piątek, 9 listopada 2007

Hałas

W domku siedzę razem z mamą, bo jest na urlopie wychowawczym no i zgodnie z nazwą stara się mnie wychowywać :)
OTO jedna z umiejętności, którą zdobyłam pod bacznym okiem mamy - nauczyłam się hałasować. Jest to bardzo przydatna zdolność i można ją zrobić wieloma rzeczami. Ciekawe czego następnego sie nauczę?

środa, 7 listopada 2007

Zęby


W mojej buzi widać już dwa ząbki - dolne jedynki. Na razie ledwo wystają, ale już niedługo ich blask zniewoli wszystkich :)

Chłopaki

W końcu nadeszły dobre nowiny - Olek zdrowy wyszedł ze szpitala i spokojnie czeka na II etap - z tym spokojem może być różnie, bo Ciocia Agata martwi się, że Kosmitek mało przybiera na wadze :) Ciociu nie martw się On dba o linię!
Adrianek też wyszedł z Prokocimia i ma kontynuować leczenie w domku. Lekarze nieznaczenie zwiększyli mu dawki leków - zresztą wszystko napisała Ciocia Karolcia tu.
Ciociu pamiętaj możesz na Nas liczyć - gdybyś czegoś potrzebowała daj znać ! KONIECZNIE !
No a Ciocia Jola się nie odzywa i nie mam pojęcia co u Karolka .... Ciociu hop hop odezwij się !

Echo

Wczoraj byłam na echu serduszka. Muszę się często kontrolować, bo ta aorta jest niebezpiecznie przewężona. Doc. Dangel zbadała mnie bardzo dokładnie, a ja starałam sie być grzeczna. Trochę mi się nudziło, więc łapałam a to za sznur albo rękę pani doktor. Niestety przy badaniu aorty trochę sie złościłam przez co wynik badania jest nie do końca miarodajny. Doc. Dangel oceniła mój stan ogólny jako dobry. A poza tym:
- Czynność serca miarowa 139/min;
- Pojedynczy głośny II ton w polu tętnicy płucnej;
- Szmer skurczowy 3/6 wzdłuż lewego brzegu mostka;
- Tętno na tętnicach udowych słabo wyczuwalne (chociaż wydaje nam się z mamą, że pani doktor przy badaniu powiedziała, że jest dobrze wyczuwalne - hmm ciekawe gdzie jest przekłamanie - może na opisie?);
- Saturacja 84 %;
- RR 108/50 mmHg;
- Dość dobra funkcja prawej komory;
- Szerokie połączenie międzyprzedsionkowe;
- Niedomykalność zastawki trójdzielnej 2-3 stopnia;
- Łuk aorty prawidłowy z przewężoną cieśnią, z maksymalnym gradientem 30-35 mmHg - jednak pomiar niemiarodajny;
- Swobodny napływ do tętnic płucnych z SVC;
- IVC szeroka do prawego przedsionka.
Pani doktor zmieniła mi też leki i teraz będę dostawać: enarenal 2 razy dziennie po 0,3 mg, aspirynę raz dziennie 10 mg i verospiron raz dziennie 6 mg.
I mam się stawić na kontroli przed świętami i w razie czego być na czczo - gdybym była niegrzeczna to zrobimy echo w uśpieniu - być może trzeba będzie mnie znieczulić. A wszystko dlatego, że musimy bacznie obserwować moją aortę i mierzyć gradient, żeby niczego nie przeoczyć.
Wygląda na to, że od wypisu ze szpitala z Monachium nic sie nie zmieniło na gorsze, ale niestety (zresztą w cuda z rodzicami nie wierzyliśmy) lepiej nie jest.
Przy okazji zostałam zważona i ważę ... ponad 7 kg ! A dokładnie 7030 ! Widać nawet te niewielkie ilości jakie zjadam pozwalają mi jakoś funkcjonować i nawet przybierać na wadze. Ale nawet mama musi przyznać mi rację - z dnia na dzień jem po po troszeczku więcej.
Zanieśliśmy też doc. Dangel moje oprawione zdjęcie. Mamy nadzieję, że pani doktor je gdzieś powiesi. Może dzięki niemu (doc. Dangel jest przede wszystkim kardiologiem prenatalnym i przychodzą do niej kobiety, które spodziewają się dziecka z chorym serduszkiem) jakaś mama w ciąży popatrzy na mój uśmiechnięty pyszczek i uwierzy, że jej dziecko też można uratować i będzie normalnie żyć!
Do domu wracałam z mamą taksówką, bo tata musiał się "urwać" wcześniej - ciągle ta praca i praca ... Podobało mi się i wogóle nie marudziłam!
A teraz kierunek Kraków i kontrola u dr Kordona - 30 listopada. Oby nie było gorzej!

poniedziałek, 5 listopada 2007

Cześć

Zupełnie zapomnieliśmy, że Dziadek Krzysiek nauczył mnie witać się. Podawał mi swoją rękę i mówił "cześć". No to ja też mu dawałam :) Mama przypomniała sobie o tym dzisiaj i tak się bawiłyśmy w to witanie. No, ale ileż można - mama chciała tak w nieskończoność, a mi już się to przestało podobać ... Witanie to witanie - bawić się można zabawkami np. piłeczkami; piłeczki mają jednak jedną wadę - nie można ich włożyć do buzi :(
I nie bardzo rozumiem po co mama otwiera pudełko z chusteczkami? A jak próbuje je wyjmować to mi nie pozwala. O co może jej chodzić? Potem je zamyka i patrzy się na mnie wymownie, jakby nie mogła powiedzieć co jest grane. A może chce żebym je zamknęła. hmm muszę to przemyśleć ...

niedziela, 4 listopada 2007

Porzucona :)

Wczoraj pierwszy raz rodzice zostawili mnie samą. Najpierw mnie wykąpali, nakarmili, uśpili, a sami poszli do Wujka Rafała - pseudonim Ron - na Kościelną na imieniny. A ja zupełnie niczego nieświadoma słodko spałam i Dziadek Paweł (Babcia Ula była na innej imprezie), który mnie pilnował nie musiał sie stresować :) Rodzice wrócili po 23 do domku; tata trochę niechętnie :( - Babcia była później! - bo myśleli, że ja starym zwyczajem około północy obudzę sie na jedzonko. Ale jednak nie tym razem - mama przed wyjściem "napchała" mnie kaszką i na nocny posiłek obudziłam się dopiero przed 2.
Ale widać, że już jestem dużym dzieckiem i można mi zaufać :) A Dziadek Paweł spisał się na medal!

Białobrzegi c.d.

Po odsapnięciu po czwartkowym dniu, w piątek wybraliśmy się na cmentarz. A potem był rodzinny obiadek. Babcia Ula zaserwowała pyszny rosołek i ... chińszczyznę !? Na deser było jak zwykle rozpływające się w ustach ciasto cioci Agaty i lody.


A wieczorkiem miałam gości - Anię, Ciocię Dagmarę i Wujka Rafała. Dostałam od nich piękną bluzeczkę i spódniczkę. Ach jak ja lubię te fatałaszki :)

czwartek, 1 listopada 2007

Jedzonko

Mama mówi, że jem malutko jak wróbelek, ale muszę sie pochwalić, że dzisiaj pierwszy raz zjadłam na obiad cały słoiczek - 125 g! Bardzo mi smakowała ta marchewka z kurczakiem i śliwkowym puree. No i nie można zapomnieć, że wypiłam 3 razy mleczko (około 350 ml) i zjadłam kaszkę na noc - na pewno powyżej 120 ml! A niewykluczone, że jeszcze obudzę sie koło północy na mleczko. Więc to chyba nie jest aż tak mało. Zresztą we wtorek idziemy zbadać moje serduszko u doc. Dangel to na pewno pani Beatka mnie zważy i zobaczymy jak przybieram na wadze.

Urodziny Wujka Kuby

Dzisiaj Wujek Kuba ma urodziny -27 - to chyba więcej ode mnie :)
Myśleliśmy, że zdołamy mu złożyć życzenia osobiście, ale chyba długo spał, bo nie pojawił się u Dziadków przed naszym wyjazdem. Potem też musiał sobie uciąć jakąś drzemkę poobiednią, bo nie odbierał telefonu. Więc nie mam wyjścia i teraz mu składam życzenia dużo zdrowia - bo zdrowie najważniejsze! - powodzenia i wytrwałości oraz tradycyjnego 100 lat życzę Ja, Mama i Tata!

Z wizytą u Dziadków w Radomiu i nie tylko

We wtorek pojechałam odwiedzić Dziadków w Radomiu. Ja z mamą zostałam na dłużej - pierwszy raz spałam z mamą w jednym łóżku! - a tata wrócił do Warszawy do pracy - cóż podobno bez pracy nie ma kołaczy ... Ale nie zostawił nas samych na długo, bo już wczoraj wieczorkiem wrócił. A my z mamą sobie odpoczywałyśmy i spacerowałyśmy, no i oczywiście spędzałyśmy w końcu czas z Dziadkami. Szkoda, że żadni moi Dziadkowie nie mieszkają w Warszawie ...
A dzisiaj nastąpił odwiedzin ciąg dalszy.
Najpierw byliśmy w Jedlni Letnisko u Marcelka i Cioci Agaty i Wujka Lolka. Poszliśmy też na wspólny spacerek.


A potem pojechaliśmy na Wrzosów do Szymka i Cioci Klaudii i Wujka Rafała. Tych Wujków już dobrze znam, bo to oni byli tak wspaniali i "przygarnęli" nas do swojego mieszkania podczas pobytu w Krakowie.


Ale to nie był koniec odwiedzin. Po powrocie do Białobrzegów rodzice wyciągnęli mnie jeszcze w gości do Cioci Moniki i Wujka Czesława, a tam byli jeszcze Ciocia Gosia i Wujek Mikołaj z malutkim Leonem - w końcu jest ktoś młodszy ode mnie! Leon ma dopiero miesiąc więc jestem od niego duuużo starsza :) A moi starsi koledzy Olek i Borys byli tak zajęci zabawą, że nawet nie wiedzieli, że przyszłam.
No, ale tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień! Byłam już tak zmęczona i zaczęłam trochę marudzić, żeby rodzice w końcu zabrali mnie do domu. W drodze powrotnej usnęłam w wózeczku, a jak przyszliśmy do Dziadków to tylko szybka kąpiel, kolacja i łóżeczko.

środa, 31 października 2007

Kosmitek i Adi

Złych wieści ciąg dalszy ... Niestety ...
Kosmitek nadal jest w szpitalu i już nie z zapaleniem krtani, ale oskrzeli. Mama Kosmitka - ciocia Agata martwi się czy Kosmitek zdąży wyzdrowieć - pod koniec listopada mieli jechać do Łodzi na kontrolę i być może II etap, ale w tej sytuacji nic nie wiadomo ...
A Adi nadal w Prokocimiu. Dr Kordon zrobił mu dzisiaj kolejne echo - funkcja komory nadal zła, ale zwiększył się rzut krwi, jednak Adrianek nie kwalifikuje się nadal do III etapu. Dodatkowo ma gorączkę - ponad 39 stopni. Lekarze będą próbowali poprawić pracę jego serduszka poprzez zwiększenie dawek leków.
Chłopaki trzymam za Was kciuki! wracajcie do zdrowia!

poniedziałek, 29 października 2007

Z wizytą u Dziadków w Białobrzegach

Od soboty jestem u dziadków w Białobrzegach. Dużo z mamą spacerujemy - wczoraj np. byłyśmy w lesie. Tata obiecywał mi co prawda, że spędzi ze mną w końcu więcej czasu, ale na razie na obietnicach się skończyło ... Ale mam nadzieję, że może jednak. Przy okazji tych spacerków odwiedzamy sobie: wczoraj Paulinkę, ciocię Agatę i wujka Mietka - ciocia Agata ma duuuuuuuuży brzuch; podobno mieszka w nim Marysia, która ma się niedługo urodzić - a dzisiaj ciocię Beatę. Rano - sama nie wiem jak to się stało! - całe śniadanko wylądowało w łóżku. Mama mówi, że to od wpychania za głęboko paluszków ... No nie wiem może. Ale co ja mam zrobić jak mnie te dziąsła tak bolą? Jeden ząbek już stuka o kubeczek, a drugi próbuje dotrzymać mu kroku.
A druga rzecz, która mnie denerwuje - nie wiem co oni wymyślają z tym kładzeniem mnie na brzuchu!!! Przecież to strasznie niewygodne! A potem się zastanawiają dlaczego tak się złoszczę. Ach dziwni są Ci dorośli ...

niedziela, 28 października 2007

Znowu złe wieści ....

Jakieś fatum krąży nad moimi "serduszkowymi" kolegami. Kosmitek leży w szpitalu z zapaleniem krtani, Karolka mama faszeruje antybiotykami, bo też jest chory, a teraz jeszcze Adrianek ... Adi miał w piątek echo w Krakowie u dr Kordona i niestety potwierdziły się wcześniejsze diagnozy doc. Dangel - z serduszkiem mojego kolegi nie jest dobrze; jest tak słabe, że Adi nie kwalifikuje się do III etapu, bo prawdopodobnie by nie przeżył operacji ... Dr Kordon zostawił go w szpitalu i słabą funkcję komory będą próbowali wzmocnić lekami. Mocno trzymam kciuki i modlę się za Adrianka! Musi sobie dać radę! To dzielny chłopiec, wiele już przeszedł, więc wierzę, że i tym razem sobie poradzi!

piątek, 26 października 2007

Ach te zęby !!!!!

Przez te wyżynające się zębiska nic mi się nie chce!!! Nie mogę ssać, bo przeszkadza mi smoczek w buzi; w dzień nie mogę zasnąć, bo mnie bolą. Mama mi pomaga jak może - nosi mnie na rękach, śpiewa piosenki, smaruje dziąsła żelami, a jak jest już bardzo źle daje leki przeciwbólowe. Ja też próbuje sobie jakoś radzić - wkładam do buzi wszystko co mogę - mam nadzieję, że takie ocieranie na chwilę złagodzi ból. Trzeba tylko uważać, żeby nie włożyć sobie czegoś za głęboko, bo wtedy może się to skończyć źle ... Wiem coś o tym - już raz za głęboko włożona pieluszka spowodowała, że całe śniadanko wylądowało na prześcieradle i to w łóżku rodziców. Okropieństwo! A jedynka dolna jest już blisko, mama ją dzisiaj poczuła jak próbowałam ugryźć jej palec. Jeszcze jej nie widać, ale wszyscy mamy nadzieję, że to szybko się pojawi i nie będzie mnie długo męczyć.

Moje pierwsze pół roczku


Wczoraj skończyłam pół roku - ale ten czas szybko leci ... Był to bardzo trudny okres, ale dzięki pomocy profesora Malca, innych lekarzy i pielęgniarek zarówno z Krakowa jak i Monachium świetnie sobie poradziłam! Teraz będzie tylko lepiej! Dziękuje wszystkim za pamięć i pozdrawiam, a przede wszystkim mojego kumpla Karolka Beresia, z którym poznałam się w Prokocimiu. Karol jest teraz chory, ale będę trzymać kciuki, żeby szybciutko wyzdrowiał.
I jest ode mnie starszy o całe 4 dni :)
Rodzice sprawili mi piękny prezent - wysokie krzesełko do karmienia! Bardzo mi się spodobało! Teraz będzie mi wygodniej jeść te wszystkie pyszne zupki i deserki. Na razie nie mam ochoty pić mleczka - to wszystko wina rosnących ząbków. Jeden - dolna jedynka - jest już tuż, tuż. Jak próbuje pić wodę to coś stuka o kubeczek :) pewnie lada dzień zabłyśnie w mojej buzi

Wizyta dziadków


W środę 24 października przyjechała do mnie Babcia Jola i Dziadek Krzysiek. Fajnie sobie rozmawialiśmy i bawiliśmy się i wcale mi sie nie chciało iść spać. Przez cały dzień nie zmrużyłam oka, ale przecież byli goście więc nie wypadało ich zostawić. Dostałam super prezenty - piękną lalę i trampki. Wieczorkiem byłam za to taka śpiąca, że mama darowała mi wieczorną kąpiel i nawet kolację zjadałam prawie na śpiąco.

poniedziałek, 22 października 2007

Wielkie Wybory Małych POlaków

Wczoraj był ważny dzień - wybory. Moja pierwsza lekcja wychowania obywatelskiego. POszłam z rodzicami oddać głos, a POtem czekaliśmy na wyniki. Czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy, bo sędzia Kacprzak - POzdrawiamy :) - raz PO raz przedłużał ciszę wyborczą. Aż stałam się strasznie senna i POszłam spać. Rano obudziłam się w nowej i miejmy nadzieję lepszej POlsce.
Wczoraj były też imieniny Babci Uli. Rodzice zupełnie zapomnieli - WSTYD! Oni teraz tylko interesują się ile zjadłam, o której, czy zrobiłam już kupkę, czy nie mam czasem gorączki, czy wzięłam leki itp. itd. No tatuś oczywiście jeszcze ciężko pracuje.
W takim razie ja życzę Ci Babciu wszystkiego najlepszego, zdrowia i pociechy z Dziadka Pawła i ze mnie oczywiście też!

piątek, 19 października 2007

Moja historia c.d.

Po urodzeniu rodzice zobaczyli mnie tylko przez chwilkę (mama musiała jeszcze być oszołomiona narkozą, bo wydawało jej się, że mam dużo ciemnych włosów!) i od razu zabrali mnie na oddział neonatologii i włożyli do otwartego inkubatora. Podłączyli wlew z prostinu, leku który pomógł mi bez komplikacji poczekać do operacji.
Następnego dnia zostałam przewieziona karetką do Prokocimia na oddział VI – kardiologię. Mama musiała zostać po operacji w szpitalu jeszcze kilka dni – w tym czasie odwiedzał mnie tatuś. Nawet próbował mnie karmić i przewijać, mimo trzęsących się rąk.
Po zrobieniu wielu badań lekarze zadecydowali, że operacja zmodyfikowaną metodą Norwooda będzie przeprowadzona 30 kwietnia 2007 roku. W tym dniu rodzice przyszli do szpitala wcześnie rano. Gdy podpisywali zgodę na operację profesor nic nie mógł im obiecać – poza jednym, że zrobi wszystko co będzie mógł, a reszta będzie już zależała ode mnie. Potem rodzice ze łzami w oczach odwieźli mnie na blok operacyjny. I niecierpliwie czekali … Gdy po kilku godzinach pojawił się profesor i powiedział: „Operacja udała się, zrobiłem wszystko co zaplanowałem. Stan dziecka stabilny” wszyscy odetchnęli z ulgą. Na chwilkę weszli mnie zobaczyć na Oddział Intensywnej Terapii. Miałam mnóstwo rurek, drenów, kabli … Widok był wstrząsający, ale najważniejsze było to, że szybko zaczęłam odzyskiwać siły. Już następnego dnia zostałam odłączona od respiratora i zaczęłam samodzielnie oddychać, a także jeść. Rodzice odwiedzali mnie codziennie i dzwonili kilka razy dziennie, żeby dowiedzieć się o moje zdrówko, a informacje zawsze były dobre! W związku z tym po 6 dniach przeniesiono mnie na Oddział VIII. Tam mijał nam dzień za dniem – rodzice opiekowali się mną – karmili, przewijali, myli, a ja nabierałam sił. Lekarze szykowali nas do opuszczenia szpitala, ale niestety dopadła mnie jakaś paskudna bakteria – dostałam wysokiej temperatury, akcja serca niesamowicie wzrosła i musiałam wrócić na intensywną terapię. Jednak szybko wszystko się ustabilizowało i z powrotem przeniesiono mnie na VIII. Dostawałam antybiotyk i czekałam cierpliwie na wypis. Niestety – okropna bakteria zaatakowała raz jeszcze! Ale po raz drugi lekarze sobie z nią poradzili. Przez te wszystkie „przygody” szpital w Prokocimiu opuściłam dopiero 8 czerwca 2007 roku – gdyby nie te infekcje mój pobyt trwał by znacznie krócej. Nie od razu jednak wróciliśmy do domku w Warszawie. Ponieważ moja aorta była przewężona i dodatkowo miałam niewielką ilość płynu w worku osierdziowym, zostaliśmy w Krakowie jeszcze jakiś czas i zjawialiśmy się w szpitalu na kontrolach.
Przy okazji, w wieku niespełna dwóch miesięcy, wystąpiłam w telewizji w programie Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera”. Jego tematem były kulisy odejścia z Prokocimia prof. Malca – człowieka, który uratował moje serduszko. Już wtedy wiedzieliśmy, że na kolejną operację będziemy musieli jechać do profesora aż do Monachium, bo jego profesjonalizm i ogromna wiedza dają nam największe szanse na uratowanie mojego życia!
22 czerwca 2007 roku pojechaliśmy do Warszawy i w końcu zobaczyłam swój dom. Rodzice, choć się do tego nie przyznawali, chyba troszkę się bali jak sobie poradzą z dala od lekarzy. Ale nie było tak źle. Martwiliśmy się tylko moją przewężoną aortą i w związku z tym chodziliśmy na kontrole do doc. Dangel. Jednak nie można było długo czekać. Pod koniec lipca znowu znalazłam się w szpitalu w Prokocimiu. Trzeba było wykonać cewnikowanie serca i balonikowanie aorty – lekarze mieli nadzieję, że w jego wyniku aorta zostanie poszerzona. 27 lipca 2007 roku przeprowadzona zabieg. Aorta została poszerzona, ale … Okazało się, że mam bardzo przewężony shunt. Jeden z lekarzy powiedział nawet, że to zwężenie dyskwalifikuje mnie do kolejnych operacji – notabene diagnozy tej nie potwierdził żaden kardiolog wykonujący mi potem echo – spuśćmy zasłonę milczenia na jego „kompetencje”. Dzięki Bogu ja nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę i spokojnie sobie rosłam. Byłam grzeczną dziewczynką – ładnie jadłam, a w nocy słodko spałam i dawałam się wyspać rodzicom.
25 sierpnia 2007 roku był mój ważny dzień – zostałam ochrzczona i z małego diabełka stałam się małym aniołkiem!
No a potem już tylko odliczaliśmy dni do wyjazdu do Monachium. Nie było na co czekać – przewężenie aorty i ten nieszczęsny shunt. Rodzice nie zastanawiali się długo – mogli szukać dla mnie innego ośrodka leczenia w kraju albo wybrać to co najlepsze (i niestety związane z dużym wydatkiem) i najpewniejsze dla mnie – opiekę prof. Malca. W tym miejscu pragnę podziękować za niespodziewaną pomoc wielu ludzi o WIELKICH SERCACH, którzy zdecydowali się wesprzeć Nas zarówno duchowo jak i finansowo! Chce im wszystkim podziękować z całego mojego malutkiego serca, a w szczególności p. Agnieszce Drapczyńskiej i Małgosi Kulińskiej, oczywiście całej mojej rodzince i wszystkim, których nie wymieniłam z imienia i nazwiska !!! DZIĘKUJE !!!
24 września 2007 roku polecieliśmy do Monachium. Samolotu wcale się nie bałam – wręcz mnie znudził i zrobiłam sobie małą drzemkę. Zamieszkaliśmy w apartamentach należących do fundacji Ronalda McDonalda. Następnego dnia w Klinice Großhadern zrobili mi wszystkie niezbędne badania (rtg, echo, EKG, badania krwi) i zakwalifikowali do operacji – dwukierunkowego zespolenia Glenna. Żeby było mi raźniej mama została ze mną na noc w szpitalu, a rano 27 września 2007 roku prof. po raz drugi zoperował moje serduszko. Wszystko poszło dobrze i o godz. 12 zostałam przewieziona na oddział intensywnej terapii. Już o godz. 15 lekarze zadecydowali o moim ekstubowaniu, które zakończyło się powodzeniem. Ponieważ od północy nic nie mogłam jeść byłam straaaasznie głodna! No i zaczęłam płakać, żeby ktoś w końcu dał mi jeść! Szybko nabierałam sił, a lekarze odstawiali w niespotykanym tempie leki, dreny, cewnik. Miałam to szczęście i ominęło mnie paskudne gromadzenie się płynów. Ponieważ chyba trochę im już przeszkadzałam na tej intensywnej terapii 30 września rano lekarze przenieśli mnie na normalny oddział. Tutaj w ciągu dnia siedziałam z mamą, tatą, ciotką Olką i absorbującą rodzinką mojego kumpla z sali Rubena, a noce spędzałyśmy we dwie z mamą. Ale i tu nie zagościłam długo, bo 4 października lekarze pozwolili rodzicom zabrać mnie do Ronald McDonald Haus!!! Wpadaliśmy tylko na kontrolę – lekarze musieli dobrać mi jeszcze odpowiednie dawki leków. Nie trwało to długo, bo już 8 października 2007 roku dostaliśmy oficjalny wypis ze szpitala i pozwolenie powrotu do Polski wraz z przypomnieniem, że moja aorta jest niestety nadal przewężona. Mam się często kontrolować, bo niewykluczone, że przed kolejną operacją (a ta nie wcześniej niż za rok – muszę mieć przynajmniej 18 miesięcy i ważyć około 11-12 kg) konieczne będzie jeszcze jedno balonikowanie. Tata zajął się zmianą rezerwacji biletów lotniczych; pierwotnie mieliśmy wracać dopiero 18 października – widać rodzice nie spodziewali się, że będzie ze mnie taki chwat, bo umiejętności profesora zawsze oceniali na szóstkę z plusem w skali szkolnej! Przed powrotem do domku - wykorzystując nadarzającą się okazję i piękną pogodę - po ciężkich przeżyciach zrobiliśmy sobie małą wycieczkę po malowniczej Bawarii: odwiedziliśmy zamki Neuschwanstein, Hohenschwangau, Garmisch-Partenkirchen i Jezioro Starnberg.
A 12 października 2007 roku wróciliśmy do domku i zaczęliśmy pisać ten blog!

Marchewka



Posted by Picasa


Tak właśnie wyglądałam po zjedzeniu pierwszego "dorosłego" posiłku:) Mama dała mi marchewkę. Bardzo mi smakowała - zjadłam prawie cały słoiczek! Troszkę tylko pobrudziło się wszystko dookoła: ja, mama, leżaczek i kanapa. Dobrze, że miałam śliniak. Ciekawe jakie inne pyszne rzeczy dostanę niedługo do zjedzenia mniam mniam

czwartek, 18 października 2007

"Słone paluszki" mniam !!!

Posted by Picasa


Jak na razie moje paluszki są najsmaczniejsze - jem jak przysłowiowy wróbelek - mleczko poszło w odstawkę.
Dzisiaj po południu odwiedził mnie Pan doktor i ustaliliśmy sobie:
1. Tyle ile na razie jem widocznie mi wystarcza i na razie rodzice mają się nie denerwować - baczniej tylko obserwujemy wagę czy ładnie przybieram. I od jutra zaczynamy wielką akcję odkrywania "dorosłego" jedzonka - już nie tylko mleczko będzie moim pożywieniem, ale też zupki, deserki, kaszki ... Ciekawe czy mi zasmakują?
2. Kupki o które martwiła się mamusia są ok.
3. Będę dostawać witaminkę D3.
4. Za jakiś czas ruszamy z zaległymi szczepieniami.
5. A wogóle to Pan doktor był zadowolony z mojego stanu zdrowia i potwierdził, że te paluszki w buzi to niechybna oznaka zbliżającego się pierwszego ząbka.