowieści mamy Mirabelle", - używają kłów do obrony. A ja sądzę, że mi będą one służyły raczej do ataku! A ciekawe do czego używa ich Ba (czytaj: pies)? Muszę koniecznie spytać mamy Mirabelle.

Bo wszystkie Krzyśki to fajne chłopaki:)

Wystarczy spojrzeć w kalendarz i od razu wiadomo: imieniny Krzysztofa i Jakuba! A ja mam przecież komu składać życzenia:
- Tacie, który oprócz imienin obchodzi dzisiaj 32 okrągłą:) rocznicę urodzin,



- Dziadkowi Krzyśkowi
- Wujkowi Kubie

- i całej masie innych Krzyśków i Kubusiów, których znam!
Korzystając z okazji awansem składam najserdeczniejsze życzenia imieninowe wszystkim znajomym Aniom z okazji ich jutrzejszego Święta. Wszystkiego Najlepszego!!!

czwartek, 24 lipca 2008

Gryzoń

Gryzonie (za wikipedią) (Rodentia) – najliczniejszy rząd ssaków, obejmujący ok. 1 850 gatunków. Cechą charakterystyczną wszystkich gryzoni jest obecność stale rosnących siekaczy - dwóch (jedna para) w górnej i dwóch w dolnej szczęce oraz brak kłów. Stały wzrost siekaczy sprawia, ze gryzonie muszą nieustannie je ścierać.

Mama się zastanawia czy na pewno należę do rzędu naczelnych, bo jednak czytając opis powyżej mam dużo z gryzonia. Gryzę namiętnie wszystko co znajdę w zasięgu mojego wzroku - zabawki, książki, mamę w łopatkę podczas obierania ziemniaków i tatę gdy zmęczony wróci z pracy i rozłoży się na dywanie, w największego palca u nogi.
Bardzo lubię bawić sie w podgryzanie, ale rodzice nie są z tego powodu zadowoleni:( niestety ...
A swoją drogą to by było ciekawe: myszka z HLHS-em:)

sobota, 19 lipca 2008

Polaków rozmowy

Często bawię się z mamą w zgadywanie. Najpierw mama się mnie pyta np. gdzie mam nosek, a ja wtedy pokazuję. Umiem już, poza noskiem, wskazać: ucho, głowę, serduszko, nóżki, brzuszek i tyłeczek:)
Do tej, już nie nowej, zabawy dołączyła kolejna. Mama się pyta, wskazując na siebie, kto to jest? a ja odpowiadam: "mama". I tak dalej: tata, Niania czyli ja:), jaja ...
A na koniec najnowsza zabawa. Mama się dopytuje: "Haniu jak kotek pije mleczko?" Wtedy ja rozdziawiam swój pyszczek i mlaskam mrucząc pod nosem. Jako druga jest zwykle rybka. Łatwizna, pokazuję to samo co u kotka tylko nie mruczę, bo przecież dzieci i ryby głosu nie mają:) Piesek oczywiście w moim wykonaniu mówi: "ba", ba jak mogłoby być inaczej:) A każda owieczka, wszyscy doskonale pewnie wiecie, mówi po prostu: ... "maaaa"! Jeżdżąc moim samochodem powarkuję: "brrruuuummmmmm", a kiedy mama zmienia mi pieluszkę mówię: "feeeeeee". Ostatnio nauczyłam się naśladować pszczółkę i mówię: "bzzzzzzzzz". Tą jakże przydatną umiejętność zaprezentowałam wczoraj mamie podczas kolacji mając akurat pełne usta kaszki. A mama miała potem kropki na buzi jak jakaś biedronka:) Słowo, którego najczęściej używam to oczywiście: "mniam, mniam" wypowiadane podczas gramolenia się na krzesełko do karmienia:)

czwartek, 17 lipca 2008

Jesteśmy jagódki, czarne jagódki:)

Bardzo lubię jeść przeróżne owoce, a ostatnim hitem są jagody. Najbardziej lubię je w postaci dżemu na kanapce: najpierw zlizuje dżem z serkiem lub masłem, a dopiero potem jem chlebek. Efekt poniżej:)



A potem wielkie mycie!

poniedziałek, 14 lipca 2008

Po wizycie pediatry

Dzisiaj odwiedził nas w domu mój pediatra. Niby nic niepokojącego się nie dzieje, ale od jakiegoś czasu mam brzydkie zmiany na skórze, szczególnie na lewej rączce. Byliśmy już u dermatologa, który orzekł, że są to bardzo łagodne objawy atopowego zapalenia skóry. Przepisał maści, kazał smarować i obserwować po jakich posiłkach się one nasilają, bo na testy skórne jestem za mała, a testy z krwi są niewiarygodne. Ha łatwo powiedzieć. Na pewno nie będę już kosztować ogórków małosolnych, bo robiłam się po nich czerwona na buzi, a nic innego nie zauważyliśmy. Rodzice postanowili się więc poradzić naszego pediatry.
Pan doktor przyszedł, a ja zaczęłam płakać, a jak się trochę uspokoiłam to chowałam się za tatusia. Mamy akurat niestety nie było, ale zostawiła tacie ściągę:) Pan doktor powiedział, że bardzo ładnie wyglądam, nie widać u mnie żadnej sinicy (!!!!!) i super chodzę:) Przybywam na wadze i rosnę jak pod linijkę. A co do tych zmian skórnych to orzekł, że leczenie nie może być bardziej dotkliwe niż objawy - ja tego w ogóle nie drapię, wcale mi to nie przeszkadza - i mamy dalej smarować. W razie nasilenia objawów mamy smarować specjalną maścią, na którą dostałam receptę.
Pan doktor był baaardzo zaskoczony, że mam już tyle zębów i powiedział, że w swojej praktyce nie przypomina sobie dziecka, które w tym wieku miało by ich taką ilość. Mam je myć, myć i jeszcze raz myć!
I poradziliśmy się też w kwestii szczepień - pediatrę w przychodni darzymy umiarkowanym zaufaniem:) Na pierwszy ogień idzie ospa, a z nią pierwsza dawka szczepionki na pneumokoki; druga dawka szczepionki pneumokokowej dwa miesiące po pierwszej.
Bardzo się cieszymy, że pan doktor tak dobrze ocenia mój stan zdrowia:)
A ja ... płakałam przy powitaniu, ale przy pożegnaniu też:)

piątek, 11 lipca 2008

Już nie chodzę ...

ja po prostu biegam!
Rodzice myśleli, że po tych nieśmiałych sobotnich kroczkach będę sobie dozowała to chodzenie tak po kilka kroków dziennie, ale oni mnie chyba dobrze nie znają:) Jak się powiedziało: "a", to trzeba powiedzieć też: "b"!
I teraz chodzę całymi dniami! We wtorek przeszłam już cały pokój, a na dobre rozchodziłam się wczoraj. I tak sobie wędruje od łazienki do sypialni rodziców, z mojego pokoju podążam do kuchni, żeby zrobić w tył zwrot i zobaczyć co dzieje się na przedpokoju. Ale na spacerkach też sobie maszeruję. Trochę ciężko było na placu zabaw, bo podłoże nie było tak twarde jak podłoga w domu, ale przynajmniej lądowanie na dupce mięciutkie, bo wszędzie piasek. Trochę tylko bujało jak na statku:) Potrafię również jeść w biegu:)
Jak widać kariera chodziarza zbliża się WIELKIMI KROKAMI:)

Kolejna czwóreczka:)

Moje zęby rosną jak na drożdżach:) Do dziesięciu białych, równych, ostrych - no szczególnie rodzice mogą coś na ten temat powiedzieć; lubię sobie ich ostatnio poobgryzać - ząbków dołączyła kolejna górna czwórka. I tym samym mam jedenaście ząbków, które myje starannie, no czasami mniej starannie, ale zawsze przynajmniej dwa razy dziennie! Bo o zęby trzeba dbać! I dostaje szczotkę, trochę pasty, a mama śpiewa: "Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda tak się zaczyna wielka przygoda".
Ten ząb wyjątkowo dał mi się we znaki. Z jedzeniem było krucho, marudziłam, ale nie ma się czemu dziwić. Mama zaglądając mi dzisiaj do buzi zobaczyła jak bardzo cierpię - miałam normalnie zakrwawione dziąsło:( ojojoj ...
Ale teraz będzie mi łatwiej jeść np. moje ulubione jabłuszka:)

sobota, 5 lipca 2008

Chodzę!!!!!

I to w dodatku całkiem sama, bez żadnej trzymanki:) Jestem z siebie ogromnie dumna! Łącznie zrobiłam dzisiaj 12 (słownie: dwanaście) samodzielnych kroczków. Przed obiadem zaczęłam nieśmiało od 3 - bawiłam się z tatusiem i zupełnie niespodziewanie się go puściłam i udało się! - mama strasznie żałuje, bo tego nie widziała. A potem nastąpiło miękkie lądowanie na dupce. A pod wieczór rozbrykałam się nie na żarty:) Najpierw zrobiłam 6 równych kroków jak żołnierze podczas musztry, a potem dołożyłam kolejne 3! I gdyby nie późna pora to pewnie jeszcze bym sobie pochodziła:) Ale co tam najwyżej jutro sobie sama gdzieś podrepczę. Bardzo podoba mi się to chodzenie, a po każdym spacerku uśmiechałam się od ucha do ucha!
A jak w pełni opanuję tą nową umiejętność to może zacznę uprawiać nordic walking albo zostanę drugim Robertem Korzeniowskim:)

czwartek, 3 lipca 2008

Przytulak

Bardzo lubię się przytulać, tulić i kitrasić. Lubię też strasznie jak mnie mama całuje, szczególnie w gołe stópki:)
Z samego rana po zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych czyli wypiciu porcji mleczka:) gramolę się do łóżka rodziców i przytulam do mamy i taty. W ciągu dnia oczywiście też, szczególnie jak jestem senna i zmęczona to od razu chce, żeby mama mnie wzięła na kolana i powiedziała mi parę miłych słów do uszka. Ja wtedy zarzucam jej ręce na szyję, wtulam się w nią i mruczę: muuuuuuuuu muuuuuuu muuuuuuuuuuu. A kiedy mama jest zajęta zawsze mogę się przytulić do mojego Tuptusia albo wielkiej żaby.
W moim łóżeczku są zawsze dwa przytulaki: wielki ptak, a od niedawna zamieszkała tam również Hanka i tak sobie śpimy we trójkę:) i jeszcze coś ... tetrowa pieluszka, którą nakrywam sobie buzie; bez niej nie usnę.
Czasami tylko to moje przytulanie przeradza się w podgryzanie rodziców, a tego to oni baaaaaardzo nie lubią:)

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Ba

Ba. Krótko, zwięźle i na temat. Ba, w moim wykonaniu, oznacza trzy rzeczy:
1. piłkę
2. sytuację w której coś - oczywiście z moją skromną pomocą:) - ląduje na podłodze; szczególnie podczas posiłków fruwają łyżki, niedojedzone resztki posiłków albo te które nie przypadły do smaku mojemu wyrafinowanemu podniebieniu
3. no i oczywiście "ba" przede wszystkim oznacza .......... psa!!! A ja bardzo lubię pieski. Wypatruję ich na spacerkach, a kiedy usłyszę za oknem jakiegoś szczekającego psiaka wołam na cały głos: ba, ba, ba!!!
Do niedawna sama zachowywałam się jak piesek chodząc na czworaka. Teraz przeszłam już do pozycji wyprostowanej, a do zachowania równowagi wystarcza mi, nawet podczas wchodzenia po schodach, tylko jedna pomocna dłoń:)
Szkoda, że nie mieszka z nami żaden piesek. Ale mam nadzieję, że niedługo znowu pobawię się z Fryckiem!

piątek, 27 czerwca 2008

I po echu :)

Niestety nie udało mi się zaprezentować dr Kordonowi moich nowych umiejętności i wskazać gdzie mam serduszko:( a wszystko to wina mojego nie najlepszego humorku.
Do pięknego Krakowa przyjechaliśmy już w czwartek wieczorem. Potem kolacja, szybka kąpiel i spanko. I tu zaczęły się schody... było strasznie duszno, więc pół nocy kręciłam się zamiast błogo spać. Efekt - niewyspana i marudna pojechałam rano do Prokocimia. Już podczas EKG bardzo płakałam, a apogeum nastąpiło kiedy pani pielęgniarka próbowała mi zmierzyć saturację - raz było 80, raz 93 - chyba sprzęt oszalał!? Krakowskim targiem:) do karty wpisałyśmy 82-85. Ważenie i mierzenie sobie darowałyśmy, żeby mnie bardziej nie męczyć i wpisałyśmy pomiary z wtorkowego szczepienia. Potem tylko krew - wyniki rewelacja!!! - i pod gabinet dr Kordona. Echo zaczęło się tragicznie: darłam się wniebogłosy! Ale powolutku z pomocą doktora jakoś się uspokoiłam i po tych wszystkich płaczach usnęłam na mamy kolanach. Dzięki temu doktor mógł sobie wreszcie wszystko bardzo dokładnie pooglądać i pomierzyć z moją aortą na czele!
Podsumowując: na pewno nie jest gorzej! Funkcja komory dość dobra, niewielka niedomykalność zastawki trójdzielnej, bardzo ładnie rozwinięte obie tętnice płucne, a w szczególności lewa no i najważniejsze moja aorta wcale nie jest jakoś bardzo zwężona. Tak naprawdę jest to niewielkie przewężenie. Na pytanie rodziców czy przed III etapem mamy jechać na balonikowanie doktor odpowiedział w swoim stylu: "A po co?" Aortę "załatwimy" przed następną operacją, bo wtedy cewnikowanie będzie niezbędne, a tą, wg dr Kordona, najlepiej będzie przeprowadzić jak będę miała około 2 - 2,5 roku. Leki: enarenal bez zmian, zamiast aspiryny acesan w dawce 15 mg dziennie; no w końcu ważę już prawie 10 kg!
Tym sposobem katalog ofert wakacyjnych znaczenie się poszerzył, bo już nie będę musiała spędzać przymusowego urlopu w uroczej skądinąd Bawarii:)

środa, 25 czerwca 2008

Kolejne szczepienie

Wczoraj byłam na szczepieniu (odra, świnka, różyczka) i to w dodatku zgodnie z kalendarzem! Udało nam się nadrobić zaległości i jestem na bieżąco:)
Najpierw było ważenie - 9850 g i mierzenie - 78 cm, a potem badanie... No niestety nie zbyt byłam zadowolona:( Trochę sie bałam i popłakałam. Mama już się martwi jak zniosę piątkowe echo:(
A samo szczepienie raz, dwa, trzy i nawet się nie zorientowałam kiedy pani pielęgniarka wbiła igłę. Potem trochę bolało, ale dało się przeżyć.
Kolejne szczepienie .. hmm... wszystko zależy co usłyszymy w piątek od dr Kordona... Oby to były tylko dobre informacje. Trzymajcie kciuki!!!

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Lekcja anatomii

Oprócz poznawania nazw potraw rodzice próbują mnie nauczyć jak nazywają się części mojego ciała, no i co jest co. Siadam u mamy na kolanach, a ona po kolei mi tłumaczy co gdzie jest i jak się nazywa. Ale najtrudniej jest mi to potem samej pokazać. Wiem gdzie jest głowa i włosy, nosek, czasami uda mi się pokazać uszy. Ostatnio "załapałam" gdzie jest serce. Mama się tylko śmieje, że chyba moje serducho jest Jasiem Wędrowniczkiem, bo czasami pokazując je wskazuje na brzuszek, a czasami podchodzi mi prawie do gardła:) Ale nie czepiajmy sie szczegółów! Mam nadzieję, że nie złapię mnie trema i uda mi się wskazać w piątek dr Kordonowi gdzie ma mi robić echo:)

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Mały czytelnik

Moją ostatnią wielką pasją nie jest już budowanie wieży, ale czytanie dosłownie wszystkiego poczynając od moich książeczek, prasy np.: "Mamo to ja" - bo tam są bardzo fajne zdjęcia dzieciaczków, "Gazety Wyborczej" - no trzeba być na bieżąco, a kończąc na wszelakich zapisanych skrawkach papieru typu ulotki reklamowe.
Niekwestionowanym zwycięzcą rankingu na najbardziej poczytną pozycję jest mała książeczka pt. "Moje jedzonko". Podstawiam ją mamie pod nos i mówię moje: "eeeeeeee", a to oznacza, że chce żeby mi ją przeczytała. I tak do znudzenia: jabłko - mówię wtedy mniam, mniam, masło, marchew, chleb, ser, mleko i ....... jaja!!! Ale jestem wtedy szczęśliwa!!! Jak tylko mama przewraca kartkę po mleku to ja na cały głos krzyczę: jaja , jaja, jaja i biję - chyba samej sobie:) - brawa!!! Inna sprawa, że jajka nie są wcale moją ulubioną potrawą.
Książeczka jest już mocno nadwyrężona przez to ciągłe czytanie i raz po raz jest w naprawie. Mama ją klei, żeby posłużyła mi jak najdłużej.
Nie wiem tylko dlaczego nie czytamy jej do końca. Po jajach jest jeszcze jeden obrazek. Kiedyś bardzo nalegałam na przewrócenie kartki, ale mama powiedziała, że tej rzeczy to najlepiej jakbym nie poznała ...... Może Wy wiecie co to jest? Takie małe w kolorowych papierkach?

niedziela, 15 czerwca 2008

STO LAT !!!


Z samego rana chciałabym Ci Babciu Jolu z okazji Twojego podwójnego święta (dzisiaj imieniny, a jutro urodziny!) złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrówka, bo zdrowie jest najważniejsze!, szczęścia no i oczywiście pociechy z Twojej rozrabiającej wnuczki Hanki:)
A poza tym dużo optymizmu i wiary w przezwyciężeniu przeciwności życiowych!!!

STO LAT !!!!!

sobota, 14 czerwca 2008

Na Pragie!

Dzisiejszy dzień zapowiadał się niezwykle nudno. Żadnych atrakcji weekendowych, a w dodatku miało padać. Rano zrobiłyśmy z mamą szybkie zakupy na bazarku, a potem śniadanie, drzemka, potem obiad. No fakt przy obiadku było śmiesznie, bo mama przygotowała pieczoną rybę, gotowaną marchewkę i kaszkę kuskus. I o ile rybkę i marchewkę dało się jeść palcami to z kaszą było już gorzej, ale jakoś sobie poradziłam:) - sztucće na razie poszły w odstawkę. Tyle, że wylądowała ona nie tylko w mojej buzi, ale także na ubraniu, w zakamarkach krzesełka i na podłodze!


No i tak obserwowałyśmy pogodę, bo co chwila się chmurzyło. W końcu po podwieczorku mama powiedziała: basta, dość tego gnicia w domu! i wyszłyśmy na spacer. Ponieważ pogoda dalej była niepewna wybrałyśmy się na wędrówkę po najbliższej okolicy - naszej pełnej kontrastów Pradze. Początkowo zawitałyśmy do parku, a tam niespodzianka: właśnie odbywał się jakiś festyn. Trochę jak dla mnie było za głośno, ale troszeczkę sobie potańczyłam. Potem dostałam od miłego chłopca książeczkę o sprzątaniu, a od drugiego niewiele starszego ode mnie herbatę mrożoną w butelce. Mama jednak szybko ją oddała - przypisek mamy: chłopiec był bardzo uprzejmy, bo kiedy Hanka zaczęła się drzeć i wyciągać łapki po butelkę to posłusznie poczęstował Hankę. Ale wy też zrobilibyście podobnie, nie dość, że to ten napój to sama chemią i cukier to jeszcze chłopiec był strasznie brudny, leciały mu gluty z nosa, jego tata był mocno podchmielony, a mama choć wyglądała na jakąś 10 lat starszą ode mnie to pewnie była ale z 10 lat młodsza... Ot takie typowo praskie towarzystwo.
Obok sceny odbywał się casting do filmu, ale mama stwierdziła, że już raz wystąpiłam w telewizji i na razie mi starczy. Podobno telewizja kłamie!?
I powędrowałyśmy dalej do kina Praha. Celem wizyty nie było jednak oglądanie filmu, ale rekonesans po Bambini di Praga, gdzie mama wypiła kawę, a razem zjadłyśmy pyszny serniczek mniam mniam mniam. Trochę tam tylko rozrabiałam i mama nie zdołała przejrzeć dokładnie co ciekawego jest w księgarni. Ale za to znalazła Hankę, prawdziwą oryginalną Hankę z bajki o rozbójniku Rumcajsie!!! Nie mogłyśmy przegapić tej okazji i z Hanką pod pachą wróciłyśmy do domku, po drodze zahaczając jeszcze o Ząbkowską i lustrując nowe knajpki.


Fajna jest ta nasza Praga!
Jutro w Bambini di Praga o 15 są "Czułe czytanki" - może sie wybierzemy.

piątek, 13 czerwca 2008

Stanie bez trzymanki!

Rodzice tego głośno nie mówią, ale już chcieliby się Wam pochwalić, że ich Córeczka - Żabeczka jest małą spryciarą i nie tylko raczkuje, ale też sama chodzi. Ale trzeba przyznać, że nie wywierają tego na mnie i do niczego nie zmuszają, wszak to tylko ode mnie i mojego szanownego serducha zależy kiedy pomaszeruję w siną dal:)
Pierwszym poważnym krokiem do tych marszobiegów było samodzielne stawanie przy różnych rzeczach i chodzenie przy meblach, co z zapałem trenuję już bez mała ponad trzy miesiące! A że trening czyni mistrza to dzisiaj podczas cotygodniowej wizyty w ZOO - staramy sobie z mamą dozować tę przyjemność w rozsądnych ilościach, żeby nam się za szybko nie znudziła, a tak raz w tygodniu jest w sam raz - po raz pierwszy puściłam się, w tym przypadku wózka i ustałam tak z 10 sekund. No i nie był to jednorazowy wybryk - powtórzyłam to jeszcze dwukrotnie na spacerku. Ale to nie koniec. Podczas wieczornej kąpieli z pozycji w kucki wstałam całkiem sama!!! Gdybyście widzieli minę mamy! Była mega szczęśliwa, zresztą ja też się bardzo ucieszyłam, bo nawet nie wiedziałam, że jestem taką gimnastyczką. Mama z tego całego wzruszenia nie zdążyła ani na spacerze, ani podczas kąpieli pstryknąć mi pamiątkowej fotki.
Szkoda, że tego nie widzieliście!

czwartek, 12 czerwca 2008

Zosia - samosia

Tak sobie ostatnio myślałam, że czas się trochę usamodzielnić. Muszę przecież odciążyć rodziców, bo nie mogą do końca życia wszystkiego robić za mnie.
Na pierwszy ogień poszły ubranka. Co prawda od dawna pomagam mamie w rozbieraniu, bo jak mnie poprosi: "Hanka ręce do góry" to posłusznie podnoszę łapki do góry, a ona może wtedy bez problemu zdjąć bodziaka. Skarpetki nauczyłam się już ściągać jakiś czas temu. A do zdjęcia kapelusza to w ogóle nie trzeba mnie namawiać, chyba że mama założy mi ten wiązany pod brodą to jest gorzej:(
No i dzisiaj po porannym spacerze postanowiłam, że pomogę mamie. Już w windzie zdjęłam kapelusz - jakoś rozplątałam to wiązanie pod brodą, a potem ściągnęłam buty, co naprawdę nie było łatwe, bo moje buciki są wysokie i do tego zapinane na dwa rzepy. Potem oczywiście zdjęłam skarpetki, bo w domu lubię chodzić na bosaka mimo, że dywanów u nas jak kot napłakał. Ale mama była zdziwiona!
Gorzej jest oczywiście z ubieraniem. Nie umiem sobie sama założyć tego co pościągam, no czasem kapelusz uda mi się z powrotem umiejscowić na głowie, ale i tak mama go zawsze musi poprawić. Ale gdy mnie poprosi to zawsze przyniosę buciki albo skarpetki. Przynajmniej tyle.
A najbardziej chciałabym sama jeść. I to nie tylko owoce, kanapki czy chrupki, ale takie prawdziwe jedzenie z miseczki albo talerzyka. Dzisiaj postanowiłam spróbować zjeść obiad łyżką. Do tego celu zostały zakupione specjalne anatomiczne sztućce, które mają mi to ułatwić. I muszę powiedzieć z niekłamaną radością, ze poszło całkiem całkiem! Najgorzej było z nabieraniem jedzenia i tu jeszcze pomagała mama, ale za to zawartość łyżki udawało mi się przetransportować do buzi! Potem tylko trochę mi się już znudziło i wróciłam do starej sprawdzonej metody - jedzenia palcami. Szkoda tylko, że przy niej się tak bałagani.
Myślę sobie - pierwsze koty za płoty! Jeśli nauczyłam sie pić z kubeczka to i może tymi sztućcami sobie oka nie wykole!

środa, 11 czerwca 2008

Zdolniacha :)

Mój zasób słów w ostatnich dniach nie uległ co prawda znaczącej poprawie. Najczęściej wypowiadam: "eeeeeeee" albo "yyyyyyyy" wskazując na coś rączką i domagając się, żebym to dostała. Żądam i wymagam prawie non stop - chlebka jak mama przygotowuje śniadanie, owoców, które leżą w koszyku, wody do picia - w ostatnich dniach mam wielkie pragnienie albo ciasteczka na spacerze, ale mama celowo nie bierze ich jak wychodzimy z domu. Oczywiście mówię: "mama", "tata", "ba". Podczas oglądania książeczek gdy widzę kurę mówię: "koko" a jak widzę krowę: "ma". Rodzice mnie co prawda poprawiają i mówią: "mu", ale jakoś nie wydaję mi się, żeby tak mówiły krowy:)
Nowych słów więc się ostatnio nie nauczyłam, ale potrafię je już odmieniać! Po przebudzeniu już nie budzę rodziców płaczem, ale nawołuje ich mówiąc: "mamo" albo "tato".
Chyba będę studiować polonistykę:)

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Pieskie życie

Ostanie dni ze względu na baaaardzo ważną uroczystość: 70 urodziny Dziadka Pawła - jeszcze raz życzę STO LAT



spędziliśmy w Białobrzegach. Pogoda dopisywała, więc prawie całe dnie spędzałam na świeżym powietrzu. A tam zabawy do upadłego! Piaskownica, jazda na moim rowerku - przypisek mamy: Hania siedzi i macha nóżkami i czeka tylko na jakiegoś nieszczęśnika, który da się złapać na jej piękne oczy i będzie pchał ten jej rowerek:)


A jak mi się znudziła jazda na rowerze to zawsze mogłam się trochę powspinać po schodach i zajrzeć co na obiad dostał Frycek. Frycek to piękny piesek, który tymczasowo zamieszkał w Dziadków. Początek naszej znajomości nie był udany - Fryc chyba się mnie trochę bał, bo warczał na mnie albo szczekał. Jednak z dnia na dzień było coraz lepiej! W końcu zapanowała sielanka! Bawiliśmy się jedną piłką - najpierw trzymał ją w pysku Fryc, a potem ja próbowałam, ale mama była szybsza! Na pożegnanie Frycek polizał mnie po gołych stópkach!


Prawda, że jest piękny? Fryc oczywiście:)

wtorek, 3 czerwca 2008

Dzień Dziecka

Jak zapewne wszyscy wiedzą w niedzielę było kolejne moje święto - Dzień Dziecka! Pogoda sprzyjała spacerkom więc wybraliśmy się z Mają, ciocią Iwonką i wujkiem Pawłem no i Brutuskiem na festyn w Wilanowie. A wybraliśmy się ..... moim nowym wózkiem! Rodzice dojrzeli do decyzji, że potrzebuje na lato "lżejszego" wózka. Niewątpliwą inspiracją był dla nich pobyt na Majorce - tam prawie wszystkie dzieci jeździły w takich wózkach. Rodzice długo się zastanawiali, analizowali i w końcu wybrali model baaardzo dziewczęcy, co przy notorycznym braniu mnie przez wszystkich za chłopaka jest jego wielkim atutem!
A w Wilanowie było mnóstwo atrakcji dla maluchów z okazji Dnia Dziecka, ale było tez strasznie gorąco. Ja z rodzicami i Wujkiem Pawłem schroniliśmy się w zacienionym miejscu, miłej knajpce. A gdy dołączyły dziewczyny zjedliśmy pyszny obiad - potrawy z grilla, a ja dostałam słoiczek mojego ulubionego Hipcia mniam mniam, bo pieczony łosoś nie przypadł mi do gustu.
Fajnie, że oprócz urodzin, imienin, gwiazdki i mikołajków jest jeszcze ten Dzień Dziecka:)

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Wybudujemy wieże, wieże, wieże, wieże ...

W związku z ostatnimi wielkimi wydarzeniami: moje pierwsze urodziny, a wczoraj Dzień Dziecka, znowu zwiększyłam zabawkowy stan posiadania, no i nie ma co ukrywać na Majorce też "naciągnęłam" rodziców na parę drobiazgów: piękny komplet do piachu "Hello Kitty" i kolejną żabkę! I naprawdę nie mogę narzekać, że nie mam się czym bawić!
Ostatnio moją wielką pasją stało się budowanie wieży. Wcześniej umiałam ją tylko zdemontować: albo zdejmowałam pojedynczo jej elementy albo - gdy traciłam cierpliwość - odwracałam ją do góry nogami i wszystkie od razu spadały. Teraz stałam się już małym konstruktorem. Oprócz rozbiórki umiem zbudować wieżę. I tak do znudzenia: budowanie i burzenie, budowanie i burzenie, budowanie i burzenie ....

środa, 28 maja 2008

Oklaski i takie tam

I tak dzień za dniem uczę się coraz to nowych rzeczy. Tak sobie podpatrywałam co robią mama z tatą jak uda mi się np. pokazać gdzie mam nosek, że ja też postanowiłam spróbować. Chociaż muszę przyznać szczerze, że największą inspiracją był dla mnie program TV "Jaka to melodia". Tam raz po raz słychać brawa. Na marginesie dodam, że jest to jedyny program - oprócz mojej dobranocki, czyli "Faktów":) - jaki rodzice pozwalają mi oglądać; pewnie dlatego, że mamie bardzo się podoba jak tańczę: stoję sobie w rozkroku, rękami się czegoś podtrzymuje, zginam kolanka i ruszam dupką:)
I w końcu spróbowałam. Jedną rączkę trzymałam nieruchomo, a drugą uderzałam. I wyszło! Teraz namiętnie bije brawa przy każdej okazji!
Jeżeli już jesteśmy przy moich najnowszych dokonaniach to bardzo lubię karmić rodziców. Trzymam jabłko i podstawiam pod ich buzię. Żeby nie było wątpliwości o co chodzi podpowiadam im mówiąc: "mniam mniam":) W końcu owoce to same witaminy! A jak sama chcę zjeść jakiś owoc to wyciągam rączkę w kierunku koszyka i mówię: "yyyyyyyyyyyyyy".
Moje zdolności komunikacyjne rozwijają się w tak szybkim tempie, że mama momentami za mną nie nadąża. Np. dzisiaj po obiedzie kompletnie nie mogła zrozumieć dlaczego poraczkowałam do mojego pokoju i usiadałam koło łóżeczka. Ale w końcu gapa załapała, że ja po prostu jestem już zmęczona i chcę, żeby mnie do niego położyła, bo czas na drzemkę.
Ach chciałabym już zacząć mówić. Życie było by wtedy łatwiejsze.

poniedziałek, 26 maja 2008

I po wakacjach - relacja zdjeciowa


Pierwsza wizyta na plaży


Ja i tatusiowy napój:)


Cala Gran


Gdzie ja jestem?


Port de Portals



Marineland


Cala Mondrago


Cala Santanyi


Playa de Palma


Valldemossa


Poranny spacer


Z tatusiem:)


STARFISH

I po wakacjach - relacja

Wszystko co dobre kiedyś sie kończy... Ale z drugiej strony wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!
Decyzje o wyjeździe rodzice podjęli bardzo spontanicznie i szybko! Jeszcze w poniedziałek nie wiedzieliśmy gdzie pojedziemy - na wstępie odrzuciliśmy Egipt i Tunezję - we wtorek byliśmy pewni, że będzie to Majorka, a dopiero w środę podjęliśmy decyzję o wyborze hotelu, a w piątek po południu moczyłam już moje nóżki w lazurowych wodach Morza Śródziemnego!!!
Jednym zdaniem - było super!!!
W piątek po 6 stawiliśmy się na Okęciu, a już po 11 byliśmy na lotnisku w Palma de Majorka. Samolot to dla mnie żadna nowość - byłam bardzo grzeczna, trochę pospałam, pojadłam i pobawiłam się z rodzicami. Inne dzieci gorzej zniosły podróż i bardzo płakały - może się trochę bały? Na lotnisku czekała na nas taksówka, bo okazało się, że do wybranego przez nas hotelu nikt poza nami nie jedzie i będziemy tam jedynymi Polakami, co mi osobiście w ogóle nie przeszkadzało, przecież w Monachium trochę poznałam i niemiecki i angielski:)
Komfortowo i szybko - niestety u mamy na kolanach, bo nie było dla mnie fotelika - w ciągu niecałej godziny dojechaliśmy do malowniczej miejscowości Cala D'Or i naszego hotelu Esmeralda Park. Błyskawicznie zameldowaliśmy się i troszkę rozpakowaliśmy. Widok z okna zaparł nam nam dech w piersiach - lazur wody w basenach i morzu!
I pełno dzieci - i takich jak ja, ale i mniejszych i większych - w końcu nie na się czemu dziwić to taki typowy ośrodek dla rodzin z dziećmi. No i oczywiście pierwszy spacer nad morze!
I tak mijał nam dzień za dniem - spacerki, zabawy w piasku - mniam mniam:), kąpiele w basenie, wizyty w uroczych majorkańskich knajpkach - rodzice jedli tapas i popijali sangrię, a ja zadowalałam się hiszpańskimi słoiczkami hippa i chlebkiem. Niestety moją pasją stały się ciasteczka, rodzice przy mnie nawet nie wypowiadali tego słowa, bo na jego dźwięk aż piałam z radości! Oczywiście pyszne śniadania i obiadokolacje mieliśmy w hotelu. Na śniadanka jadłam wędlinkę z chlebem, jajecznice, kiełbaski albo jogurt z musli i na koniec jak zwykle cząstki soczystych pomarańczy, a na obiadokolacje z uwagi na jej późną porę - jak dla mnie:) - na ogół same owoce: gruszki, śliwki, jabłka, melony i ananasy, czasami skubnęłam od taty kurczaka po majorkańsku albo pieczoną rybę, żeby potem mieć jeszcze miejsce na kolację - moją kaszkę. I do tego wypijałam całe hektolitry wody!
Ale wizyta na Majorce nie ograniczyła się tylko do urokliwego Cala D'Or. Tata na 3 dni wypożyczył samochód i troszkę pojeździliśmy. Pierwszego dnia odwiedziliśmy Marineland - piękny park ze zwierzętami, gdzie różne ptaki, których wielka ilość zamieszkuje na co dzień Majorkę, są dosłownie na wyciągniecie ręki, rybki w akwariach no i oczywiście najważniejsze: pokaz fok i chlapiących wodą delfinów! Zwiedziliśmy też Port de Portals - elegancki port jachtowy, gdzie miejsca do cumowania są najdroższe na całej wyspie, przyciągający także członków hiszpańskiej rodziny królewskiej!
Następnego dnia wyprawę rozpoczęliśmy od pięknej zatoki Cala Mondrago, potem pojechaliśmy do Cala Figuera - najbardziej romantycznej osady rybackiej na wyspie, nazywanej majorkańską Wenecją. A potem plażowanie w uroczej zatoce Cala Santanyi i obiad w Ses Salines, w restauracji Casa Manolo, do której smakosze przyjeżdżają nawet z bardzo daleka na grillowane owoce morza i specjalności w glinianych garnkach oraz potrawę zwaną: arres de notario, która swój niepowtarzalny smak zawdzięcza wiejskiemu adwokatowi:) a jeden ze stolików jest zawsze zarezerwowany dla króla Hiszpanii!
Pojechaliśmy też na północ wyspy, aby zobaczyć piękną Alcudię z jej potężnymi średniowiecznymi murami obronnymi.
Trzeci dzień wycieczki samochodowej zaczęliśmy od leniuchowania na szerokich, piaszczystych plażach Playa de Palma, a potem pojechaliśmy zwiedzić górską wioskę Valldemosę - miejsce pobytu Chopina i George Sand.
Ale to nie koniec atrakcji. Ostatniego dnia wybraliśmy się na rejs statkiem do urokliwego Portocolm. Płynęliśmy łódką z oszklonym dnem - Starfish.. Trochę bujało więc sobie słodko usnęłam:)
I tak nie wiadomo kiedy minęło nam 9 dni pobytu na Majorce. Niestety nie odwiedziliśmy stolicy wyspy - Palma de Majorka. Rodzice nie chcieli mnie męczyć, bo pomimo, że temperatury w ciągu dnia oscylowały koło 25 stopni, to jednak palące słońce przypominało, że jesteśmy w basenie Morza Śródziemnego. Muszę przyznać, że dwa dni trochę rodzicom marudziłam, a przyczyną była kolejna czwórka - mam już 10 ząbków! Poza tym byłam rozkosznym dzieckiem i uśmiechałam się i zaczepiałam wszystkich:) szczególnie miłego czarnoskórego kelnera w naszym hotelu.
Moimi ulubionymi zabawami było oczywiście sypanie tatusiowi piasku we włosy na plaży i pchanie plastikowych krzeseł na dziedzińcu naszego ośrodka.
Hasta la vista piękna Majorko - mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócę, żeby rozkoszować się twoim urokiem!

niedziela, 18 maja 2008

MAJORKA!


jestem na swoich pìerwszych wakacjach!!!!! hura!!!!!
Pozdrawiam wszystkich. Kuchnia srodziemnomorska jest przepyszna, zwlaszcza mokry piasek na plazy... wiecej szczegolow po powrocie a teraz - adios, hasta la vista!

środa, 14 maja 2008

Kolejne szczepienie

Wczoraj odbyłam kolejne zaległe szczepienie przeciwko: błonicy, tężcowi, krztuścowi i poliomyelitis. To już ostatnia dawka i teraz będę się szczepić wg kalendarza! W końcu! Byłam bardzo grzeczna i uśmiechałam się do wszystkich tylko po kłuciu troszkę popłakałam w maminych ramionach.
Przy okazji jak zwykle zbadała mnie pani doktor - chociaż dla mnie to było takie kizi - mizi:) i oceniła mój stan jako bardzo dobry, tak samo zresztą jak rozwój psycho - fizyczny:)
Jak zwykle odbyło się ważenie - 9500 g oraz mierzenie - 76 cm; wg siatki centylowej jestem idealnie pośrodku.
Kolejne szczepienie 24 czerwca, a po nim jedziemy do Krakowa na bardzo ważną wizytę kontrolną do dr Kordona. Na niej dowiemy się co z moją aortą i czy niezbędne będzie jej balonikowanie.