piątek, 9 maja 2008

Postrzyżyny

Kiedy się urodziłam byłam małym łysolkiem i tak naprawdę od tego czasu niewiele się zmieniło:) Urosło mi tu i ówdzie kilka włosków, ale na pewno nie można o mnie powiedzieć, że mam na głowie burzę włosów! Jednak te zaledwie kilka włosków zaczęło trochę przeszkadzać - szczególnie parę kosmyków grzywki urosło aż tak bardzo, że zaczęło mi "wchodzić" w oczy. Mama próbowała je odgarniać i spinać spinką, ale ja się buntowałam i zdejmowałam, a potem wkładałam ją ... oczywiście do buzi! A układanie ich na żel - no trochę jestem jednak za mała. Natomiast z tyłu niektóre włoski były trochę za długie i zaczęłam przypominać czeskiego metala:) W dodatku mi się puszyły i wyglądały jak wata! Mama bała się wziąć sprawy - czytaj: nożyczki - w swoje ręce więc odwiedziłam prawdziwego fryzjera: Leona Zawodowca:) Rodzice znają go już bardzo dobrze; od ponad 5 lat regularnie go odwiedzają i nigdy nie zdradzili na rzecz konkurencji!
Trochę obawialiśmy się jak to wszystko zniosę, ale w końcu Leon to prawdziwy zawodowiec! Siedziałam u mamy na kolanach i patrzyłam na tatę albo Leona. Poszło szybko, sprawnie, nawet nie zdążyliśmy mrugnąć okiem jak już było po sprawie! Troszkę sie kręciłam, ale kto by sie nie kręcił - tyle tam było ciekawych rzeczy!
Teraz mam mocne postanowienie, żeby zapuścić troszkę włoski, bo czasami irytują mnie komentarze niektórych przechodniów: "Jaki piękny chłopczyk"

poniedziałek, 5 maja 2008

Niania :)

Z uwagi, że nie jestem już niemowlakiem tylko małym dzieckiem najwyższy czas zacząć porozumiewać się z otoczeniem nie tylko za pomocą płaczu, ale też innych form komunikacji. Może to być wskazanie ręką na wodę gdy mi się chce pić albo wdrapywanie się na krzesełko do karmienia gdy jestem głodna i niecierpliwie czekam na posiłek lub wyłączenie karuzeli nad moim łóżeczkiem gdy budzę się przed 6 na moje pierwsze śniadanko - mleczko z kubeczka. Oczywiście doskonale również moje zdolności werbalne. Od dłuższego czasu mówię już: "mama", "tata" - szczególnie gdy zadzwoni telefon, a także wiele nie do końca zrozumiałych przez rodziców wyrażeń. Najnowszym zwrotem, który udało mi się opanować i którego znaczenie rodzice odgadli bez problemu jest: "Niania".
Oczywiście chodzi o ......... MNIE! Wszyscy mówią do mnie: "Hania", a przecież takiemu roczniakowi jak ja trudno jest wymówić głoskę: "H" więc musiałam sobie jakoś poradzić:)
I teraz jestem Hania - Niania!

Pożegnanie z butelką

No i udało nam się wyeliminować picie mleka z butelki! Już od ponad tygodnia mleczko piję tylko z kubeczka! Początkowo nie byłam z tego powodu zadowolona, ale teraz to już normalka:) Wygraliśmy bitwę, ale nie wojnę, bo dalej smoczek towarzyszy mi podczas - szczególnie wieczornego - usypiania. Ale i na niego, miejmy nadzieję, że szybko, przyjdzie czas!

I mamy kolejnego ząbka

Po szybkim pojawieniu sie kompletu jedynek i dwójek rodzice myśleli, że na jakiś dłuższy czas mają z głowy moje ząbki. A tu zupełnie niespodziewanie - no może niezupełnie, bo troszkę marudziłam - pojawiła się po prawej stronie dolna czwórka! Kolejne czwórki chyba niebawem do niej dołączą, bo mam trochę spuchnięte dziąsła! Ale błyskawicznie wyrzynają się te moje zęby!

środa, 30 kwietnia 2008

To juz rok ....

Kochana Haniu dzisiaj minął rok od Twojej pierwszej operacji. 30 kwietnia 2007 roku razem z tatą już o 6 stawiliśmy się w szpitalu w Prokocimiu. Grzecznie spałaś w inkubatorze i tylko podłączony monitor wskazywał, że jednak coś jest nie tak. Wyglądałaś ślicznie i robiłaś śmieszne minki! A my poszliśmy do prof. Malca podpisać zgodę na operację, operację, która miała zadecydować o Twoim dalszym życiu. A potem odprowadziliśmy Cię pod salę operacyjną. Serca mieliśmy w gardle, a łzy same płynęły po policzkach... A potem to czekanie... Pojechaliśmy do Kościoła na Skałce, żeby pomodlić się za Ciebie, ale trafiliśmy na jakąś ogromnie hałaśliwą wycieczkę Włochów - o modlitwie musieliśmy zapomnieć. I znowu do szpitala pod gabinet profesora. Około 11.30 prof. pojawił się i ... ja nie miałam nawet odwagi, żeby do niego podejść, wysłałam tatę. Ale kiedy z oddali usłyszałam słowa: "Operacja udała się, stan dziecka stabilny" odetchnęłam z ulgą. Potem poszliśmy na intensywną terapię zajrzeć na chwilkę do Ciebie. Byliśmy przygotowani na straszny widok, ale Ty wyglądałaś pięknie mimo wielkiej ilości kabli! Wtedy uwierzyliśmy, że dasz sobie radę i zwyciężysz w tej wielkiej walce - walce o życie! I tak dalej trzymaj - bądź piękna i dzielna tak jak do tej pory!

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Moje pierwsze urodziny - relacja

Moje pierwsze urodziny już za nami! A działo się oj działo :)
Zaczęliśmy świętować zgodnie z kalendarzem 25 kwietnia. Po przebudzeniu otrzymałam moc całusów i uścisków od rodziców i dłużej niż zwykle baraszkowałam w ich łóżku. A potem pakowanie i po obiadku wyjazd do Białobrzegów gdzie czekała na mnie kolejna moc serdeczności od Babci Joli i Uli oraz Dziadków Krzyśka i Pawła. No i oczywiście pierwsze prezenty: piękna czerwona piaskownica, dmuchany basen i lala w wózku. O godzinie 18 odbyła się Msza Święta w mojej intencji, którą prawie w całości spędziłam na zewnątrz, bo jakoś nie mogłam zrozumieć dlaczego w tym ogromnym budynku muszę być cicho. Po kolacji i kąpieli poszłam spać a rodzice z Dziadkami wznieśli toast za moje zdrówko!


Centralne obchody mojego jubileuszu odbyły sie w sobotę. Była piękna pogoda więc rodzice skorzystali z gościnności Cioci Beaty i urządzili party w plenerze. Przybyli goście mogli skosztować przepysznych potraw z grilla


no i oczywiście wybornego tortu.



A trochę starsze dzieciaki szalały do upadłego wdrapując się do domku na drzewie

albo bawiąc się z pieskami.


Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy... Do zobaczenia za rok!

Podziękowania:

- Cioci Beacie za perfekcyjne przygotowanie imprezy


- Cioci Agacie za wyborny tort


- Wujkom: Sławkowi i Mietkowi za wytrwałość przy grillu:)


- wszystkim licznie przybyłym gościom za poświęcenie swego cennego czasu no i oczywiście za śliczne prezenty:) Tata teraz tylko je składa, składa i składa ...


Dziękuje również za wszystkie przepiękne życzenia, które otrzymałam za pośrednictwem internetu, telefonu, poczty itp.
Szkoda, że urodziny ma się tylko raz do roku! Dobrze, że są jeszcze imieniny:)

czwartek, 24 kwietnia 2008

STO LAT HANIU !!!




Konstanty Ildefons Gałczyński "Dziecko się rodzi"

(...)
Słońce wschodzi, głaszcze powietrze.
Dziecko się rodzi. Szumi deszcz.
Kwiat otwiera oczy w ogrodzie.
Zorza wieże złotem okleja.
Ptak ptaka strofuje w gnieździe.
Gwiazda dzień dobry mówi gwieździe
Dziecko się rodzi.
Dziecko się rodzi.
Nasze dziecko się rodzi.
Nadzieja.


Kochana Haniu rok temu 25 kwietnia 2007 roku o godzinie 10.40 przywitaliśmy Cię na świecie, świecie który od początku twojego kruchego życia tak bardzo dał Ci w kość. Dziękujemy Ci za wszystko: za każdy uśmiech, każdą pobudkę o świcie, śmieszną minkę czy uronioną łezkę, ale przede wszystkim za wielką wolę walki, która niejednokrotnie uratowała to co jest dla nas bezcenne: TWOJE ŻYCIE!!!
DZIęKUJEMY żE JESTEś Z NAMI!

Mama i Tata

wtorek, 22 kwietnia 2008

Pocałuj żabkę w łapkę

Mam cała masę pięknych zabawek, a z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że niedługo mój stan posiadania się znacznie zwiększy:) Wśród nich moją ukochana zabawką jest mała zielona żabka. Dostałam ją od Taty jeszcze w szpitalu w Prokocimiu, więc jest ze mną prawie całe moje życie! Na początku zupełnie nie zwracałam na nią uwagi, a teraz nie mogę się bez niej obejść! Biedna żabka się trochę popsuła - coś przy oczku jej się rozpruło, ale Babcia Jola obiecała, że ją naprawi - mama na tym się kompletnie nie zna! Gdy mama poprosi mnie: "Haniu gdzie jest żabka?" zawsze ją znajdę choćby była ukryta pod innymi zabawkami i przyniosę mamie.

Mojej kochanej żabce daję buzi i robię jej kizi - mizi, zresztą nie ma się co dziwić ja też jestem małą żabką - tylko nie zieloną!

Przysmaki z domowej spiżarni

Nie rozumiem po co mama tak się męczy i codziennie gotuje mi jakiś obiadek jeżeli można po prostu otworzyć słoiczek i ... danie gotowe! Jak dla mnie to nie trzeba go nawet podgrzewać taka jestem zgodna!
W piątek mama ugotowała krupniczek z cielęcinką - zjadłam może góra 3 łyżeczki ...
W sobotę zaserwowała kurczaka z jabłkami i ryżem - po jednej łyżce miałam dość, nie chciałam też spróbować gulaszu wołowego, który jedli rodzice, ale za to chętnie obgryzałam ogórka kiszonego:)
W niedzielę mama stwierdziła, że musi sobie zrobić przerwę, bo inaczej oszaleje:) i od razu dostałam słoiczek.
Ale nie na długo dała za wygraną i w poniedziałek na moim talerzu pojawił się pieczony schab z ziemniaczkami i gotowaną marchewką - no może góra pięć łyżek.
A dzisiaj - z uwagi na moje zainteresowanie ogórkiem kiszonym - mama ugotowała zupę ogórkową, która była całkiem całkiem - zjadłam tak na oko ze 100 ml, więcej nie chciałam; resztę obiadu zapewnił mi oczywiście słoiczek.
Mama myśli, że jej kuchnia nie przypadła mi do gustu, ale to nieprawda! Ja po prostu nie chce, żeby ona sie męczyła i traciła czas, który może inaczej wykorzystać np. na zabawę ze mną:)
Musze ją pochwalić, bo w poprzednią niedzielę zrobiła pyszny rosół, który zjadłam ze smakiem! No i dzisiejsza jajecznica też była wyborna!
W związku z moim zainteresowaniem jedzeniem słoiczkowym szuflada, w której rodzice trzymają moje zapasy jest zawsze wypełniona po brzegi, a tatuś jest ekspertem w zakresie nowości na rynku produktów spożywczych dla niemowląt i małych dzieci!

sobota, 19 kwietnia 2008

Walka z wiatrakami

Tak jak Don Kichot walczył z wiatrakami tak mama bezskutecznie próbuje wyeliminować smoczki z mojego życia. Mówi cały czas o wadzie jakiegoś zgryzu, a przecież ja mam wadę, ale serca - coś jej sie popierniczyło i o jakiejś próchnicy!? Hmm ciekawe co to? Jakiś robak?
Ale chyba łatwiej będzie jej nakłonić mnie do porzucenia smoczka z butelki. Kaszki od zawsze:) - hmm od jakiś 6 miesięcy - jem wyłącznie łyżeczką, ale mleczko lubię sobie wypić z butli. Pozostałe napoje: wodę, soczki czy herbatki zawsze popijałam z kubeczka, a teraz dodatkowo testuje niekapek. Mleczko dostaję rano, po przebudzeniu i mama już kombinuje, żeby coś do niego dodać żebym musiała się trochę wysilić. Bo z mleczkiem, które dostaje zamiennie z jogurtem bądź z serkiem na podwieczorek nie ma żadnego problemu; duszkiem wypijam je z kubeczka!
Ale prawdziwą batalię przyjdzie nam zmierzyć ze smokiem, który lubię sobie possać przed snem no i w nocy jak się przebudzę. Bez niego nie usnę; wyjątkiem są drzemki, które zaliczam w wózku na spacerze. Poza tym nie jest mi on w ogóle potrzebny!
No i co tu wykombinować, żeby mama była zadowolona? Zresztą ona jest strasznie sprytna! Ledwo usnę, a mama już cichutko skrada sie na palcach i wyciąga mi tego smoka! A może Wy znacie jakieś sprawdzone sposoby?

Dzień Świstaka

Ostatnie dni są bliźniaczo podobne do siebie. Śniadanie, obiad, spacer, zabawa, kąpiel, kolacja, spanko. I tak w kółko. W zasadzie nie mam się ani czym pochwalić, ani nadzwyczajnych wydarzeń też ostatnio nie było. Bo przecież do guzów i upadków już się przyzwyczailiśmy, a i ZOO nie już już taka atrakcją jak jeszcze dwa tygodnie temu. Od tego czasu oglądanie zwierzątek stało się moim chlebem powszednim. Wbrew oczekiwaniom mamy największego wrażenia nie zrobiły na mnie duże zwierzęta: żyrafy czy słonie, ale sowa śnieżna, pingwiny i takie fajnie kotki w cętki - pantery. Oprócz tego w ZOO jest fajny plac zabaw, który obowiązkowo odwiedzamy - szczególnie huśtawka jest bombowa!
No jednak gapa ze mnie! Jest jednak istotna różnica. Nie spędzam już całych dni z mamą, bo czasami przyjeżdża do mnie Babcia Jola, a czasami zostaje z tatusiem. Mama wtedy wychodzi pozałatwiać jakieś ważne sprawy, a ja staram sie być baaardzo grzeczna, ale sami wiecie, że nie łatwo być non stop grzecznym:)

niedziela, 13 kwietnia 2008

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

Wszyscy wiedzieliśmy, że kiedyś nadejdzie ten dzień ... Przygotowywaliśmy sie do niego psychicznie, ale wiadomo wszystkiego nie da sie przecież przewidzieć. I w końcu stało się! W piątek podczas przechadzek wokół stołu nagle potknęłam się i bach!!! Ani mama ani tata nie zauważyli jak upadałam, ale jedno było pewno: walnęłam się bardzo mocno głową o podłogę; huk był straszny. Nastąpiła błyskawiczna interwencja: okłady lodem, smok do buzi i pieluszka do przytulenia. No i oczywiście rączki mamy! Baaaardzo mnie bolało i moje piękne oczy były pełne łez. Mimo później pory - było już po 17 zmęczona tym strasznym wydarzeniem postanowiłam sobie zrobić drzemkę. A jak sie obudziłam to obejrzeliśmy sobie piękną śliwę na moim czole:)



Ale to nie koniec przykrych wypadków. Dzisiaj podczas spaceru walnęłam się buzią o huśtawkę - troszkę płakałam, ale nie było tak źle, a już w domku uderzyłam głową o drzwi, bo jakoś ich nie zauważyłam:)

Bob budowniczy

W naszym domku stało się straszne nieszczęście - zatkał sie zlew w kuchni! Nie pomagały przepychanie ani użycie specjalistycznych środków typu kret. Nie było innego wyjścia: tata zakasał rękawy i wziął się do roboty! Fachowo poodkręcał jakieś rurki, z których do podstawionego wcześniej kubełka spłynęła brudna woda. Potem było już tylko gorzej ... Rurki przy przykręcaniu kompletnie do siebie nie pasowały! A w dodatku jedna z nich okazała się zupełnie zbędna:) Tata jednak wyszedł z opresji obronną ręką! Jakoś dopasował te cholerne rurki i teraz woda pięknie spływa. Tylko ciekawe gdzie:)

No i mamy komplet!

Dwójek! Łącznie w mojej buzi jest już 8 ząbków. Po równo: 4 na dole i 4 na górze. Moja klawiatura prezentuje się imponująco :)

wtorek, 8 kwietnia 2008

Savoir - vivre czyli o zachowaniu sie przy stole

Jestem już dużym dzieckiem, które oprócz mleczka do dalszego wzrostu potrzebuje też i innych frykasów.
Rano - czasami o 4 :) a czasami o 7 budzę się na pierwsze śniadanko - 200 ml mleczka, które wypijam duszkiem; niestety z butelki...
Następnie przed 10 jem drugie śniadanko: jajecznice, kanapeczki z wędliną,



a w ostateczności parówki. W ogóle nie przypadł mi za to do gustu twarożek.
Po 13 przychodzi czas na obiad - słoiczek albo jakieś mamine potrawy, z których najlepszy jest krupniczek mniam mniam mniam



Po 16 wypijam kolejne 200 ml mleka albo zajadam się jakimś pysznym jogurcikiem, a przed kąpielą zjadam kolację: kaszkę na mleku z owocami. Oprócz tego w ciągu dnia jem owoce: banany, gruszki, jabłuszka i czasami dostanę mojego ulubionego herbatnika.
Do tej pory karmiona byłam przez mamę, ale takie duże dziecko jak ja powinno w końcu zacząć samo jeść! No i domagam się stanowczo, aby mama dała mi do ręki kanapkę - przecież sobie z nią doskonale poradzę! Z jajecznicą czy zupką przyznam jest już gorzej, ale co tam! Najwyżej trochę się pobrudzę i trochę wyleci na podłogę.
Podobnie jest z piciem. Mama upiera sie strasznie nad piciem mleczka z kubeczka, co mi się baaaardzo nie podoba. Wodę, soczki czy herbatki to ja rozumiem można pić z kubka, ale też samemu. No bo co to za przyjemność, kiedy ktoś Ci go trzyma - lepiej osobiście dzierżyć kubek w dłoniach!



Jednego czego nie lubię w tym moim samodzielnym jedzeniu to późniejszego przebierania ...

piątek, 4 kwietnia 2008

Samochwała

"Samochwała w kącie stała i tak wciąż opowiadała: zdolna jestem niesłychanie, najpiękniejsze mam ubranie, moja buzia tryska zdrowiem (...)"

W zasadzie nie sposób się nie zgodzić! Zdolna jestem to fakt - raczkuję z szybkością odrzutowca, chodzę sobie sama wzdłuż mebli w tą i z powrotem,


trzymana za obie rączki przemierzam dom - na spacerkach mama nie chce, żebym chodziła, bo jeszcze nie "dorobiłam" się prawdziwych, dorosłych butów, ale niedługo to sie zmieni! - próbuje pić z kubeczka; łapię kubek w obie rączki i siup do buzi; tylko czasami woda nie ląduje tam gdzie powinna, ale np. na moich plecach:, oczywiście jeść także chce już sama: najlepiej do tego celu nadają się kanapeczki. No i umiem sobie włączyć moją karuzelę nad łóżeczkiem - w ten sposób budzę rodziców:) tylko czasami jest strasznie ciemno:)
Ubranka mam też niczego sobie, tylko te buty by się w końcu przydały!
A buzia tryskająca zdrowiem... Na pierwszy rzut okiem trudno zorientować się, że moje serce różni się od serduszek innych dzieci. Ale nie ma jak oryginalność :)

Wizyta w ZOO

Dzięki sprzyjającej aurze - słonko ładnie świeciło - wybrałam się dzisiaj z mamą do ... ZOO! Zresztą będziemy tam częstymi gośćmi, bo ogród zoologiczny mamy przecież pod nosem, a dodatkowo mama kupiła sobie bilet roczny, co zobowiązuje:) - takie małe Szkraby jak ja póki co wchodzą podziwiać różne zwierzęta za free!
Niestety mama gapa zapomniała wziąć aparatu więc nie mogę Wam pokazać żadnych zwierzątek :(
Jednak muszę przyznać szczerze, że niewiele zwierzątek udało mi się zobaczyć, bo większość pobytu w ZOO poprostu przespałam:) Widziałam małpki - hmmm miałam wrażenie, że są bardzo podobne do niektórych znanych mi osób - kondory, puchacze, lwy i tygrysy.
Początek wizyty jednak był nerwowy. Mama kupiła sobie coś do picia i popijała z butelki, a mi nie dała! Byłam bardzo zła i dopiero mój ulubiony herbatniczek trochę poprawił mi humor!
Ale ZOO to nie tylko zwierzęta, ale także wspaniały, całkiem nowy plac zabaw dla dzieci, o niebo lepszy niż w parku obok!
Coś mi się wydaje, że będziemy tam częstymi gośćmi!

wtorek, 1 kwietnia 2008

Chrzciny Marysi

Moja malutka siostra cioteczna Marysia dorosła już do takiego wieku, w którym diabeł zaczyna kusić (wiem coś o tym:). Żeby nie dopuścić niedobrego diabła do małej Marysi w ostatnią niedzielę w Białobrzegach odbyły się jej chrzciny. Oczywiście stawiliśmy się w komplecie! A mój tata został ojcem chrzestnym Marysi! Miejmy nadzieję, że ciocia Agata i wujek Mietek dobrze przemyśleli ten wybór i są świadomi tego co zrobili:) Bo ja z mamą uchylamy sie od ewentualnej odpowiedzialności i reklamacji nie przyjmujemy!
Msza Święta zaczęła się o 12.15, ale nie możemy zapomnieć, że poprzedniej nocy była zmiana czasu i spaliśmy o godzinkę krócej. Tata od samego rana był strasznie zajęty: sesje fotograficzne i w ogóle:) A my siedziałyśmy sobie u Dziadków w domku i szykowałyśmy się do Kościoła. Ale nic z tego nie wyszło... Gdy w końcu w domu zapanowała błoga cisza, bo Dziadkowie z Anią w końcu się wyszykowali i wyszli, to ja punkt 12 zapadłam w błoga drzemkę ... Mama nie miała sumienia mnie budzić i tym sposobem muszę się przyznać nie byłam w Kościele. Obudziłam sie dopiero przed 13 i zdążyłyśmy tylko na końcówkę mszy. Ale za to wyspana i zadowolona wyruszyłam na uroczysty obiadek.



Była strasznie dużo gości, których większości w ogóle nie znałam. Ale było bardzo miło. Ja niestety nie mogłam próbować tych wszystkich pyszności, które były serwowane. Dostałam swoją zupkę, które też była baaardzo smaczna mniam mniam mniam



Wszyscy goście dobrze sie bawili i ani myśleli iść do domku. Ja już byłam troszkę zmęczona więc zapadłam w kolejną drzemkę w ustronnym miejscu :)



Ale wszystko co dobre szybko się kończy! Zrobiło się późno i wróciliśmy do białobrzeskiego domku - Dziadkowie prosto z obiadu pojechali do Spa do Buska - Zdroju:). Ja grzecznie poszłam spać, a rodzice z miłymi gośćmi oglądali do późnych godzin nocnych "Taniec z gwiazdami" :)

A to ja z Marysią. Prawda, ze jest straaasznie malutka :)?

Dwójeczka

No i doczekaliśmy się! Mam pierwszą górną dwójkę! Mama zauważyła ją w niedzielę rano. Druga górna dwójeczka jest chyba bliziutko. Tym sposobem jestem szczęśliwą posiadaczką 7 zębów: 3 górnych i 4 dolnych:)

środa, 26 marca 2008

Po wizycie u pediatry

Nie wiem czy Wam już pisałam, ale w niedzielę wieczorem dostałam na całym ciele jakiejś dziwnej wysypki. Niby już mi pomału znika, ale mimo wszystko mama postanowiła to sprawdzić, a że przy okazji znowu kończą mi sie moje proszki "sercowe", więc wybrałyśmy sie do lekarza. Pani doktor dokładnie mnie obejrzała, wypytała się mamy o różne rzeczy i orzekła, że właśnie kończy mi się tzw. trzydniówka.
No i faktycznie to by się zgadzało! Najpierw (z czwartku na piątek) dostałam wysokiej temperatury - ponad 39 stopni, potem zaczęłam marudzić przy jedzeniu i pojawiły się luźne stolce. I doszła ta wysypka. A ile to się mama nadenerwowała, że pewnie jestem na coś uczulona i w ogóle:)
Dobra wiadomość: trzydniówka jest aktualnie w fazie upadku:), gorsza, że w związku z jej pojawieniem musimy przełożyć zaplanowane szczepienie z 11 kwietnia na 13 maja ... A już myślałyśmy, że nadgonimy trochę i "wskoczymy" w kalendarz szczepień ...

wtorek, 25 marca 2008

Kolejny nałóg :)

Moim pierwszym nałogiem jest ssanie smoka. Co prawda używam go jedynie, aby zasnąć, ale bez niego było by ciężko. Gdy już porządnie usnę to albo sam mi wypada z buzi albo mama mi go delikatnie wyjmuje - cały czas mówi o jakimś krzywym zgryzie.
A teraz doszedł drugi: karty :) Czyli wszystko co dobre "odziedziczyłam" po mamusi, a resztę po Tacie :) Na razie niewiele rozumiem z zawiłych reguł gry z pokera, ale pewnie z czasem się wprawie i będę ogrywać cała rodzinkę :)

Świąteczne wspomnienia

W tym roku - bazuje tylko na doświadczeniach rodziców, bo ja nie mam żadnego porównania:) - w Święta Wielkanocne aura sprawiła nam nie lada figla. Zamiast długich spacerków w pięknym, wiosennym słonku mieliśmy nagły atak zimy.



Ale szczerze powiedziawszy i tak niewiele mielibyśmy czasu na spacerki: wizyty u jednych i drugich Dziadków, świąteczne śniadania, obiady, zabawy ... ech działo się wiele.



Ale Święta to nie tylko biesiady przy stole, ale także Śmigus - Dyngus:)
Jak widzieliście pogoda sprawiła nam psikusa i nie było tradycyjnego lania wody. Ale rodzice - a głównie mama :) hihihi - nie zdawali sobie sprawy jaką mają sprytną córeczkę:)



Powyżej widzicie mnie jeszcze w pięknej sukieneczce siedzą w mamy "na barana" i bawiącą się jej misternie ułożoną fryzurą. Nie trwało to jednak długo .... W końcu ciągnięcie za mamine włosy szybko mi się znudziło i pociągnęłam za to co było pod ręką czyli pięknego tulipanka. A dalej to już było wesoło :)
Przewrócił się wazon - na szczęście nie spadł na nas tylko od razu na ziemię
i miałyśmy Śmigus - Dyngus! Mama była strasznie przestraszona, bo nie wiedziała co zimnego oblało jej plecy, a ja zaczęłam strasznie płakać! Tata zamiast nas ratować też się śmiał ... W końcu tradycja to tradycja !!! Efekt to cała mokra mama, ja troszeczkę, fotel oraz kupa strachu!
W przyszłym roku też wymyślę jakąś śmigusową niespodziankę:)

piątek, 21 marca 2008

Przeziębiona

Ostatnie dni nie były łatwe. Najpierw "wychodziły" mi zębiska, a jak się już w końcu pojawiły i myśleliśmy, że będzie trochę spokoju to niestety. Wczoraj byłam strasznie marudna. Nic nie pomagało: śpiewanie, noszenie na rękach, nawet telewizor, który zwykle ogromnie mnie ciekawi nie poprawił mi nastroju. A po kąpieli mama zmierzyła mi temperaturę i ... prawie 39 stopni!!! Dostałam syropek przeciwgorączkowy. Temperatura spadła, a ja zachłannie pożarłam w nocy dwa razy mleczko. Rano czułam się nieźle, nie miałam gorączki, więc zdecydowaliśmy, że wyruszamy w podróż - w końcu idą Święta! Już w samochodzie byłam bardziej nieswoja i w dodatku zrobiłam kupkę - nieładny zapach wypełnił cały samochód. I usnęłam ... W końcu dojechaliśmy do dziadków w Białobrzegach, mama zajrzała mi w pieluszkę i ... oniemiała! Co tu dużo mówić - kupka była ogromna, aż pobrudziła bodziaka i rajstopki. A potem powtórka z wczoraj: marudzenie. Ładnie jadłam, ale niestety pojawiły się jeszcze 3 kupki ... No i temperatura zaczęła wzrastać. Tata zadzwonił więc do swojego kolegi - lekarza pediatry, który mimo, że też przyjechał do rodziny na Święta zgodził się mnie obejrzeć, za co mu baaardzo dziękujemy. Lekarz mnie zbadał, miechem podmuchał:), zajrzał do gardła, zajrzał do ucha i w zasadzie - dzięki Bogu - nic nie znalazł. Ot troszkę zaczerwienione gardziołko. Na gorączkę mam dostawać syropek (wieczorem była nieznaczna - 37.5), a te kupki - trzeba połykać trochę probiotyków. Mam nadzieję, że odpocznę sobie w nocy, a rano obudzę sie w pełni sił i bez temperatury, no bo przecież jutro trzeba iść ze święconkiem!

Wesołego Alleluja


Niech Wam Mili będzie wiosennie, słonecznie, świątecznie!
Niech cieszą Wasze oczy kolorowe pisanki i wielkanocne baranki.
Niech się w Śmigus Dyngus woda na Was leje,
a wielkanocny Zając przyniesie radość i nadzieję

życzy moim miłym czytelnikom Hanka Ways z rodzicami

wtorek, 18 marca 2008

Jozin z bazin :)

Odkąd jestem szczęśliwą posiadaczką górnych jedynek - co prawda ledwo je widać, ale za to słychać - moim ulubionym zajęciem jest zgrzytanie ząbkami! I jest to kolejny niezbity dowód, że jestem niesamowicie podobna do mamy. Mama też zgrzyta, co prawda tylko podczas snu, czym doprowadza tatę do szału! A ja zgrzytam całymi dniami. Oczywiście rodzice przeczytali już na ten temat odpowiednią literaturę i skontaktowali się z fachowcami. Na razie nie ma się czym martwić, bo pewnie mi to z wiekiem przejdzie - chyba, że razem z mamą pozgrzytamy sobie nockami w duecie:) Ale mi to na na razie nie grozi, bo i zmartwień mam mało(mama podobno zgrzyta z nerwów), oto tylko tyle, żeby mama szybciej robiła mleczko i nie upierała się nad tym piciem z kubeczka, kiedy ze smoka lepiej leci.
Chciałyśmy nagrać odgłosy zgrzytania, ale nam coś nie wychodzi. Brzmi prawie identycznie jak w "teledysku" super zespołu "Jozin z bazin" - posłuchajcie pana, który gra na muszli!

piątek, 14 marca 2008

Bałaganiara

Czas pochwalić się moimi nowymi umiejętnościami. Nie wiem czy Wam już wspominałam, ale już umiem:
- zrobić papa,
- zrobić cześć i przybić piątkę,
- pokazać, gdzie mam uszko,
- pokazać, gdzie piesek ma nosek i gdzie ja mam nosek - hmm nie wiem tylko dlaczego rodzice wtedy tak bardzo się śmieją - przypisek mamy: Hania wkłada sobie wtedy rączkę do buzi:),
- mówić: mama, tata, baba i papa,
- włączyć na raz wszystkie zabawki, które wydają jakiekolwiek dźwięki!!! ale wtedy jest fajnie!,
- no oczywiście raczkować i wspinać sie przy meblach.
Ostatnią umiejętnością jaką opanowałam i cały czas doskonale:) jest robienie bałaganu. Zdaniem mamy w tym konkretnym przypadku wrodziłam się do Taty, który przynajmniej w domku lubi sobie po bałaganić (poza tym to podobno jestem cała mama!)
Żeby mi nie było smutno i żebym nie siedziała póki co sama w swoim pokoju tata z mamą przynieśli moje zabawki do dużego pokoju. Jest to wygodne, bo mama ma mnie na oku kiedy musi coś zrobić. A ja jestem strasznie niezdecydowana, nie umiem wybrać i bawić się jedną zabawką, od razu muszę powyciągać wszystkie!



A kto to wszystko potem sprząta? Oczywiście mama :)

Górne jedynki :)

Wyrzynały się i wyrzynały. Już straciliśmy nadzieję, że przed Wielkanocą zobaczymy ich piękny blask. Ale jednak! Jeszcze tydzień temu strasznie marudziłam, nic nie chciałam jeść - wszyscy stawiali "idą zęby". A potem jak ręką odjął - zero grymasów, jedzenie zaczęłam pochłaniać w ilościach astronomicznych, ba nawet zaczęłam pić: wodę i soczek marchwiowy mniam mniam - tak mi zasmakował, że na raz potrafiłam wypić całą butlę! A ząbki jakby schowały się i czekały na odpowiedni moment. Wczoraj wieczorem mama zajrzała mi do buzi i są! Dwie górne jedynki! U mnie wszystko jest do pary oprócz komór w serduszku :)
Poniżej ich foto - ledwo widoczne, ale dzięki nim łatwiej mi było zjeść dzisiaj na drugie śniadanko kanapeczkę z wędlinką :)

środa, 12 marca 2008

Dla hazardzistów i nie tylko :)



Wielkanocne Zakłady Specjalne Totalizatora Sportowego

Gorąco zachęcam do udziału w Wielkanocnych Zakładach Specjalnych organizowanych przez Totalizator Sportowy. Całkowity zysk z gry zostanie przekazany na rzecz Fundacji Cor Infantis.

Zakłady będzie można nabyć w kolekturach Lotto w okresie od 14 marca 2008 roku do 23 marca 2008 roku, a losowanie wyników odbędzie się na antenie Polsatu w Studio Lotto 23 marca 2008 roku.

Zakłady Specjalne to wyjątkowa gra Totalizatora Sportowego, ponieważ tylko tutaj zyski ze sprzedaży przekazywane są na cele charytatywne i ważne społecznie. Pierwsze losowanie Zakładów Specjalnych odbyło się w 1976 roku. Gra organizowana jest okazjonalnie – kilka razy do roku.

Ogólne zasady gry:

* Typuje się 5 spośród 45 liczb.

* Można zawierać tylko zakłady proste, na najbliższe losowanie.

* Metodą "blankietową" można skreślić od 1 do 8 zakładów na jednym blankiecie.

* Metodą "chybił-trafił" można zagrać od 1 do 10 zakładów na jednym kuponie.

* Opłata za jeden zakład prosty wynosi 1,25 złotych, w tym: stawka podstawowa 1 złoty + 25% dopłaty na rozwój kultury fizycznej oraz wspieranie kultury narodowej


W ciągu ponad 30 lat historii Zakładów Specjalnych zorganizowano już 178 edycji gry. Dzięki zaangażowaniu grających możliwe było wsparcie m. in.: dzieci z domów dziecka, samotnych matek, dzieci przebywających w hospicjach, osób niepełnosprawnych, osób poszkodowanych w tragedii katowickiej. Ale gra to nie tylko działalność dobroczynna – to również wysokie wygrane – rekordowe 621 911 złotych to wygrana w Zakładach Specjalnych z grudnia 2006 roku.

Wygrywasz już w momencie zakupu zakładu !!!


żródło: www.corinfantis.org

wtorek, 11 marca 2008

Wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty

Po zupełnie nieudanym pogodowo przedłużonym weekendzie w Krakowie w końcu nastała lepsza aura. Już w sobotę słonko przygrzewało mocno, co widać było szczególnie po ilości umytych szyb:) I dalej świeci nam pięknie na niebie. My na razie szyby mamy brudne jak cholera, bo szkoda nam czasu na ich pucowanie - pogoda jest tak przepiękna, że wolimy sobie pospacerować:) W sobotę przechadzaliśmy się niedaleko domku, ale w niedzielę ruszyliśmy w podróż na Pola Mokotowskie naszym nowym autkiem - tata jest z niego dumny, nam z mamą też się podoba, bo jest super wygodny; mama tylko kręci trochę nosem, na jakieś uwagi co do jego marki, ja tam nie wiem dokładnie o co chodzi. Połaziliśmy troszkę



a potem poszliśmy na obiadek do knajpki Samira. Rodzicom i Wujkowi Dydowi, który do nas dołączył bardzo smakowało, ale mi się troszkę nudziło. Chwila nieuwagi i pociągnęłam mocno za obrus i niestety przewróciła się filiżanka z gorącą herbatą. Całe szczęście nikomu nic się nie stało, ale rodzice pilnowali mnie już jak oka w głowie!
A wczoraj i dzisiaj spacerowałyśmy z mamą po Parku Praskim. Dzisiaj to tak naprawdę w przerwach między spacerami zjadłam obiad - byłyśmy na dworku (czy jak kto woli na polu:) prawie 4 godzinki!
Piękna pogoda mi służy, bo po moim ostatnim gorszym nastroju i braku apetytu nie na już śladu. Ładnie jem, podgaduje sobie pod noskiem - mama, tata, baba, papa i inne dźwięki, którym nie sposób spamiętać i przytulam się całymi dniami do rodziców!
Mam nadzieję, że wiosna, która tak niespodziewanie zapukała do mych drzwi i wcześniej niż oczekiwaliśmy przyszły te cieplejsze dni zostanie z nami,żebyśmy mogli dalej tak miło spędzać czas!

Blokada windykacyjna

Pewnie niektórzy z Was zastanawiali się co się ze mną stało. Ostatni wpis 5 marca i cisza jak makiem zasiał. Ale 5 marca mogłam jeszcze się z Wami skontaktować, bo dostęp do internetu miałam u Dziadków w Białobrzegach. Następnego dnia wróciliśmy do domku i po włączeniu laptopa nie mogliśmy połączyć sie z internetem. Ile to się mama nakombinowała i po przełączała wszystkie kabelki, bo myślała, że może któryś się rozłączył - albo ktoś coś rozłączył, a np. ja lubię sobie pozaglądać w rożne kąty w domku :) Przy okazji zrobiła mini porządki wiosenne :) Po dwóch dniach intensywnego kombinowania tatuś wziął sprawy w swoje ręce i zadzwonił do naszego dostawcy internetu. A tu niemiła niespodzianka :( To oni odcięli nam dostęp z uwagi na niezapłacone rachunki. Ponieważ w naszym domku to tata dba o takie sprawy strasznie się na niego z mamą rozzłościłyśmy, a tata rozzłościł się na firmę. Mówił, że mogli nas jakoś uprzedzić, że nas odetną i w ogóle. Ale coś mu nie pasowało. Ponieważ rachunki płacimy przez internet do którego w domku nie mieliśmy dostępu, tata pojechał w niedzielę do pracy i przejrzał całą historię rachunku bankowego. I okazało się, że ostatnie trzy przelewy nie zostały zrealizowane! I znowu telefon do firmy internetowej i kolejna niespodzianka. Podobno pod koniec grudnia - być może spierać się nie będziemy, mieliśmy wtedy ważniejsze rzeczy na głowie - informowali nas o zmianie swojego rachunku bankowego. Tata oczywiście tego nie wiedział i dalej puszczał przelewy na stary numer konta, które nie były realizowane przez bank, ale to jakoś mu umknęło ... Tak czy inaczej internet nam na razie odblokowali, do piątku musimy uregulować wszystkie należności. No i mamy nauczkę, żeby wszystko sprawdzać trzy razy!!!

środa, 5 marca 2008

Po echu w Krakowie

Nasza wizyta w moim rodzinnym mieście:) trwała kilka dni, bo dzisiaj byliśmy umówieni na wizytę kontrolną u dr Kordona, więc zupełnie nieopłacało nam sie wracać do Warszawy. Mieliśmy nadzieję, że pogoda będzie służyć spacerkom po pięknym Krakowie, ale niestety ... "Zwiedziliśmy" tylko Galerię Krakowską, ale za to nadrobiliśmy zaległości towarzyskie - spotkaliśmy się z Wojtkiem, Ciocią Edytą i Wujkiem Kubą, a także wybraliśmy się z wizytą do Tomka - Rozrabiaki:) zresztą co ja będę Wam pisała - zajrzyjcie do Tomka:)


w oczekiwaniu na echo :)

A dzisiaj kontrola. Od samego rana maraton: ważenie: 9 kg, mierzenie - 75 cm, saturacja - 87-88 %, tętno - 110-112, ekg, morfologia, gazometria i najważniejsze: echo.
Dr Kordon jak zwykle niezwykle dokładnie mnie badał co było możliwe tylko dzięki temu, że tuż przed wejściem do gabinetu błogo zasnęłam:) ale co dobre nie może trwać wiecznie. Po przebudzeniu troszkę marudziłam, ale i tak było całkiem nieźle. W skrócie: funkcja komory lepsza niż ostatnio, ale mogłoby być jeszcze lepiej, niedomykalność zastawki trójdzielnej umiarkowana, ładnie rozwinięte tętnice płucne, szczególnie lewa. Zresztą wyniki gazometrii super jak to określił dr Kordon. Ale jest jedno małe ale ... Aorta. Przewężenie niestety jest i co prawda się nie powiększa, ale ja rosnę, jestem coraz bardziej aktywna i konieczne będzie balonikowanie. Następna kontrola 27 czerwca. A potem pewnie cewnikowanie zamiast wakacji ...
Ostatnie dni nie należą do najprzyjemniejszych. Może wpływ na to ma pogoda, spadające ciśnienie, wyrzynające się zęby a może coś jeszcze ... W każdym razie - ja swoje wiem i kropka!

niedziela, 2 marca 2008

Order Uśmiechu

Wczoraj herr profesor został kawalerem Orderu Uśmiechu, jedynego w świecie odznaczenia nadawanego dorosłym przez dzieci, za okazywane im serce, przyjaźń, dobroć i cierpliwość.
Nie mogło mnie tam zabraknąć! O 15.30 stawiliśmy się więc z rodzicami w Teatrze Groteska. Zresztą nie tylko my! Przybyły całe tłumy rodziców z uratowanymi przez profesora dziećmi, zaproszeni goście oraz współpracownicy profesora: lekarze i pielęgniarki. Padły piękne i ważne słowa, nie jednemu zakręciła się łezka w oku ... Profesor był jak zwykle wspaniały:) I nawet nie skrzywił się podczas picia soku z cytryny:)



Uroczystość była bardzo miła, ale ja niestety byłam troszkę zmęczona, więc na momencik sobie przysnęłam ... Obudziłam się już po tzw. części oficjalnej. No i przyszedł czas na pogawędki. W końcu poznałam Tomka, jego siostry, Ciocię Edytę i Wujka Grześka:)a także wiele, wiele innych osób. Mam nadzieję, że to nie ostatnie takie spotkanie!
I oczywiście jeszcze raz składam gratulację herr profesorowi za otrzymanie tak wspaniałego wyróżnienia, na które bez dwóch zadań w pełni zasłużył!

piątek, 29 lutego 2008

Pierwszy krok!

A dokładnie trzy:) ale od początku...
Dzisiejszy dzień był straaaaaasznie zakręcony. Wstaliśmy raniutko i od razu zaczęła się jakaś nerwówka. Tata nosił torby, mama kursowała miedzy pokojem, kuchnią, łazienką a przedpokojem. A ja przyglądałam sie temu wszystkiemu. Przed 9 zostałam ubrana, dostałam lekarstwa, które zwykle dostaję przed 10 i wyruszyliśmy. Najpierw do przychodni, gdzie zostałam zaszczepiona - buuuuuuuu jak ja nie lubię tego kłucia :( potem pod szpital na Karowej - tata pobiegł po jakieś dokumenty, a ja w tym czasie dostałam II śniadanko (mniam mniam twarożek z jabłuszkami i mango), a na końcu pod taty pracę zostawić jedną rzecz. I dopiero wtedy mogliśmy wyruszyć we właściwą podróż do Krakowa - dla niewtajemniczonych: jutro jest mega ważne wydarzenie: wręczenie herr prof. Malcowi Orderu Uśmiechu!
Podróż przebiegła nam całkiem, całkiem ... Troszkę pospałam, troszkę się pobawiłam. Stanęliśmy też na obiadek i bardzo ładnie zjadłam moją zupkę.
W Krakowie byliśmy przed 15 i tata zostawił nas z mamą w "naszym krakowskim domku" a sam pojechał na ważne spotkanie. Znużona długą podrożą już po 18 zaczęłam ziewać i pokładać się na mamie. A taty nie było ... gorzej, że zabrał ze sobą wszystkie nasze rzeczy - mama wzięła tylko podstawowy zestaw ... W końcu zmęczenie wygrało - usnęłam podczas oglądania Smerfów. Tata pojawił się chwilkę później. Przebudziłam się tylko na momencik, rodzice szybko mnie wykąpali, dali lekarstwa i nakarmili i znowu zapadłam w błogi sen ...
Ale miało być o moich pierwszych krokach! Raniutko podczas wizyty w przychodni zostałam zważona - 8850 g i zmierzona - 75 cm. Ale przed profesjonalnym pomiarem przez panią pielęgniarkę, tata zaproponował, żeby mama postawiła mnie koło miarki dla takich dużych dzieci. A ja zamiast stać zrobiłam jeden kroczek w przód, a potem szybciutko jeszcze dwa :) Jestem z siebie dumna! A chwilkę później pani doktor, która mnie badała spytała czy już próbuje sama wstawać i robić pierwsze kroczki i rodzice z dumą odpowiedzieli: Hanka już zrobiła swoje pierwsze kroczki:)

środa, 27 lutego 2008

Nowa mama :)

Najwięcej czasu spędzam z mamą, w zasadzie nie rozstajemy się. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje kiedy zostałam sama z tatą. Ale mama też ma jakieś swoje sprawy i dzisiaj rano poszła coś tam sobie pozałatwiać. Wspominała też wizycie u jakiegoś fryzjera. A my siedzieliśmy sobie z tatusiem, nawet mieliśmy gościa - wujka Michała i było super. Bawiliśmy się, czytaliśmy książeczki, nawet tata dał mi II śniadanko i przewinął mnie. W końcu przed obiadem przyszła do nas jakaś pani: mówiła głosem mamy, ale nie wyglądała jak mama ... Dziwne ... I jeszcze tłumaczyła tacie, że poprosiła Leona o niewielkie skrócenie grzywki i rozjaśnienie włosów a on trochę przesadził. I że nie spodziewała się takiego efektu, ale ogólnie jest zadowolona. Starałam się być grzeczna w końcu gość to gość:)
Tata poszedł do pracy a ja zostałam z tą panią. Ale w końcu po paru godzinach intensywnego przyglądanie się jej stwierdziłam, że to jest moja mamusia tylko trochę inaczej wygląda. Ale ze mnie gapa :)

wtorek, 26 lutego 2008

Zaproszenie

Jak zapewne pamiętacie w sobotę 1 marca odbędzie się uroczyste wręczenie Orderu Uśmiechu herr profesorowi - człowiekowi, który uratował moje życie.
A oto zaproszenie na to niezwykłe wydarzenie:

Wręczenie Orderu Uśmiechu Profesorowi Malcowi

To niezwykle odznaczenie nadały Panu Profesorowi Edwardowi Malcowi dzieci z wadami serca, które dzięki Niemu mogą cieszyć się życiem.

Ratując, z ogromną pasją i wytrwałością, małe dziecięce serduszka, Profesor Malec zaskarbił sobie wdzięczność dzieci oraz ich rodzin i przyjaciół. Niewielu jest bowiem lekarzy, którzy z takim oddaniem poświęcają się swojej pracy.

Niejednokrotnie mogliśmy przekonać się z jak ogromną determinacją Pan Profesor walczy o wszystkie maleńkie serduszka, którym bardzo często nikt inny nie umiał pomóc. A kiedy, mimo ogromnych wysiłków, niektóre z nich odchodzą, to pozwala odejść im godnie, pomagając jednocześnie ich rodzicom w tych najtrudniejszych chwilach.

Znakomity amerykański kardiochirurg, profesor William Norwood, określił Pana Profesora Malca mianem "polskiego dobra narodowego". A my - rodzice, podpisujemy się pod tymi słowami i jesteśmy dumni, że możemy szczycić się lekarzem tak wielkiego formatu.

Za daną nam radość i nadzieję, za okazane serce i bezinteresowność, za walkę o każde dziecko z wadą serca, za wytrwałe pokonywanie trudności - DZIĘKUJEMY!

GRATULUJEMY Panu Profesorowi Edwardowi Malcowi wejścia do zaszczytnego grona Kawalerów Orderu Uśmiechu!

Rodzice

źródło: www.sercedziecka.org.pl



No i zabawa dla spostrzegawczych: gdzie jest Hanka :)

niedziela, 24 lutego 2008

Ale za to niedziela

Powoli nasze życie nabiera pewnej rutyny. Około 6-6.30 (czasami wcześniej ... dla mamy niestety:) przebudzam się na I śniadanko: buteleczkę mleczka, którą opróżniam w oka mgnieniu i szybko zasypiam. Budzę się z uśmiechem na twarzy przed 8, ale jestem grzeczniutka i bawię się w łóżeczku, tak że czasami nawet rodzice nie wiedzą, że już nie śpię. Ale w końcu nieśmiało przypominam o swoim istnieniu i mama bierze mnie do łóżka rodziców. To czas porannych przytulanek i całusków! Przed 9 wstajemy i idziemy się myć - głównie ja obserwuję poranną toaletę mamy. Koło 10 jest II śniadanko, a po nim czas zabawy. Po 13 jem obiadek i spacerek. Na nim najczęściej zasypiam, ale budzę się nie w wózku, ale w swoim łóżeczku ... hmm ... ciekawe jak wygląda teleportacja:) Po 16 jem podwieczorek i znowu zabawa. 19 to czas na "Fakty", a po nich kąpiel, kolacja i znowu do łóżeczka. I tak wygląda mój dzień powszedni. Ale weekendy to czas oderwania się od szarej rzeczywistości no i w końcu tata ma więcej czasu dla mnie:) I trochę mój codzienny rytuał ulega modyfikacjom. Dzisiaj na spacerek nie poszłam jak zwykle do parku tylko do restauracji z naszymi przemiłymi gośćmi Ciocią Kasią i Wujkiem Tomkiem. A w restauracji kolejna niespodzianka! Ciocia Asia i Wujek Karol! Więc biesiadowaliśmy sobie miło w siódemkę:)



Dostałam nawet swoje krzesełko!



Po pysznym obiadku - spacerek, na którym obowiązkowo zasnęłam:) A ponieważ pogoda była dzisiaj wprost wymarzona rodzice postanowili mimo wszystko zgłębić tajemnice praskich podwórek i tak sobie chodziliśmy, chodziliśmy i nie obudziłam się w łóżeczku tylko w wózeczku. Każdy dzień mógłby być niedzielą!!!

Uparcie ćwiczę też narząd mowy. Moim ulubionym słówkiem jest: "ba" wypowiadane głośno.

środa, 20 lutego 2008

Mama ma chyba dość ...

widzę to po jej minie. Owszem zrobił się ze mnie mały kombinator - wszędzie mnie pełno i pałętam się pod nogami. A do tego to moje spanie.... Do tej pory po kąpieli, rytuałach pielęgnacyjnych - balsamowanie itp., kolacji i myciu ząbków grzecznie chodziłam spać. Zawsze o 20 byłam już w łóżeczku. Czasami usypiałam od razu, a czasami musiałam sobie przed snem posłuchać muzyczki i popatrzeć na kręcącą się karuzelę. Niekiedy rodzice włączali inhalator, bo wbrew pozorom ultradźwięki jakie wydawał działały na mnie usypiająco:) Ale nie teraz! Od dwóch dni owszem o 20 jestem już w łóżeczku, ale ... przewalam się w nim z boku na bok, wspinam przy poręczach, wyjmuje z buzi smoka i go wyrzucam (no akurat z tego powodu mama jest zadowolona). Nic nie pomaga - ani karuzela, ani inhalator. Wczoraj mama wyjęła mnie w końcu z łóżeczka i trzymając na rękach zaczęła śpiewać kołysanki. A ja nie byłam tym zainteresowana, bo odkryłam, że mama podobnie jak Szczeniaczek - Uczniaczek ma nosek! I jakieś dziury w nim! Warto było zbadać to dokładnie. I tak moje paluszki powędrowały do tych dziurek. A mama ... No jest kompletnie niepoważna! Dostała normalnie ataku śmiechu! Zdziwiona jej zachowaniem wylądowałam ponownie w łóżeczku. No i przez to wszystko w końcu około 21 usnęłam ...
Do tego mama nie podziela mojej miłości do muzyki. Fakt jestem trochę monotematyczna i mogłabym słuchać w nieskończoność piosenki jak to chwat pająk po rynnie się wspinał raz i dwa :) szczególnie odkąd naprawiłam Szczeniaczka i śpiewa już całe piosenki, a nie urywa po 1/3. No i sama nauczyłam się go uruchamiać i wiem, że jak się naciśnie łapkę to śpiewa. Ale nie wszystkie piosenki lubię. Więc przyciskam łapkę aż do momentu kiedy usłyszę moją ulubioną melodię :)
Co jeszcze ... Lubię bawić się piłeczkami i rozrzucać je po całym domu, a mama potem musi się wczołgiwać pod kanapę i je wyciągać :)
Z nowych umiejętności: umiem pokazać gdzie mam uszko, gdzie piesek ma nosek i oczywiście całymi dniami robię papa!

sobota, 16 lutego 2008

Życie choć piękne tak krótkie jest ...

i dlatego nie warto tracić go na sen!!! Rodzice nie mogą wyjść ze zdziwienia, że taki mały Szkrab jak ja wcale nie chce spać w dzień. Do niedawna ucinałam sobie w ciągu dnia dwie drzemki: pierwszą po 11 króciutką - około półgodzinną, drugą po 16 dłuższą - prawie godziną. A od kilku dni ciężko mnie zagonić do łóżeczka. Wczoraj zasnęłam na spacerze, a dzisiaj po niezłej gimnastyce ze strony mamy ... Jednak rodzice mają rację - muszę spać w dzień, choćby raz, bo inaczej będę bardzo marudna wieczorkiem. Jak to wyczytaliśmy w jednej mądrej książce: "Jedna drzemka dziennie to z pewnością za mało dla wykończonych rodziców, jednak dziecku w zupełności wystarczy" :)
A co robię kiedy nie śpię? Oczywiście niestrudzenie raczkuję i próbuję pomału wstawać. Na razie trochę niezaradnie podnoszę dupkę do góry



albo jeżdżę z tatą moim autem



A to mała próbka tego jak żartowałam sobie z mamy, kiedy ta próbowała mnie przekonać do drzemki



ale w końcu poddałam się. Mama przecież wie co jest dla mnie dobre i ma racje, że po tak forsownych ćwiczeniach: raczkowanie, siadanie z pozycji leżącej i to na brzuszku!, wspinanie się przy meblach i w łóżeczku muszę odpoczywać także w czasie dnia!

środa, 13 lutego 2008

Szara rzeczywistość

Dawno nie pisałam, bo i nie ma co pisać ... Tata strasznie zalatany - praca, fundacja i cała reszta. Mama choć pozornie ma więcej czasu, nawet nie ma kiedy w ciągu dnia usiąść do komputera, bo ja jej nie pozwalam :) Nie lubię zostawać sama, a jeżeli nawet zajmę się czymś na chwilkę i siedzę cicho to wiadomo, że coś właśnie broję. Na przykład gryzę sznur od odkurzacza



albo bawię się drewnianą łyżką

.

Mama mówi, że taki ze mnie Profesor Ciekawski: tu spojrzy, tam zajrzy i wszystkim się zachwyca; powącha autobus, pogłaszcze stare drzewo, zbuduje słoniowóz, a potem zważy echo. A propos echa to jedziemy na nie do Krakowa 5 marca, a wcześniej 1 marca będziemy na wręczeniu herr profesorowi Orderu Uśmiechu w teatrze Groteska. Hmm nazwa jak najbardziej adekwatna do sytuacji w jakiej znalazło się - po tym jak profesor został zmuszony do wyjazdu z Polski - wiele ciężko chorych "sercowych" dzieciaczków ...

niedziela, 10 lutego 2008

Wielkie wędrówki małej Hani

Czas skończyć ze stagnacją! Siedzenie bądź leżenie w jednym miejscu jest po prostu nudne! Dywan choć piękny jest za mały! Lepiej sobie pooglądać wszystkie kąty w mieszkaniu - przemieścić się na czworakach do kuchni, zajrzeć co czai się w przedpokoju, ba nawet zobaczyć co robią rodzice z moim łóżeczkiem. A co robią? Tata dzisiejsze przedpołudnie spędził na obniżaniu mojego pięknego posłania. Rodzice zgodnie stwierdzili, że po mnie można się już wszystkiego spodziewać, więc czas najwyższy zachować względy bezpieczeństwa. A ponieważ umiem już siadać to pewnie lada moment stanę, a wtedy o tragedię nie trudno, tym bardziej, że próbuję się już wspinać przy regale albo nodze mamy. No i tatuś choć jego umiejętności manualne są równe zeru pocił się, stękał, aż sie zasapał, ale brawo! Udało mu się! Moje łóżeczko jest bliżej podłogi!
A ja niestrudzenie wędruję dalej. Trochę w wózku - byliśmy z rodzicami na spacerku


i w restauracji, jadłam przepyszny ryż i banana, ale głównie raczkuję. Raz jestem na dywanie, raz pod stolikiem, aby za moment znaleźć się przy telewizorze. A to dopiero ćwiczenia przed najważniejszym - chodzeniem!

czwartek, 7 lutego 2008

(*) (*) (*)


Śmierć

Ach, nie płacz, nie płacz,
to jest takie nic, smutne ucichanie,
a właściwie to jest cisza pierwsza i jedyna...
usychające kwiaty nad mdlącym posłaniem...
i właściwie nic...
i pusta głębia...
nocą cichy las bezczuciowych istnień,
wyblakłe jaźnie trwające bezdrganiem.
A właściwie to jest tylko wielkie zakończenie
nieskończonym snów...
nieznane cierpienie...
Ach, nie płacz, nie płacz...
Już cię nie rozumiem...

Krzysztof Kamil Baczyński



Ciociu Aniu będziesz zawsze dla mnie wzorem - wiem, że warto żyć gdy ma się dla KOGO! Bez względu na cierpienie, które towarzyszy tej walce - walce o życie !!!

środa, 6 lutego 2008

Nowa zabawka :)

Wczoraj rodzice sprawili mi nową zabawkę. Co prawda tylko na 24 godziny, ale zawsze. Nie jest to ani telefon komórkowy, ani pilot, chociaż jest bardzo do nich podobna. Moja nowa zabawka nazywa się holter. Jego założenie zasugerowała doc. Dangel tak na wszelki wypadek, wiadomo strzeżonego Pan Bóg strzeże :)
O 16 stawiliśmy się w przychodni Medservice . Miła pani pielęgniarka przykleiła mi do klatki piersiowej mnóstwo czujników, z których odchodziły kabelki, a ja wcale sie nie bałam i byłam bardzo grzeczna. Poinstruowała też mamę, że ma zapisywać kiedy jadłam, brałam leki, spałam i byłam niegrzeczna :) Ale chyba zupełnie niepotrzebnie, bo ja tak się tym wszystkim przejęłam, że od wczoraj jestem istnym aniołkiem! Tylko troszkę mnie ciekawi co to za kabelki wychodzą mi ze spodenek!
Holter wyłączy się automatycznie po 24 godzinach i tatuś pojedzie go oddać. Zapewne w czwartek jego zapis obejrzy lekarz i zrobi opis badania. Miejmy nadzieję, że wszystko będzie ok.

poniedziałek, 4 lutego 2008

Usiadłam :)


W ciągu ostatniego tygodnia poczyniłam ogromne postępy jeżeli chodzi o moja motorykę. Być może za sprawą latających dywanów, które raz po raz odwiedzały nasz dom - jeden nawet pozostanie z nami już na stałe - może wyczerpały sie mu baterie i dlatego leży a nie lata? A na poważnie: rodzice wcześniej niechętnie sadzali mnie na podłodze, bo wiadomo: zimno, twardo. Z kolei nawet na dużym łóżku rodziców miałam za mało miejsca, żeby pokazać w pełni na co mnie stać. Ale odkąd na podłodze leży piękny dywan mogę sobie na nim robić różne figle. I wygłupiam się strasznie, wiercę w tą i z powrotem, kręcę w tył i przód. A położona już nie leżę jak kłoda tylko SAMA siadam!
Mama ma teraz nie lada problem, żeby zmienić mi pieluszkę albo założyć rajstopki, bo od razu z pozycji leżącej przechodzę do siadu. No a tata musi koniecznie obniżyć mi łóżeczko, bo inaczej złapię w końcu za karuzelę albo kabel od inhalatora.
A oprócz siadania próbuje sama wstać. Łapię się za regał albo coś innego np. nogę mamy i ciągnę dupkę do góry. Niestety nie wiem jak to sie dzieje, że jednak zawsze ląduje znowu na ziemi. Hmmm muszę nad tym jeszcze popracować.

niedziela, 3 lutego 2008

Drugie urodziny Mai



Rodzice chociaż ostatnio strasznie zajęci nie mogli nie znaleźć czasu, aby złożyć życzenia urodzinowe Mai, no a szczególnie mama, bo jest jej matką chrzestną, a to przecież do czegoś zobowiązuje :)
Najpierw jednak pojechaliśmy oczywiście po jakiś superowski prezent. Szukaliśmy i szukaliśmy i jakoś żadne zabawki nas nie rzuciły nas na kolana, więc zdecydowaliśmy się na ciuszki - wiadomo każda kobita lubi fatałaszki :) A do pięknego kompleciku kupiliśmy Brutusa bis - szczekającego pieska.
No i pojechaliśmy świętować! Maja tak się ucieszyła na mój widok, że w ogóle zapomniała o prezentach. Uśmiechała sie do mnie, dawała mi buzi - była słodka! Przyszli też inni goście - Miłka z mamusią i tatusiem i tak we trzy dokazywałyśmy. Ja chyba najmniej, bo jako jedyna nie umiem jeszcze chodzić. Ale w przyszłym roku poszaleje z dziewczynami, że hej! Tak mi się podobało, że wcale nie chciałam zrobić sobie popołudniowej drzemki, a mimo to spać poszłam jak zwykle o 20. Mama powiedziała, ze pobiłam rekord świata - 9 miesięczne dziecko, które w dzień spało raptem 20 minut!
Był też oczywiście tort i Maja musiała zdmuchnąć świeczkę z cyferką dwa :)
Kiedy po dniu pełnych wrażeń w końcu poszłyśmy z Majką spać rodzice w końcu odsapnęli i mogli zająć się konwersacją :)