Wczorajsze popołudnie. Przedszkole. Spotkanie z okazji Dnia Matki i Dnia Ojca połączone z zakończeniem roku. Rodzice siadają niezgrabnie na naszych małych krzesełkach. Na stolikach łakocie: ciasta - jedno przyniosłyśmy rano z mamą, pyszne z wiśniami mniam, mniam, cukierki, truskawy oraz oczywiście napoje: woda, kompot, kawa i herbata.
Wszystkie dzieci pięknie ubrane: białe bluzki i jednakowe przedszkolne spódniczki w grochy dla dziewczynek oraz długie spodnie dla chłopców.
Rodzice zajęli już miejsca więc zaczynamy występ. Tata robi zdjęcia - wiadomo ważna chwila. Kilka piosenek i wierszyków odśpiewanych wspólnie przez całą grupę. Są też tańce: mój partner jest o głowę niższy ode mnie?!
A na koniec ku zdumieniu wszystkich obecnych, a największym moich rodziców na środek wychodzę ja! Sama! Bez pań czy innych dzieci! I co robię? Recytuje wierszyk o kotku i to w czapce kotka! Z uśmiechem na ustach, z gestykulacją, bez odrobiny tremy!
"Cztery łapki w nich pazurki
Lubię zbiegać prosto z górki
Mruczeć, łasić się, przymilać
I po drzewkach też się wspinać
Piję mleczko, bardzo zdrowe
By wieść życie kolorowe
Kto ja jestem? Kotek Mały!
Do zabawy doskonały!"
Kłaniam się nisko i ... dostaje burze braw! A moi rodzice jacy oni są dumni:) I trochę chyba też wzruszeni:) A ja jestem szczęśliwa! Jedyna solistka w grupie! Żadne inne dziecko nie zdołało nauczyć się tego wierszyka więc dlatego Panie wybrały właśnie mnie!
Potem głos zabiera Pani Dyrektor coś tam mówi, że jesteśmy dzielni i w ogóle i że po wakacjach nie będziemy już Maluchami tylko Średniakami.
Szybko zmykamy do rodziców, pałaszujemy słodkości, oblewamy się kompotem i jest kupa śmiechu!
Na pożegnanie wręczam jeszcze Paniom bukieciki kwiatów i idziemy uczcić mój niewątpliwy sukces!
Obym nie okazała się tylko spadającą gwiazdą:)
środa, 1 czerwca 2011
wtorek, 12 kwietnia 2011
Angielski
No coż - przyszła kryska na Matyska:)
Trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że pozazdrościłam moim starszym przyjaciółkom: Zuzi i Mai, postanowiłam nauczyć się mówić po angielsku.
Na początek mama kupiła mi książkę o dżdżownicy Maxie,
który mówi tylko po angielsku. Do książki była dołączona płyta i można było sobie jej posłuchać. Jednak szybko mi się ona znudziła... Nastąpną pomocą naukową zostały specjalne karty do nauki angielskiego:
Ale nauka w domu mi już nie wystarcza więc mama zapisała mnie na zajęcia dla dzieciaków. Byłam co prawda dopiero raz, ale bardzo mi się podobało i już się nie mogę doczekać kiedy znowu tam pójdę. A podsumowując znam już cztery słowa:
robot - robot
puzzle - puzzle
różowy - pink
lala - doll:)
Trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że pozazdrościłam moim starszym przyjaciółkom: Zuzi i Mai, postanowiłam nauczyć się mówić po angielsku.
Na początek mama kupiła mi książkę o dżdżownicy Maxie,
który mówi tylko po angielsku. Do książki była dołączona płyta i można było sobie jej posłuchać. Jednak szybko mi się ona znudziła... Nastąpną pomocą naukową zostały specjalne karty do nauki angielskiego:
Ale nauka w domu mi już nie wystarcza więc mama zapisała mnie na zajęcia dla dzieciaków. Byłam co prawda dopiero raz, ale bardzo mi się podobało i już się nie mogę doczekać kiedy znowu tam pójdę. A podsumowując znam już cztery słowa:
robot - robot
puzzle - puzzle
różowy - pink
lala - doll:)
środa, 6 kwietnia 2011
Tata
Znacie mojego Tatę? Nie? To musicie go koniecznie poznać. Opowiem Wam o nim: mój Tata jest boski i przystojny!
Nie wiem tylko dlaczego Tata się dzisiaj zawstydził w przedszkolu jak mu Pani Beatka powiedziała, że jego córka tak pięknie o nim mówi:) Chyba jest do tego strasznie skromny!
Nie wiem tylko dlaczego Tata się dzisiaj zawstydził w przedszkolu jak mu Pani Beatka powiedziała, że jego córka tak pięknie o nim mówi:) Chyba jest do tego strasznie skromny!
Gdyby kózka nie skakała....
to by ... rączki nie złamała:(
Cicho tu było u mnie ostatnio, bo nawet nie chciało mi się nic pisać.
28 lutego biegnąc na obiad tak się nieszczęśliwie przewróciłam, że złamałam sobie prawą rączkę. Bolało mnie strasznie!!! Płakałam i płakałam i płakałam. Było to w niedzielne popołudnie więc rodzice szybko wsadzili mnie do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Na korytarzu prawie mdlałam z bólu, ale jak mi pani pielęgniarka zrobiła prowizoryczny temblak to od razu było lepiej. Po rentgenie zapadła diagnoza: złamanie przedramienia prawnego z przemieszczeniem. Wstępny wyrok: operacja i śruby... Jednak lekarz dyżurny po dokładnej analizie zdecydował o próbie ręcznego nastawienia. Rodzice odetchnęli z ulgą, bo wizja całkowitego znieczulania przy moim serduchu jakoś im się nie uśmiechała. O 20 pan doktor nastawił mi rączkę - w znieczuleniu miejscowym, a po 21 byłam już na swojej sali. Na noc zostałam z mamą w szpitalu, a rano wyszłyśmy do domku. Gips nosiłam 30 dni, by w końcu 29 marca ostatecznie się go pozbyć. Muszę dodać, ze wcale mi on nie przeszkadzał, bo doskonale nauczyłam się robić wszystko lewą ręką: rysować czy jeść. Tylko z kąpielą było zawsze trochę ceregieli.. No i cały ten czas spędziłam w domu z mamą. O pójściu do przedszkola nie było mowy.
Od tygodnia nie mam już gipsu, ale muszę nosić rękę na temblaku. Zrosła się niby dobrze, ale... Temblak mogę zdejmować tylko do mycia, spania i jedzenia. Najważniejsze jednak jest to, że w końcu znowu mogę chodzić do mojego kochanego przedszkola i jeść przepyszne kluski leniwe!!! Mniam, mniam:)
A następna kontrola u ortopedy 19 kwietnia. Trzymajcie kciuki!
Cicho tu było u mnie ostatnio, bo nawet nie chciało mi się nic pisać.
28 lutego biegnąc na obiad tak się nieszczęśliwie przewróciłam, że złamałam sobie prawą rączkę. Bolało mnie strasznie!!! Płakałam i płakałam i płakałam. Było to w niedzielne popołudnie więc rodzice szybko wsadzili mnie do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Na korytarzu prawie mdlałam z bólu, ale jak mi pani pielęgniarka zrobiła prowizoryczny temblak to od razu było lepiej. Po rentgenie zapadła diagnoza: złamanie przedramienia prawnego z przemieszczeniem. Wstępny wyrok: operacja i śruby... Jednak lekarz dyżurny po dokładnej analizie zdecydował o próbie ręcznego nastawienia. Rodzice odetchnęli z ulgą, bo wizja całkowitego znieczulania przy moim serduchu jakoś im się nie uśmiechała. O 20 pan doktor nastawił mi rączkę - w znieczuleniu miejscowym, a po 21 byłam już na swojej sali. Na noc zostałam z mamą w szpitalu, a rano wyszłyśmy do domku. Gips nosiłam 30 dni, by w końcu 29 marca ostatecznie się go pozbyć. Muszę dodać, ze wcale mi on nie przeszkadzał, bo doskonale nauczyłam się robić wszystko lewą ręką: rysować czy jeść. Tylko z kąpielą było zawsze trochę ceregieli.. No i cały ten czas spędziłam w domu z mamą. O pójściu do przedszkola nie było mowy.
Od tygodnia nie mam już gipsu, ale muszę nosić rękę na temblaku. Zrosła się niby dobrze, ale... Temblak mogę zdejmować tylko do mycia, spania i jedzenia. Najważniejsze jednak jest to, że w końcu znowu mogę chodzić do mojego kochanego przedszkola i jeść przepyszne kluski leniwe!!! Mniam, mniam:)
A następna kontrola u ortopedy 19 kwietnia. Trzymajcie kciuki!
czwartek, 10 lutego 2011
Geografia
Bardzo lubię Felixa. Felix to mały królik, który uwielbia podróże po całym świecie. Wczoraj wieczorem czytałam książkę o jego wspaniałych wojażach. Mama mówi, że przy okazji łączymy przyjemne z pożytecznym.
Feliks m.in. odwiedził Rzym z mnóstwem łażących wszędzie kotów, Paryż - gdzie podziwiał widoki z ogromnej wieży, Egipt - mama mówi, że tam nie jest zbyt bezpiecznie - sama nie wiem, ale chyba te mumie to grzecznie śpią w tych ogromnych piramidach - i wiele innych ciekawych miejsc.
A wiecie gdzie był na samym początku? Odwiedził Londyn.
Mama się mnie wtedy spytała:
- Haniu, a wiesz co to jest Londyn?
Na co jej grzecznie odpowiedziałam:
- Jak to co! Londyn miasto w Anglii:)
piątek, 4 lutego 2011
Nocna warta
Prawie zawsze jest tak, że najpierw usypiam ja, potem tata, a na końcu mama. Jednak wczoraj wieczorem mama źle się czuła i położyła się do łóżka pierwsza. Tata czytał mi jeszcze książeczki, ale sam był też zmęczony i poszedł do swojej sypialni. Żebym się nie bała i żeby było mi raźniej, zostawił mi w łóżeczku mojego pluszowego krokodyla - miał mnie pilnować, żeby nikt i nic nie zakłóciło mi mojego snu. Ale powiem Wam szczerze ten krokodyl był po prostu do bani! Nie minęło nawet pięć minut i sam spał jak zabity! A do tego strasznie chrapał! Też mi wartownik!
środa, 26 stycznia 2011
Twoje oczy lubią mnie
- "Mamo a dlaczego Ty masz zielone oczy? Przecież Ja mam niebieskie, Tata ma niebieskie, wszyscy mają niebieskie!"
- "Haniu nie wszyscy. Ja mam zielone, a np. Twoja koleżanka z przedszkola Hania czarna ma brązowe. Chociaż wolałabym mieć niebieskie..."
- "Ale wiesz ja też chciałabym, żebyś Ty miała niebieskie... O mam świetny pomysł! Idź może do jakiegoś naukowca, żeby Ci przemalował te Twoje oczy!"
Profesor Ciekawski hop hop!!!
- "Haniu nie wszyscy. Ja mam zielone, a np. Twoja koleżanka z przedszkola Hania czarna ma brązowe. Chociaż wolałabym mieć niebieskie..."
- "Ale wiesz ja też chciałabym, żebyś Ty miała niebieskie... O mam świetny pomysł! Idź może do jakiegoś naukowca, żeby Ci przemalował te Twoje oczy!"
wtorek, 18 stycznia 2011
Znachor
- Mamo czy Ty wiesz, że Marysia jest chora? - Marysia to ulubiona lala Hani, a "wiesz" ulubione słówko:)
- Tak? Ojej! A co się stało?
- Wiesz dokładnie nie wiem, ale wiesz boli ją trochę brzuszek i nie może iść dzisiaj do przedszkola. - W tym momencie Hania wydyma usta i robi poważną minę.
- To może trzeba z nią iść do lekarza żeby ją zbadał?
- Wiesz Mamo już nie trzeba, bo wiesz dałam jej już antybiotyk i ona już na pewno nie umrze! - Uśmiech promienieje na Hanki twarzy.
Doktor Wilczur?
- Tak? Ojej! A co się stało?
- Wiesz dokładnie nie wiem, ale wiesz boli ją trochę brzuszek i nie może iść dzisiaj do przedszkola. - W tym momencie Hania wydyma usta i robi poważną minę.
- To może trzeba z nią iść do lekarza żeby ją zbadał?
- Wiesz Mamo już nie trzeba, bo wiesz dałam jej już antybiotyk i ona już na pewno nie umrze! - Uśmiech promienieje na Hanki twarzy.
Doktor Wilczur?
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Skała górą!
Wczoraj wieczorem zaprosiłam mamę do swojego pokoju i postanowiłam jej poczytać książeczki na dobranoc. A ponieważ nie znam jeszcze dobrze wszystkich literek wybrałam taką z dużą ilością obrazków. Książeczka była o mojej ukochanej Mysi. Mysia wraz ze swoimi przyjaciółmi szukali skarbu. I musieli zajrzeć we wszystkie zakamarki, bo nie wiadomo przecież gdzie mógł być schowany.
Więc i ja zaglądałam pod ruchome części książeczki. Raz znalazłam klucze do skrzyni, w której był ukryty, innym razem pod obrazkiem chowały się małe rybki, a jeszcze innym skały. A wiecie jakie skały?
Oczywiście skały ZJEDNOCZONE!
Więc i ja zaglądałam pod ruchome części książeczki. Raz znalazłam klucze do skrzyni, w której był ukryty, innym razem pod obrazkiem chowały się małe rybki, a jeszcze innym skały. A wiecie jakie skały?
Oczywiście skały ZJEDNOCZONE!
środa, 22 grudnia 2010
Przeprowadzka
Wczoraj wieczorem przeprowadziłam z mamą poważną rozmowę.
- Mamo musimy się wyprowadzić!
- Haniu, a dlaczego? Przecież dopiero co (no może nie tak dopiero, minął już prawie rok) zmieniliśmy mieszkanie. Masz teraz piękny duży pokój, nowe mebelki...
- Mamo, ale Ty mnie w ogóle nie rozumiesz! Nie może być tak, że ja śpię sama w swoim pokoju, a Ty z tatą w jednym! To niesprawiedliwe! Ja całe noce strasznie za Tobą tęsknię!
I w tym momencie mama zakrywając usta wybiegła z mojego pokoju. I nie wiem w końcu czy się przeprowadzimy czy nie.
- Mamo musimy się wyprowadzić!
- Haniu, a dlaczego? Przecież dopiero co (no może nie tak dopiero, minął już prawie rok) zmieniliśmy mieszkanie. Masz teraz piękny duży pokój, nowe mebelki...
- Mamo, ale Ty mnie w ogóle nie rozumiesz! Nie może być tak, że ja śpię sama w swoim pokoju, a Ty z tatą w jednym! To niesprawiedliwe! Ja całe noce strasznie za Tobą tęsknię!
I w tym momencie mama zakrywając usta wybiegła z mojego pokoju. I nie wiem w końcu czy się przeprowadzimy czy nie.
"Niech mówią, że to nie jest miłość
... że to się tylko zdaje Nam."
Wczoraj na leżakowaniu Lolek ugryzł mnie w palec. Bolało... Ech...
Widać nie ma róży bez ognia:)
Wczoraj na leżakowaniu Lolek ugryzł mnie w palec. Bolało... Ech...
Widać nie ma róży bez ognia:)
wtorek, 14 grudnia 2010
Przygotowania
Z uwagi na zbliżające się wielkimi krokami Święta czas zacząć przygotowania. Mama non stop jeździ do jakiś sklepów, nawet kupiła mi piękną choinkę na biurko do mojego pokoju! Nie jest ona co prawda prawdziwa - prawdziwą tata ma zorganizować w najbliższą sobotę - ale pięknie świeci:)
W weekend będziemy też piec ciasteczka, bo w poniedziałek w moim przedszkolu odbędzie się wigilia. Oprócz jedzonka będzie oczywiście dzielenie się opłatkiem, składanie sobie życzeń i śpiewanie kolęd. Ja już nawet jedną znam, bo nauczyła nas pani Agnieszka żebyśmy mogli popisać się przed rodzicami. Mogę Wam nawet przytoczyć fragment:
"Skała na wysokości, skała na wysokości,
a pokój na ziemi."
A czy Wy ją znacie:)
W weekend będziemy też piec ciasteczka, bo w poniedziałek w moim przedszkolu odbędzie się wigilia. Oprócz jedzonka będzie oczywiście dzielenie się opłatkiem, składanie sobie życzeń i śpiewanie kolęd. Ja już nawet jedną znam, bo nauczyła nas pani Agnieszka żebyśmy mogli popisać się przed rodzicami. Mogę Wam nawet przytoczyć fragment:
"Skała na wysokości, skała na wysokości,
a pokój na ziemi."
A czy Wy ją znacie:)
czwartek, 9 grudnia 2010
Mikołajki i kto się czubi ten się lubi
Fajne jest to moje przedszkole. I dzieci są fajne, i panie, no i oczywiście rytmika! Raz w miesiącu przyjeżdża do nas teatrzyk, a we wtorek był u nas Święty Mikołaj! Prawdziwy! Z długą brodą i workiem pełnym prezentów! Wszystkie grzeczne dzieci, oczywiście przede wszystkim ja (!), dostały od niego upominki: gry i słodycze. W domu mama niestety słodycze skonfiskowała, ale pozostała mi piękna gra w zgadywanie.
A i jeszcze jedno. Mam narzeczonego. Ma na imię Lolek:) i chodzi do mojej grupy! A dlatego go tak lubię, bo zaczepia tylko mnie! Jak to powiedziała mama, chociaż nie wiem o co jej chodzi, pierwsze koty za płoty!
A i jeszcze jedno. Mam narzeczonego. Ma na imię Lolek:) i chodzi do mojej grupy! A dlatego go tak lubię, bo zaczepia tylko mnie! Jak to powiedziała mama, chociaż nie wiem o co jej chodzi, pierwsze koty za płoty!
Po kontroli
Wczoraj byłam na kontroli w Krakowie. Było jak zwykle miło i długo:) Szczególnie echo, bo trwało prawie 1,5 godziny! Ale mi to wcale nie przeszkadzało, bo słodko spałam.
Do Krakowa pojechaliśmy pociągiem, co było dla mnie nie lada atrakcją. Tylko dziwna rzecz, bo inaczej niż w samolocie nie zapina się tam pasów. Ale za to była restauracja, w której zjadłam pyszne śniadanko.
Do Prokocimia dotarliśmy na 11 i od razu panie pielęgniarki "wzięły mnie w obroty". Na początek kabelki - ekg, podczas którego grzecznie sobie leżałam, potem saturacja - 99%, tętno - 98-100, mierzenie - 103 cm i ważenie - 16,5 kg. Pobieranie krwi było mniej miłe, ale i tak byłam dzielna!
Pozostało czekać na echo... Troszkę to trwało, bo dr Kordon jak zwykle mega zajęty i dziećmi, i studentami.
Ogólnie - stan bardzo dobry, funkcja dobra, przewężeń nie ma, problem z aortą też nie jest istotny, ale... Niedomykalność zastawki trójdzielnej... To jest teraz nasza zmora. Co prawda była ona od zawsze, tj. od czasu po pierwszej operacji, ale teraz - wg dr Kordona - troszkę się zwiększyła. Na razie o żadnej interwencji - tfu, tfu - nie mówimy, za to będę dostawać zwiększoną ilość enarenalu, ale tylko rano.
Tak więc rano acesan 25 mg, enarenal: rano 1 mg, a wieczorem 0,8 mg. Powodów do niepokoju nie ma, ale należy mieć oczy szeroko otwarte.
Zmęczeni i odrobinę jednak przygaszeni wróciliśmy wieczornym pociągiem do Warszawy.
Należy mieć nadzieję, że wszystko będzie ok, bo nie ma co się martwić na zapas, bo jak to powiedział doktor: "Hanka dobrze jest!", a następna kontrola dopiero we wrześniu.
Do Krakowa pojechaliśmy pociągiem, co było dla mnie nie lada atrakcją. Tylko dziwna rzecz, bo inaczej niż w samolocie nie zapina się tam pasów. Ale za to była restauracja, w której zjadłam pyszne śniadanko.
Do Prokocimia dotarliśmy na 11 i od razu panie pielęgniarki "wzięły mnie w obroty". Na początek kabelki - ekg, podczas którego grzecznie sobie leżałam, potem saturacja - 99%, tętno - 98-100, mierzenie - 103 cm i ważenie - 16,5 kg. Pobieranie krwi było mniej miłe, ale i tak byłam dzielna!
Pozostało czekać na echo... Troszkę to trwało, bo dr Kordon jak zwykle mega zajęty i dziećmi, i studentami.
Ogólnie - stan bardzo dobry, funkcja dobra, przewężeń nie ma, problem z aortą też nie jest istotny, ale... Niedomykalność zastawki trójdzielnej... To jest teraz nasza zmora. Co prawda była ona od zawsze, tj. od czasu po pierwszej operacji, ale teraz - wg dr Kordona - troszkę się zwiększyła. Na razie o żadnej interwencji - tfu, tfu - nie mówimy, za to będę dostawać zwiększoną ilość enarenalu, ale tylko rano.
Tak więc rano acesan 25 mg, enarenal: rano 1 mg, a wieczorem 0,8 mg. Powodów do niepokoju nie ma, ale należy mieć oczy szeroko otwarte.
Zmęczeni i odrobinę jednak przygaszeni wróciliśmy wieczornym pociągiem do Warszawy.
Należy mieć nadzieję, że wszystko będzie ok, bo nie ma co się martwić na zapas, bo jak to powiedział doktor: "Hanka dobrze jest!", a następna kontrola dopiero we wrześniu.
wtorek, 16 listopada 2010
Ksiądz
Nie wiem czy wiecie, ale ja jestem Małą Księżniczką, moja mama Królową, a tata? Mój tata jest ... Księdzem!
poniedziałek, 15 listopada 2010
All Inclusive
Z powodu nasilającego się kaszlu powodującego gwałtowne wymioty w poprzedni poniedziałek rano trafiłam do szpitala dziecięcego z rozpoznaniem ostrego zapalenia oskrzeli i niewiarygodnych dziwów jakie ujrzeli lekarze na zdjęciu RTG klatki piersiowej. Dziwy - o dziwo:) - nie miały związku ze zmianami w oskrzelach, ani tym bardziej w płucach, tylko - możecie to sobie wyobrazić! - w moim sercu. No comments...
Podczas przyjęcia na oddział - dwa piętra wyżej, badanie przeprowadzał inny lekarz - nie miałam już ostrego zapalenia oskrzeli tylko zapalenie gardła z niewielkimi zmianami w oskrzelach. Ale jak już przekroczyłam próg szpitala to sobie w nim zostałam. Oczywiście dostałam welfron, kroplówe tak na wszelki wypadek, przeprowadzono badania krwi, po których zlecono dożylnie antybiotyk. Poza tym czułam się świetnie, nie miałam gorączki więc roznosiła mnie energia. Całe szczęście, że ten szpital mamy 10 minut spacerkiem od domu to i moje kochane zabawki mogły być w błyskawicznym tempie przetransportowane do niego. Poza tym na oddziale był kącik zabaw z różnego rodzaju grami, puzzlami, klockami, książeczkami, więc jednym słowem było co robić. No i oczywiście były inne dzieci, a szczególnie Natasza lat 3,5. Trochę się razem bawiłyśmy, trochę na siebie gniewałyśmy i obrażałyśmy, ale przynajmniej miałyśmy jakieś zajęcie. A i jedzonko, muszę w tym miejscu pochwalić szpitalną kuchnię, było smaczne. Oczywiście nie byłam tam sama tylko z rodzicami, a także odwiedził mnie Wojtek. Noce spędzałam z tatusiem, który spał obok mnie na karimacie (mama też zachorowała, dostała zwolnienie i antybiotyk)
I tak sobie siedziałam w tym szpitalu aż do ... środy:) bo wtedy lekarze zadecydowali, że ponieważ jestem prawie zdrowa to antybiotyk mogę brać w domu tyle, że doustnie.
A ja? A ja wcale nie byłam z tego powodu zadowolona. Nawet powiedziałam mamusi, że całkiem mi się podoba w tym hotelu:)
Podczas przyjęcia na oddział - dwa piętra wyżej, badanie przeprowadzał inny lekarz - nie miałam już ostrego zapalenia oskrzeli tylko zapalenie gardła z niewielkimi zmianami w oskrzelach. Ale jak już przekroczyłam próg szpitala to sobie w nim zostałam. Oczywiście dostałam welfron, kroplówe tak na wszelki wypadek, przeprowadzono badania krwi, po których zlecono dożylnie antybiotyk. Poza tym czułam się świetnie, nie miałam gorączki więc roznosiła mnie energia. Całe szczęście, że ten szpital mamy 10 minut spacerkiem od domu to i moje kochane zabawki mogły być w błyskawicznym tempie przetransportowane do niego. Poza tym na oddziale był kącik zabaw z różnego rodzaju grami, puzzlami, klockami, książeczkami, więc jednym słowem było co robić. No i oczywiście były inne dzieci, a szczególnie Natasza lat 3,5. Trochę się razem bawiłyśmy, trochę na siebie gniewałyśmy i obrażałyśmy, ale przynajmniej miałyśmy jakieś zajęcie. A i jedzonko, muszę w tym miejscu pochwalić szpitalną kuchnię, było smaczne. Oczywiście nie byłam tam sama tylko z rodzicami, a także odwiedził mnie Wojtek. Noce spędzałam z tatusiem, który spał obok mnie na karimacie (mama też zachorowała, dostała zwolnienie i antybiotyk)
I tak sobie siedziałam w tym szpitalu aż do ... środy:) bo wtedy lekarze zadecydowali, że ponieważ jestem prawie zdrowa to antybiotyk mogę brać w domu tyle, że doustnie.
A ja? A ja wcale nie byłam z tego powodu zadowolona. Nawet powiedziałam mamusi, że całkiem mi się podoba w tym hotelu:)
poniedziałek, 25 października 2010
Ucięty język
I stało się... Mam ucięty język...
No może trochę przesadziłam:) Nie język, ale moje przykrótkie wędzidełko podjęzykowe:) Trzeba je było podciąć, bo praktycznie w ogóle nie mogłam ruszać językiem. Mimo tego z jedzeniem radziłam sobie wyśmienicie, ale zaczęłam mieć problemy z mówieniem. Gadam non stop, ale czasami ciężko było mi wymówić prawidłowo niektóre słowa. Np. słowo "Stuart" było w zasadzie nie do wypowiedzenia.
A więc po kolei.
Od wtorku wieczorem zaczęłam brać antybiotyk (profilaktyka IZW) - ospamox, a od środy odstawiliśmy acesan. W piątek nie poszłam do przedszkola, tylko się wyspałam, zjadłam porządne śniadanie i na 11 pojechałam do pani doktor. Wgramoliłam się na fotel i czekałam na rozwój wypadków. Najpierw pani doktor posmarowała mi język specjalnym kremem, a potem czymś go polała (środek znieczulający) i zaczęły po nim chodzić takie niewidoczne mróweczki:) W międzyczasie opowiedziała mi wierszyk o pieskach i przeczytała książeczkę o myciu zębów. Nie żebym się bała, o to to nie, ale powiem Wam szczerze troszkę się denerwowałam, bo nerwowo ruszałam nóżkami. W końcu nie wiedziałam co mnie czeka. Jak idę do dr Kordona to wiem, że muszę się położyć i będzie echo a tu tabula rasa.
I zaczęło się. Otworzyłam szeroko buzię, a pani doktor specjalnym urządzeniem (laser) wzięła się za moje wędzidełko. Trwało to może 30 sekund i już było po zawodach:) Pożegnałyśmy się i poszłam z mamą na zasłużone lody:)
Pani doktor wspominała mamie, że może mnie boleć buzia i mogę być marudna, ale ona przecież mnie nie zna!
Nie marudzę, nie płaczę, tylko jeden raz dostałam panadol. Jedynie w sobotę wieczorem wszystkich wystraszyłam, bo zbyt dokładnie umyłam zęby:) i musiałam coś w buzi niechcący zahaczyć. Polała się krew, a ja przez moment byłam wampirem:) Wszystko jednak skończyło się dobrze.
Teraz czekamy aż buzia się zagoi, a wtedy pójdziemy do pani logopedy. Muszę zacząć ćwiczyć mój ozorek, bo zrobił się strasznym leniem. W końcu 3 i pół roku leżał sobie i nic nie robił. Trzeba wziąć go w obroty!
No może trochę przesadziłam:) Nie język, ale moje przykrótkie wędzidełko podjęzykowe:) Trzeba je było podciąć, bo praktycznie w ogóle nie mogłam ruszać językiem. Mimo tego z jedzeniem radziłam sobie wyśmienicie, ale zaczęłam mieć problemy z mówieniem. Gadam non stop, ale czasami ciężko było mi wymówić prawidłowo niektóre słowa. Np. słowo "Stuart" było w zasadzie nie do wypowiedzenia.
A więc po kolei.
Od wtorku wieczorem zaczęłam brać antybiotyk (profilaktyka IZW) - ospamox, a od środy odstawiliśmy acesan. W piątek nie poszłam do przedszkola, tylko się wyspałam, zjadłam porządne śniadanie i na 11 pojechałam do pani doktor. Wgramoliłam się na fotel i czekałam na rozwój wypadków. Najpierw pani doktor posmarowała mi język specjalnym kremem, a potem czymś go polała (środek znieczulający) i zaczęły po nim chodzić takie niewidoczne mróweczki:) W międzyczasie opowiedziała mi wierszyk o pieskach i przeczytała książeczkę o myciu zębów. Nie żebym się bała, o to to nie, ale powiem Wam szczerze troszkę się denerwowałam, bo nerwowo ruszałam nóżkami. W końcu nie wiedziałam co mnie czeka. Jak idę do dr Kordona to wiem, że muszę się położyć i będzie echo a tu tabula rasa.
I zaczęło się. Otworzyłam szeroko buzię, a pani doktor specjalnym urządzeniem (laser) wzięła się za moje wędzidełko. Trwało to może 30 sekund i już było po zawodach:) Pożegnałyśmy się i poszłam z mamą na zasłużone lody:)
Pani doktor wspominała mamie, że może mnie boleć buzia i mogę być marudna, ale ona przecież mnie nie zna!
Nie marudzę, nie płaczę, tylko jeden raz dostałam panadol. Jedynie w sobotę wieczorem wszystkich wystraszyłam, bo zbyt dokładnie umyłam zęby:) i musiałam coś w buzi niechcący zahaczyć. Polała się krew, a ja przez moment byłam wampirem:) Wszystko jednak skończyło się dobrze.
Teraz czekamy aż buzia się zagoi, a wtedy pójdziemy do pani logopedy. Muszę zacząć ćwiczyć mój ozorek, bo zrobił się strasznym leniem. W końcu 3 i pół roku leżał sobie i nic nie robił. Trzeba wziąć go w obroty!
środa, 20 października 2010
Globtroter Hania
Będąc kiedyś w Monachium zakochałam się w Feliksie. W sklepie wolnocłowym na lotnisku zabrałam z półki karty do gry o tym małym podróżniku i za nic w świecie nie chciałam ich oddać. Mama była sceptyczna co do tego zakupu, bo - o ile coś zrozumiała:), wszystko było napisane po niemiecku - karty były przeznaczone dla dzieci powyżej 6 roku życia, a ja miałam wtedy dopiero 1,5 roku. Ale uparłam się i już!
Faktycznie przez rok gra leżała prawie nieużywana, ale teraz baraaardzo lubię się nią bawić. Na każdej karcie narysowane jest zwierzątko i kontynent na jakim mieszka. Bawimy się w ten sposób, że rodzice pokazują mi kartę, a ja muszę zgadnąć jak się nazywa narysowane na niej zwierzątko i gdzie mieszka. I tak miś koala mieszka w Australii, wilk w Europie, żyrafa w Afryce, puma w Ameryce Północnej, tygrys w Azji, a papuga - wg mojej wiedzy - w Almie!!!
czwartek, 7 października 2010
Wędzidełko
Trzeba uciąć mi język. I to nie dlatego, że jestem straszną gadułą i w zasadzie buzia mi się nie zamyka. Męczy to czasami rodziców, szczególnie podczas jazdy samochodem kiedy z częstotliwością co 2 minuty potrafię się pytać: "No i kiedy wreszcie dojedziemy?". Muszę mieć obcięty język, a dokładniej podcięte dolne wędzidełko, bo zaczynam źle mówić. I jak to powiedziała moja przedszkolna pani logopeda nie ma co z tym czekać. W zasadzie od razu po urodzeniu mama zauważyła, że mam problem z dolnym wędzidełkiem, ale po pierwsze najpierw trzeba było zrobić porządek z moim serduchem, a po drugie pediatrzy kazali czekać, bo czasami to się samo "naprawia". A teraz nie ma co czekać, bo się już nie naprawi tylko trzeba ciąć.
Normalnie jest to prosty, szybki zabieg przeprowadzany w znieczuleniu miejscowym. Biorąc pod uwagę moją przypadłość - siniczą wrodzoną wadę serca, to wszystko przestaje być proste.
Po pierwsze: czy znieczulenie miejscowe wystarczy? Bo np. takie zabiegi w przychodni stomatologicznej przy Warszawskim Hospicjum dla Dzieci wykonuje się w znieczuleniu ogólnym - w tym roku niestety nie można się już zapisać na wizytę (!!!)
Po drugie - w związku z ryzykiem wystąpienia infekcyjnego zapalenia wsierdzia trzeba zastosować antybiotyk
A po trzecie - w końcu to zabieg chirurgiczny, odstawić acesan.
Ech...
Normalnie jest to prosty, szybki zabieg przeprowadzany w znieczuleniu miejscowym. Biorąc pod uwagę moją przypadłość - siniczą wrodzoną wadę serca, to wszystko przestaje być proste.
Po pierwsze: czy znieczulenie miejscowe wystarczy? Bo np. takie zabiegi w przychodni stomatologicznej przy Warszawskim Hospicjum dla Dzieci wykonuje się w znieczuleniu ogólnym - w tym roku niestety nie można się już zapisać na wizytę (!!!)
Po drugie - w związku z ryzykiem wystąpienia infekcyjnego zapalenia wsierdzia trzeba zastosować antybiotyk
A po trzecie - w końcu to zabieg chirurgiczny, odstawić acesan.
Ech...
piątek, 1 października 2010
Pasowanie na przedszkolaka
Od kilku dni razem z Paniami wszystkie dzieci z mojej grupy - ja oczywiście też - uczyły się pięknych piosenek i wierszyków, żeby "zabłysnąć" przed swoimi rodzicami w dniu pasowania na przedszkolaka. Wczoraj, zaraz po podwieczorku, kiedy wszystkie mamusie i tatusiowie przybyli do przedszkola zaczęliśmy imprezkę. Weszliśmy do sali gdzie już na takich małych krzesełkach:) na nas czekali i zaczęliśmy przedstawienie! Niektóre dzieci widząc swoich rodziców od razu chciało do nich podbiec albo - chyba ze stresu przed ważnym występem - zaczęło płakać, ale jakoś się udało, bo w końcu show must go on!
Była oczywiście piosenka o paluszku - trochę się pomyliłam:), o Stasiu, o myszce Marysi, wierszyk o jeżyku i ... już zapomniałam co jeszcze. Po części artystycznej nastąpiło clue programu. Najpierw za Panią Agnieszką musieliśmy powtórzyć słowa przysięgi - nie pamiętam dokładnie, ale jej istota sprowadziła się do tego, że obiecaliśmy być grzeczni i kochać swoje przedszkole. A potem każde dziecko musiało zjeść z uśmiechem na ustach (!) kwaśnego żelka. Pani dyrektor wieeeelkim piórem pasowała wtedy każde dziecko na PRAWDZIWEGO PRZEDSZKOLAKA, a my dostawaliśmy medal i nagrodę - śliczną zebrę. Teraz następowała minuta dla fotoreporterów, a zaraz potem zaprosiliśmy szanownych gości do zaimprowizowanego bufetu, gdzie firma cateringowa w osobie naszego przedszkolnego kucharza zaserwowała nam pyszne ciasteczka, owoce i soki. Jak to na każdym udanym evencie czas biegł nieubłaganie i trzeba było się zbierać do domku. Ale pozostaną nam przecież niezapomniane wrażenia i filmy, które nagrał mój tata.
A jestem sobie Przedszkolaczek - przez duże "P" - nie grymaszę i nie płaczę!
Była oczywiście piosenka o paluszku - trochę się pomyliłam:), o Stasiu, o myszce Marysi, wierszyk o jeżyku i ... już zapomniałam co jeszcze. Po części artystycznej nastąpiło clue programu. Najpierw za Panią Agnieszką musieliśmy powtórzyć słowa przysięgi - nie pamiętam dokładnie, ale jej istota sprowadziła się do tego, że obiecaliśmy być grzeczni i kochać swoje przedszkole. A potem każde dziecko musiało zjeść z uśmiechem na ustach (!) kwaśnego żelka. Pani dyrektor wieeeelkim piórem pasowała wtedy każde dziecko na PRAWDZIWEGO PRZEDSZKOLAKA, a my dostawaliśmy medal i nagrodę - śliczną zebrę. Teraz następowała minuta dla fotoreporterów, a zaraz potem zaprosiliśmy szanownych gości do zaimprowizowanego bufetu, gdzie firma cateringowa w osobie naszego przedszkolnego kucharza zaserwowała nam pyszne ciasteczka, owoce i soki. Jak to na każdym udanym evencie czas biegł nieubłaganie i trzeba było się zbierać do domku. Ale pozostaną nam przecież niezapomniane wrażenia i filmy, które nagrał mój tata.
A jestem sobie Przedszkolaczek - przez duże "P" - nie grymaszę i nie płaczę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)