wtorek, 3 czerwca 2008

Dzień Dziecka

Jak zapewne wszyscy wiedzą w niedzielę było kolejne moje święto - Dzień Dziecka! Pogoda sprzyjała spacerkom więc wybraliśmy się z Mają, ciocią Iwonką i wujkiem Pawłem no i Brutuskiem na festyn w Wilanowie. A wybraliśmy się ..... moim nowym wózkiem! Rodzice dojrzeli do decyzji, że potrzebuje na lato "lżejszego" wózka. Niewątpliwą inspiracją był dla nich pobyt na Majorce - tam prawie wszystkie dzieci jeździły w takich wózkach. Rodzice długo się zastanawiali, analizowali i w końcu wybrali model baaardzo dziewczęcy, co przy notorycznym braniu mnie przez wszystkich za chłopaka jest jego wielkim atutem!
A w Wilanowie było mnóstwo atrakcji dla maluchów z okazji Dnia Dziecka, ale było tez strasznie gorąco. Ja z rodzicami i Wujkiem Pawłem schroniliśmy się w zacienionym miejscu, miłej knajpce. A gdy dołączyły dziewczyny zjedliśmy pyszny obiad - potrawy z grilla, a ja dostałam słoiczek mojego ulubionego Hipcia mniam mniam, bo pieczony łosoś nie przypadł mi do gustu.
Fajnie, że oprócz urodzin, imienin, gwiazdki i mikołajków jest jeszcze ten Dzień Dziecka:)

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Wybudujemy wieże, wieże, wieże, wieże ...

W związku z ostatnimi wielkimi wydarzeniami: moje pierwsze urodziny, a wczoraj Dzień Dziecka, znowu zwiększyłam zabawkowy stan posiadania, no i nie ma co ukrywać na Majorce też "naciągnęłam" rodziców na parę drobiazgów: piękny komplet do piachu "Hello Kitty" i kolejną żabkę! I naprawdę nie mogę narzekać, że nie mam się czym bawić!
Ostatnio moją wielką pasją stało się budowanie wieży. Wcześniej umiałam ją tylko zdemontować: albo zdejmowałam pojedynczo jej elementy albo - gdy traciłam cierpliwość - odwracałam ją do góry nogami i wszystkie od razu spadały. Teraz stałam się już małym konstruktorem. Oprócz rozbiórki umiem zbudować wieżę. I tak do znudzenia: budowanie i burzenie, budowanie i burzenie, budowanie i burzenie ....

środa, 28 maja 2008

Oklaski i takie tam

I tak dzień za dniem uczę się coraz to nowych rzeczy. Tak sobie podpatrywałam co robią mama z tatą jak uda mi się np. pokazać gdzie mam nosek, że ja też postanowiłam spróbować. Chociaż muszę przyznać szczerze, że największą inspiracją był dla mnie program TV "Jaka to melodia". Tam raz po raz słychać brawa. Na marginesie dodam, że jest to jedyny program - oprócz mojej dobranocki, czyli "Faktów":) - jaki rodzice pozwalają mi oglądać; pewnie dlatego, że mamie bardzo się podoba jak tańczę: stoję sobie w rozkroku, rękami się czegoś podtrzymuje, zginam kolanka i ruszam dupką:)
I w końcu spróbowałam. Jedną rączkę trzymałam nieruchomo, a drugą uderzałam. I wyszło! Teraz namiętnie bije brawa przy każdej okazji!
Jeżeli już jesteśmy przy moich najnowszych dokonaniach to bardzo lubię karmić rodziców. Trzymam jabłko i podstawiam pod ich buzię. Żeby nie było wątpliwości o co chodzi podpowiadam im mówiąc: "mniam mniam":) W końcu owoce to same witaminy! A jak sama chcę zjeść jakiś owoc to wyciągam rączkę w kierunku koszyka i mówię: "yyyyyyyyyyyyyy".
Moje zdolności komunikacyjne rozwijają się w tak szybkim tempie, że mama momentami za mną nie nadąża. Np. dzisiaj po obiedzie kompletnie nie mogła zrozumieć dlaczego poraczkowałam do mojego pokoju i usiadałam koło łóżeczka. Ale w końcu gapa załapała, że ja po prostu jestem już zmęczona i chcę, żeby mnie do niego położyła, bo czas na drzemkę.
Ach chciałabym już zacząć mówić. Życie było by wtedy łatwiejsze.

poniedziałek, 26 maja 2008

I po wakacjach - relacja zdjeciowa


Pierwsza wizyta na plaży


Ja i tatusiowy napój:)


Cala Gran


Gdzie ja jestem?


Port de Portals



Marineland


Cala Mondrago


Cala Santanyi


Playa de Palma


Valldemossa


Poranny spacer


Z tatusiem:)


STARFISH

I po wakacjach - relacja

Wszystko co dobre kiedyś sie kończy... Ale z drugiej strony wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!
Decyzje o wyjeździe rodzice podjęli bardzo spontanicznie i szybko! Jeszcze w poniedziałek nie wiedzieliśmy gdzie pojedziemy - na wstępie odrzuciliśmy Egipt i Tunezję - we wtorek byliśmy pewni, że będzie to Majorka, a dopiero w środę podjęliśmy decyzję o wyborze hotelu, a w piątek po południu moczyłam już moje nóżki w lazurowych wodach Morza Śródziemnego!!!
Jednym zdaniem - było super!!!
W piątek po 6 stawiliśmy się na Okęciu, a już po 11 byliśmy na lotnisku w Palma de Majorka. Samolot to dla mnie żadna nowość - byłam bardzo grzeczna, trochę pospałam, pojadłam i pobawiłam się z rodzicami. Inne dzieci gorzej zniosły podróż i bardzo płakały - może się trochę bały? Na lotnisku czekała na nas taksówka, bo okazało się, że do wybranego przez nas hotelu nikt poza nami nie jedzie i będziemy tam jedynymi Polakami, co mi osobiście w ogóle nie przeszkadzało, przecież w Monachium trochę poznałam i niemiecki i angielski:)
Komfortowo i szybko - niestety u mamy na kolanach, bo nie było dla mnie fotelika - w ciągu niecałej godziny dojechaliśmy do malowniczej miejscowości Cala D'Or i naszego hotelu Esmeralda Park. Błyskawicznie zameldowaliśmy się i troszkę rozpakowaliśmy. Widok z okna zaparł nam nam dech w piersiach - lazur wody w basenach i morzu!
I pełno dzieci - i takich jak ja, ale i mniejszych i większych - w końcu nie na się czemu dziwić to taki typowy ośrodek dla rodzin z dziećmi. No i oczywiście pierwszy spacer nad morze!
I tak mijał nam dzień za dniem - spacerki, zabawy w piasku - mniam mniam:), kąpiele w basenie, wizyty w uroczych majorkańskich knajpkach - rodzice jedli tapas i popijali sangrię, a ja zadowalałam się hiszpańskimi słoiczkami hippa i chlebkiem. Niestety moją pasją stały się ciasteczka, rodzice przy mnie nawet nie wypowiadali tego słowa, bo na jego dźwięk aż piałam z radości! Oczywiście pyszne śniadania i obiadokolacje mieliśmy w hotelu. Na śniadanka jadłam wędlinkę z chlebem, jajecznice, kiełbaski albo jogurt z musli i na koniec jak zwykle cząstki soczystych pomarańczy, a na obiadokolacje z uwagi na jej późną porę - jak dla mnie:) - na ogół same owoce: gruszki, śliwki, jabłka, melony i ananasy, czasami skubnęłam od taty kurczaka po majorkańsku albo pieczoną rybę, żeby potem mieć jeszcze miejsce na kolację - moją kaszkę. I do tego wypijałam całe hektolitry wody!
Ale wizyta na Majorce nie ograniczyła się tylko do urokliwego Cala D'Or. Tata na 3 dni wypożyczył samochód i troszkę pojeździliśmy. Pierwszego dnia odwiedziliśmy Marineland - piękny park ze zwierzętami, gdzie różne ptaki, których wielka ilość zamieszkuje na co dzień Majorkę, są dosłownie na wyciągniecie ręki, rybki w akwariach no i oczywiście najważniejsze: pokaz fok i chlapiących wodą delfinów! Zwiedziliśmy też Port de Portals - elegancki port jachtowy, gdzie miejsca do cumowania są najdroższe na całej wyspie, przyciągający także członków hiszpańskiej rodziny królewskiej!
Następnego dnia wyprawę rozpoczęliśmy od pięknej zatoki Cala Mondrago, potem pojechaliśmy do Cala Figuera - najbardziej romantycznej osady rybackiej na wyspie, nazywanej majorkańską Wenecją. A potem plażowanie w uroczej zatoce Cala Santanyi i obiad w Ses Salines, w restauracji Casa Manolo, do której smakosze przyjeżdżają nawet z bardzo daleka na grillowane owoce morza i specjalności w glinianych garnkach oraz potrawę zwaną: arres de notario, która swój niepowtarzalny smak zawdzięcza wiejskiemu adwokatowi:) a jeden ze stolików jest zawsze zarezerwowany dla króla Hiszpanii!
Pojechaliśmy też na północ wyspy, aby zobaczyć piękną Alcudię z jej potężnymi średniowiecznymi murami obronnymi.
Trzeci dzień wycieczki samochodowej zaczęliśmy od leniuchowania na szerokich, piaszczystych plażach Playa de Palma, a potem pojechaliśmy zwiedzić górską wioskę Valldemosę - miejsce pobytu Chopina i George Sand.
Ale to nie koniec atrakcji. Ostatniego dnia wybraliśmy się na rejs statkiem do urokliwego Portocolm. Płynęliśmy łódką z oszklonym dnem - Starfish.. Trochę bujało więc sobie słodko usnęłam:)
I tak nie wiadomo kiedy minęło nam 9 dni pobytu na Majorce. Niestety nie odwiedziliśmy stolicy wyspy - Palma de Majorka. Rodzice nie chcieli mnie męczyć, bo pomimo, że temperatury w ciągu dnia oscylowały koło 25 stopni, to jednak palące słońce przypominało, że jesteśmy w basenie Morza Śródziemnego. Muszę przyznać, że dwa dni trochę rodzicom marudziłam, a przyczyną była kolejna czwórka - mam już 10 ząbków! Poza tym byłam rozkosznym dzieckiem i uśmiechałam się i zaczepiałam wszystkich:) szczególnie miłego czarnoskórego kelnera w naszym hotelu.
Moimi ulubionymi zabawami było oczywiście sypanie tatusiowi piasku we włosy na plaży i pchanie plastikowych krzeseł na dziedzińcu naszego ośrodka.
Hasta la vista piękna Majorko - mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócę, żeby rozkoszować się twoim urokiem!

niedziela, 18 maja 2008

MAJORKA!


jestem na swoich pìerwszych wakacjach!!!!! hura!!!!!
Pozdrawiam wszystkich. Kuchnia srodziemnomorska jest przepyszna, zwlaszcza mokry piasek na plazy... wiecej szczegolow po powrocie a teraz - adios, hasta la vista!

środa, 14 maja 2008

Kolejne szczepienie

Wczoraj odbyłam kolejne zaległe szczepienie przeciwko: błonicy, tężcowi, krztuścowi i poliomyelitis. To już ostatnia dawka i teraz będę się szczepić wg kalendarza! W końcu! Byłam bardzo grzeczna i uśmiechałam się do wszystkich tylko po kłuciu troszkę popłakałam w maminych ramionach.
Przy okazji jak zwykle zbadała mnie pani doktor - chociaż dla mnie to było takie kizi - mizi:) i oceniła mój stan jako bardzo dobry, tak samo zresztą jak rozwój psycho - fizyczny:)
Jak zwykle odbyło się ważenie - 9500 g oraz mierzenie - 76 cm; wg siatki centylowej jestem idealnie pośrodku.
Kolejne szczepienie 24 czerwca, a po nim jedziemy do Krakowa na bardzo ważną wizytę kontrolną do dr Kordona. Na niej dowiemy się co z moją aortą i czy niezbędne będzie jej balonikowanie.

piątek, 9 maja 2008

Postrzyżyny

Kiedy się urodziłam byłam małym łysolkiem i tak naprawdę od tego czasu niewiele się zmieniło:) Urosło mi tu i ówdzie kilka włosków, ale na pewno nie można o mnie powiedzieć, że mam na głowie burzę włosów! Jednak te zaledwie kilka włosków zaczęło trochę przeszkadzać - szczególnie parę kosmyków grzywki urosło aż tak bardzo, że zaczęło mi "wchodzić" w oczy. Mama próbowała je odgarniać i spinać spinką, ale ja się buntowałam i zdejmowałam, a potem wkładałam ją ... oczywiście do buzi! A układanie ich na żel - no trochę jestem jednak za mała. Natomiast z tyłu niektóre włoski były trochę za długie i zaczęłam przypominać czeskiego metala:) W dodatku mi się puszyły i wyglądały jak wata! Mama bała się wziąć sprawy - czytaj: nożyczki - w swoje ręce więc odwiedziłam prawdziwego fryzjera: Leona Zawodowca:) Rodzice znają go już bardzo dobrze; od ponad 5 lat regularnie go odwiedzają i nigdy nie zdradzili na rzecz konkurencji!
Trochę obawialiśmy się jak to wszystko zniosę, ale w końcu Leon to prawdziwy zawodowiec! Siedziałam u mamy na kolanach i patrzyłam na tatę albo Leona. Poszło szybko, sprawnie, nawet nie zdążyliśmy mrugnąć okiem jak już było po sprawie! Troszkę sie kręciłam, ale kto by sie nie kręcił - tyle tam było ciekawych rzeczy!
Teraz mam mocne postanowienie, żeby zapuścić troszkę włoski, bo czasami irytują mnie komentarze niektórych przechodniów: "Jaki piękny chłopczyk"

poniedziałek, 5 maja 2008

Niania :)

Z uwagi, że nie jestem już niemowlakiem tylko małym dzieckiem najwyższy czas zacząć porozumiewać się z otoczeniem nie tylko za pomocą płaczu, ale też innych form komunikacji. Może to być wskazanie ręką na wodę gdy mi się chce pić albo wdrapywanie się na krzesełko do karmienia gdy jestem głodna i niecierpliwie czekam na posiłek lub wyłączenie karuzeli nad moim łóżeczkiem gdy budzę się przed 6 na moje pierwsze śniadanko - mleczko z kubeczka. Oczywiście doskonale również moje zdolności werbalne. Od dłuższego czasu mówię już: "mama", "tata" - szczególnie gdy zadzwoni telefon, a także wiele nie do końca zrozumiałych przez rodziców wyrażeń. Najnowszym zwrotem, który udało mi się opanować i którego znaczenie rodzice odgadli bez problemu jest: "Niania".
Oczywiście chodzi o ......... MNIE! Wszyscy mówią do mnie: "Hania", a przecież takiemu roczniakowi jak ja trudno jest wymówić głoskę: "H" więc musiałam sobie jakoś poradzić:)
I teraz jestem Hania - Niania!

Pożegnanie z butelką

No i udało nam się wyeliminować picie mleka z butelki! Już od ponad tygodnia mleczko piję tylko z kubeczka! Początkowo nie byłam z tego powodu zadowolona, ale teraz to już normalka:) Wygraliśmy bitwę, ale nie wojnę, bo dalej smoczek towarzyszy mi podczas - szczególnie wieczornego - usypiania. Ale i na niego, miejmy nadzieję, że szybko, przyjdzie czas!

I mamy kolejnego ząbka

Po szybkim pojawieniu sie kompletu jedynek i dwójek rodzice myśleli, że na jakiś dłuższy czas mają z głowy moje ząbki. A tu zupełnie niespodziewanie - no może niezupełnie, bo troszkę marudziłam - pojawiła się po prawej stronie dolna czwórka! Kolejne czwórki chyba niebawem do niej dołączą, bo mam trochę spuchnięte dziąsła! Ale błyskawicznie wyrzynają się te moje zęby!

środa, 30 kwietnia 2008

To juz rok ....

Kochana Haniu dzisiaj minął rok od Twojej pierwszej operacji. 30 kwietnia 2007 roku razem z tatą już o 6 stawiliśmy się w szpitalu w Prokocimiu. Grzecznie spałaś w inkubatorze i tylko podłączony monitor wskazywał, że jednak coś jest nie tak. Wyglądałaś ślicznie i robiłaś śmieszne minki! A my poszliśmy do prof. Malca podpisać zgodę na operację, operację, która miała zadecydować o Twoim dalszym życiu. A potem odprowadziliśmy Cię pod salę operacyjną. Serca mieliśmy w gardle, a łzy same płynęły po policzkach... A potem to czekanie... Pojechaliśmy do Kościoła na Skałce, żeby pomodlić się za Ciebie, ale trafiliśmy na jakąś ogromnie hałaśliwą wycieczkę Włochów - o modlitwie musieliśmy zapomnieć. I znowu do szpitala pod gabinet profesora. Około 11.30 prof. pojawił się i ... ja nie miałam nawet odwagi, żeby do niego podejść, wysłałam tatę. Ale kiedy z oddali usłyszałam słowa: "Operacja udała się, stan dziecka stabilny" odetchnęłam z ulgą. Potem poszliśmy na intensywną terapię zajrzeć na chwilkę do Ciebie. Byliśmy przygotowani na straszny widok, ale Ty wyglądałaś pięknie mimo wielkiej ilości kabli! Wtedy uwierzyliśmy, że dasz sobie radę i zwyciężysz w tej wielkiej walce - walce o życie! I tak dalej trzymaj - bądź piękna i dzielna tak jak do tej pory!

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Moje pierwsze urodziny - relacja

Moje pierwsze urodziny już za nami! A działo się oj działo :)
Zaczęliśmy świętować zgodnie z kalendarzem 25 kwietnia. Po przebudzeniu otrzymałam moc całusów i uścisków od rodziców i dłużej niż zwykle baraszkowałam w ich łóżku. A potem pakowanie i po obiadku wyjazd do Białobrzegów gdzie czekała na mnie kolejna moc serdeczności od Babci Joli i Uli oraz Dziadków Krzyśka i Pawła. No i oczywiście pierwsze prezenty: piękna czerwona piaskownica, dmuchany basen i lala w wózku. O godzinie 18 odbyła się Msza Święta w mojej intencji, którą prawie w całości spędziłam na zewnątrz, bo jakoś nie mogłam zrozumieć dlaczego w tym ogromnym budynku muszę być cicho. Po kolacji i kąpieli poszłam spać a rodzice z Dziadkami wznieśli toast za moje zdrówko!


Centralne obchody mojego jubileuszu odbyły sie w sobotę. Była piękna pogoda więc rodzice skorzystali z gościnności Cioci Beaty i urządzili party w plenerze. Przybyli goście mogli skosztować przepysznych potraw z grilla


no i oczywiście wybornego tortu.



A trochę starsze dzieciaki szalały do upadłego wdrapując się do domku na drzewie

albo bawiąc się z pieskami.


Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy... Do zobaczenia za rok!

Podziękowania:

- Cioci Beacie za perfekcyjne przygotowanie imprezy


- Cioci Agacie za wyborny tort


- Wujkom: Sławkowi i Mietkowi za wytrwałość przy grillu:)


- wszystkim licznie przybyłym gościom za poświęcenie swego cennego czasu no i oczywiście za śliczne prezenty:) Tata teraz tylko je składa, składa i składa ...


Dziękuje również za wszystkie przepiękne życzenia, które otrzymałam za pośrednictwem internetu, telefonu, poczty itp.
Szkoda, że urodziny ma się tylko raz do roku! Dobrze, że są jeszcze imieniny:)

czwartek, 24 kwietnia 2008

STO LAT HANIU !!!




Konstanty Ildefons Gałczyński "Dziecko się rodzi"

(...)
Słońce wschodzi, głaszcze powietrze.
Dziecko się rodzi. Szumi deszcz.
Kwiat otwiera oczy w ogrodzie.
Zorza wieże złotem okleja.
Ptak ptaka strofuje w gnieździe.
Gwiazda dzień dobry mówi gwieździe
Dziecko się rodzi.
Dziecko się rodzi.
Nasze dziecko się rodzi.
Nadzieja.


Kochana Haniu rok temu 25 kwietnia 2007 roku o godzinie 10.40 przywitaliśmy Cię na świecie, świecie który od początku twojego kruchego życia tak bardzo dał Ci w kość. Dziękujemy Ci za wszystko: za każdy uśmiech, każdą pobudkę o świcie, śmieszną minkę czy uronioną łezkę, ale przede wszystkim za wielką wolę walki, która niejednokrotnie uratowała to co jest dla nas bezcenne: TWOJE ŻYCIE!!!
DZIęKUJEMY żE JESTEś Z NAMI!

Mama i Tata

wtorek, 22 kwietnia 2008

Pocałuj żabkę w łapkę

Mam cała masę pięknych zabawek, a z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że niedługo mój stan posiadania się znacznie zwiększy:) Wśród nich moją ukochana zabawką jest mała zielona żabka. Dostałam ją od Taty jeszcze w szpitalu w Prokocimiu, więc jest ze mną prawie całe moje życie! Na początku zupełnie nie zwracałam na nią uwagi, a teraz nie mogę się bez niej obejść! Biedna żabka się trochę popsuła - coś przy oczku jej się rozpruło, ale Babcia Jola obiecała, że ją naprawi - mama na tym się kompletnie nie zna! Gdy mama poprosi mnie: "Haniu gdzie jest żabka?" zawsze ją znajdę choćby była ukryta pod innymi zabawkami i przyniosę mamie.

Mojej kochanej żabce daję buzi i robię jej kizi - mizi, zresztą nie ma się co dziwić ja też jestem małą żabką - tylko nie zieloną!

Przysmaki z domowej spiżarni

Nie rozumiem po co mama tak się męczy i codziennie gotuje mi jakiś obiadek jeżeli można po prostu otworzyć słoiczek i ... danie gotowe! Jak dla mnie to nie trzeba go nawet podgrzewać taka jestem zgodna!
W piątek mama ugotowała krupniczek z cielęcinką - zjadłam może góra 3 łyżeczki ...
W sobotę zaserwowała kurczaka z jabłkami i ryżem - po jednej łyżce miałam dość, nie chciałam też spróbować gulaszu wołowego, który jedli rodzice, ale za to chętnie obgryzałam ogórka kiszonego:)
W niedzielę mama stwierdziła, że musi sobie zrobić przerwę, bo inaczej oszaleje:) i od razu dostałam słoiczek.
Ale nie na długo dała za wygraną i w poniedziałek na moim talerzu pojawił się pieczony schab z ziemniaczkami i gotowaną marchewką - no może góra pięć łyżek.
A dzisiaj - z uwagi na moje zainteresowanie ogórkiem kiszonym - mama ugotowała zupę ogórkową, która była całkiem całkiem - zjadłam tak na oko ze 100 ml, więcej nie chciałam; resztę obiadu zapewnił mi oczywiście słoiczek.
Mama myśli, że jej kuchnia nie przypadła mi do gustu, ale to nieprawda! Ja po prostu nie chce, żeby ona sie męczyła i traciła czas, który może inaczej wykorzystać np. na zabawę ze mną:)
Musze ją pochwalić, bo w poprzednią niedzielę zrobiła pyszny rosół, który zjadłam ze smakiem! No i dzisiejsza jajecznica też była wyborna!
W związku z moim zainteresowaniem jedzeniem słoiczkowym szuflada, w której rodzice trzymają moje zapasy jest zawsze wypełniona po brzegi, a tatuś jest ekspertem w zakresie nowości na rynku produktów spożywczych dla niemowląt i małych dzieci!

sobota, 19 kwietnia 2008

Walka z wiatrakami

Tak jak Don Kichot walczył z wiatrakami tak mama bezskutecznie próbuje wyeliminować smoczki z mojego życia. Mówi cały czas o wadzie jakiegoś zgryzu, a przecież ja mam wadę, ale serca - coś jej sie popierniczyło i o jakiejś próchnicy!? Hmm ciekawe co to? Jakiś robak?
Ale chyba łatwiej będzie jej nakłonić mnie do porzucenia smoczka z butelki. Kaszki od zawsze:) - hmm od jakiś 6 miesięcy - jem wyłącznie łyżeczką, ale mleczko lubię sobie wypić z butli. Pozostałe napoje: wodę, soczki czy herbatki zawsze popijałam z kubeczka, a teraz dodatkowo testuje niekapek. Mleczko dostaję rano, po przebudzeniu i mama już kombinuje, żeby coś do niego dodać żebym musiała się trochę wysilić. Bo z mleczkiem, które dostaje zamiennie z jogurtem bądź z serkiem na podwieczorek nie ma żadnego problemu; duszkiem wypijam je z kubeczka!
Ale prawdziwą batalię przyjdzie nam zmierzyć ze smokiem, który lubię sobie possać przed snem no i w nocy jak się przebudzę. Bez niego nie usnę; wyjątkiem są drzemki, które zaliczam w wózku na spacerze. Poza tym nie jest mi on w ogóle potrzebny!
No i co tu wykombinować, żeby mama była zadowolona? Zresztą ona jest strasznie sprytna! Ledwo usnę, a mama już cichutko skrada sie na palcach i wyciąga mi tego smoka! A może Wy znacie jakieś sprawdzone sposoby?

Dzień Świstaka

Ostatnie dni są bliźniaczo podobne do siebie. Śniadanie, obiad, spacer, zabawa, kąpiel, kolacja, spanko. I tak w kółko. W zasadzie nie mam się ani czym pochwalić, ani nadzwyczajnych wydarzeń też ostatnio nie było. Bo przecież do guzów i upadków już się przyzwyczailiśmy, a i ZOO nie już już taka atrakcją jak jeszcze dwa tygodnie temu. Od tego czasu oglądanie zwierzątek stało się moim chlebem powszednim. Wbrew oczekiwaniom mamy największego wrażenia nie zrobiły na mnie duże zwierzęta: żyrafy czy słonie, ale sowa śnieżna, pingwiny i takie fajnie kotki w cętki - pantery. Oprócz tego w ZOO jest fajny plac zabaw, który obowiązkowo odwiedzamy - szczególnie huśtawka jest bombowa!
No jednak gapa ze mnie! Jest jednak istotna różnica. Nie spędzam już całych dni z mamą, bo czasami przyjeżdża do mnie Babcia Jola, a czasami zostaje z tatusiem. Mama wtedy wychodzi pozałatwiać jakieś ważne sprawy, a ja staram sie być baaardzo grzeczna, ale sami wiecie, że nie łatwo być non stop grzecznym:)

niedziela, 13 kwietnia 2008

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

Wszyscy wiedzieliśmy, że kiedyś nadejdzie ten dzień ... Przygotowywaliśmy sie do niego psychicznie, ale wiadomo wszystkiego nie da sie przecież przewidzieć. I w końcu stało się! W piątek podczas przechadzek wokół stołu nagle potknęłam się i bach!!! Ani mama ani tata nie zauważyli jak upadałam, ale jedno było pewno: walnęłam się bardzo mocno głową o podłogę; huk był straszny. Nastąpiła błyskawiczna interwencja: okłady lodem, smok do buzi i pieluszka do przytulenia. No i oczywiście rączki mamy! Baaaardzo mnie bolało i moje piękne oczy były pełne łez. Mimo później pory - było już po 17 zmęczona tym strasznym wydarzeniem postanowiłam sobie zrobić drzemkę. A jak sie obudziłam to obejrzeliśmy sobie piękną śliwę na moim czole:)



Ale to nie koniec przykrych wypadków. Dzisiaj podczas spaceru walnęłam się buzią o huśtawkę - troszkę płakałam, ale nie było tak źle, a już w domku uderzyłam głową o drzwi, bo jakoś ich nie zauważyłam:)

Bob budowniczy

W naszym domku stało się straszne nieszczęście - zatkał sie zlew w kuchni! Nie pomagały przepychanie ani użycie specjalistycznych środków typu kret. Nie było innego wyjścia: tata zakasał rękawy i wziął się do roboty! Fachowo poodkręcał jakieś rurki, z których do podstawionego wcześniej kubełka spłynęła brudna woda. Potem było już tylko gorzej ... Rurki przy przykręcaniu kompletnie do siebie nie pasowały! A w dodatku jedna z nich okazała się zupełnie zbędna:) Tata jednak wyszedł z opresji obronną ręką! Jakoś dopasował te cholerne rurki i teraz woda pięknie spływa. Tylko ciekawe gdzie:)