środa, 29 lipca 2009

...

Oj dawno mnie tu nie było, dawno... I to nawet nie przez moje wrodzone:) - oprócz wady serca hi hi - lenistwo. Po prostu staramy się jak najlepiej i najciekawiej wykorzystać czas do operacji. Tak, tak ten wielki moment zbliża się dużymi krokami... Brr
A co u nas? 5 czerwca byliśmy na kontroli u dr Kordona w Krakowie. Doktor jak zwykle miły, uroczy i zapracowany. Ale wieści odnośnie mojego stanu zdrowia jak najbardziej pozytywne: waga 12,5 kg, wzrost 92 cm, saturacja 87-88%, tętno... hmm koło 100 - 110; chyba, nie pamiętam... Funkcja ok, tętnice bardzo ładne, aorta nieprzewężona!? - szok chyba sama się przepchała, wyniki gazometrii i morfologii super. Niedomykalność zastawki trójdzielnej niestety jest nadal, ale doktor twierdzi, że podczas III etapu jest to jak najbardziej do poprawy. Dostaliśmy zielone światło i błogosławieństwo do wykonania ostatniej operacji. Oczywiście decydujące będzie cewnikowanie, ale nic nie wskazuje na to, żeby coś stanęło nam na przeszkodzie.
Pokrzepieni dobrymi wiadomościami postanowiliśmy wykorzystać pozostały nam czas i korzystać z życia:) Często chodzimy na spacerki, do zoo, odwiedzamy znajomych i wojażujemy. Byłam już na wakacjach nad morzem we Władysławowie; niestety mama mi się tam rozchorowała i musiałyśmy wcześniej wracać... A teraz w planach mamy kolejną podróż i już nie możemy się doczekać wyjazdu!!!
A ja rosnę, rosnę i ... rosnę! Mama kupuje mi już ubranka na 104 albo nawet 110! Podobno mam super dłuuugie nóżki! to chyba dobrze, co:) Lubię śpiewać piosenki, bo znam już ich kilka. Moim numerem popisowym jest: "Sto lat", "Ogólek zielony ma gnitulek:)" i "Zuzia". Znam też wierszyk o "kipi kasia, kipi goch".
A poniżej kilka moich aktualnych fotek!













wtorek, 19 maja 2009

Bilans dwulatka i szczepienia

Ponieważ już ponad trzy tygodnie temu skończyłam dwa latka przyszła pora na wyprawę do przychodni na tzw. "bilans dwulatka". Mama trochę się obawiała czy będę grzeczna i ... tym razem miło się rozczarowała! Najpierw odbyło się ważenie: równiutko 12 kg - 50 centyl, mierzenie: już 90 cm! - 75 centyl i badanie przez panią doktor podczas którego byłam bardzo grzeczna. Troszkę gorzej było z zaglądaniem do gardła, bo co prawda otworzyłam je tak jak mnie poprosiła mama, ale niestety nie na tyle szeroko, żeby pani doktor mogła wszystko dokładnie zobaczyć. Ale i tym razem obyło się bez płaczu. Podsumowując: zeza nie mam:), słyszę dobrze, zarówno mój rozwój fizyczny jak i psychoruchowy jest jak najbardziej prawidłowy, chodzę bardzo ładnie i mam wszystkie 20 zdrowych, równych, białych ząbków!
A potem nadeszła "wiekopomna chwiła"... Szczepienia! Jedno obowiązkowe, które mogłyśmy zrobić już wcześniej, ale i pani doktor i pielęgniarkom, a także mamie jakoś ono umknęło..., a drugie nadobowiązkowe przeciwko meningokokom. Więc w jedną rączkę zostałam zaszczepiona Infanrixem, a w drugą NeiVac-C. Nie ma co owijać w bawełnę troszkę sobie przy tym popłakałam... Ale i tak zniosłam to dzielnie, bo jestem dużą, mądrą dziewczynką, która dobrze rozumie, że tak trzeba i już! Zresztą nie miałam o to do nikogo pretensji i na pożegnanie uśmiechnięta - co prawda jeszcze przez łzy - od ucha do ucha ładnie pomachałam pani pielęgniarce i pani doktor.
A teraz niecierpliwie odliczamy dni do wizyty w Krakowie.

środa, 13 maja 2009

Dobre wychowanie:)

Generalnie staram się być grzeczną dziewczynką, ale wiadomo dziecko to dziecko... Czasami jestem i małym łobuziakiem:) Np. dzisiaj. Przysięgam Wam przez przypadek, broń Boże nie specjalnie, włożyłam mamie paluszka do oka. Mamę chyba trochę bolało, bo złapała się od razu za to oko i zaczęła płakać:( A ja zarzuciłam jej rączki na szyję, pocałowałam w policzek i powiedziałam: "dziekuje mamo!!!". W tym momencie mama zaczęła się śmiać. No nie, zupełnie nie mogę zrozumieć jej zachowania... Człowiek stara się być miły i naprawić swój błąd, a tu się z niego śmieją... Ech...

wtorek, 12 maja 2009

Moje drugie urodziny !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

I stało się! Skończyłam dwa lata! Kiedy to minęło... Ach ten czas tak leci i leci... Oczywiście nie mogło się obyć bez hiper, ekstra, super imprezki!!! A koniec kwietnia sprzyja rozpoczęciu tzw. sezonu grillowego więc połączyliśmy jedno i drugie. Nie obyło się oczywiście bez pysznego tortu - ukłony w stronę cioci Agaty:)
A sama impreza!!! Oj działo się działo!!! Przez ten rok wszystkie dzieciaki urosły jak na drożdżach i dokazywały na całego!!! Tylko mała Pola i Tosia, które jeszcze rok temu były u swoich mam w brzuszkach jeździły wózkami, a cała reszta dzieciarni na własnych nóżkach biegała w tą i z powrotem!
W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować wszystkim miłym gościom za liczne przybycie na świętowanie mojego jubileuszu i oczywiście za moc przepięknych prezentów:)
Mam nadzieję, że w przyszłym roku pogoda będzie równie łaskawa i też sobie po świętujemy:)
Poniżej kilka fotek:





















A ja i tak chciałabym być starsza. Miałabym już z głowy trzecią operacje i w ogóle nie byłabym małym dzieckiem. Może dlatego zapytana: "ile masz lat?" odpowiadam: "sieść!!!"

piątek, 24 kwietnia 2009

Ferie u Dziadków

Po "próbie generalnej" czyli mini feriach u Dziadków przyszedł czas na prawdziwe wyzwanie: ponad tydzień bez rodziców, którzy znowu wymyślili wyjazd w góry. Mnie oczywiście nie chcieli zabrać, bo po pierwsze to bardzo daleko (ponad 14 godzin jazdy samochodem), a po drugie - już wszem i wobec wiadomo, że mają mega bzika na punkcie tego swojego snowboardu - ze mną by sobie nie pojeździli:)
Tym sposobem "wylądowałam" w Białobrzegach, gdzie pierwsze dwa dni spędziłam ze wszystkimi Dziadkami, a kolejne z Babcią Jolą i Dziadkiem Krzyśkiem, bo Babcia Ula i Dziadek Paweł pojechali w tym czasie do spa:) do Buska Zdroju. Muszę się Wam pochwalić, że byłam bardzo grzeczna. Nie płakałam wcale za rodzicami, którzy regularnie do mnie dzwonili, ładnie jadłam, brałam grzecznie leki i bawiłam się z Dziadkami. Niestety pogoda była pod przysłowiowym psem, więc spacerki ograniczyliśmy tylko do wychodzenia na podwórko i karmienia Frycka.
A rodzice w tym czasie szaleli na stokach przepięknej Val Gardeny! Tata będzie zły na ten wpis: mama przejechała więcej kilometrów od niego! Brawo!!!
Wypoczęci i opaleni, a przede wszystkim stęsknieni wrócili w końcu do swojej ukochanej córeczki, która niestety w międzyczasie dostała jakiegoś paskudnego kataru. Dzięki Bogu jak szybko się pojawił, tak szybko tez zniknął!
A rodzicom już chodzi po głowie kolejny wyjazd! Naprawdę maja hopla!!!







Cisza jak makiem zasiał

Chodzi oczywiście o ciszę na moim blogu. I nie jest to broń Boże moja wina. Bardzo bym chciała opowiadać Wam o moich przygodach, ale obsługa komputera jeszcze trochę mnie przerasta:) A mama ma lenia; wersja oficjalna: nie ma czasu... Tra ta ta ta! Jakoś nie chce mi się wierzyć. Tata natomiast jakoś się nie kwapi, żeby poblogować.
A co u mnie? Odpukać w niemalowane wszystko ok! Rosnę jak na drożdżach, mam już wszystkie 20 zębów, biegam z szybkością błyskawicy, troszkę się przy tym niestety męczę, gadam jak najęta, uwielbiam tańczyć (szczególnie w rytm "Kiedy powiem sobie dość" i "Kolegów") oraz rysować po czym tylko się da: bloku do malowania, stole, szafkach i ścianach:)
Obiecuje poprawę i częstsze wpisy; muszę tylko cholercia jakoś zmobilizować mamę:)

czwartek, 12 marca 2009

Siiiiiiii

Wczoraj po raz pierwszy zrobiłam siku do nocniczka:) Nie jest to co prawda jakiś przełom, ale na pewno WIELKI krok do pozbycia się pieluszki!!!
Po obiedzie mama zawsze kładzie mnie do łóżeczka na popołudniową drzemkę. Nie inaczej było i wczoraj. Gdy tylko się obudziłam mama zarządziła zmianę pieluszki, a tu niespodzianka: pieluszka była sucha, mimo, że do obiadu wypiłam ze dwa kubki wody. Rajstopki i pieluszkę miałam już zdjętą więc posadziła mnie na nocniczek. I nawet nie wiem jak i kiedy zrobiłam siku! Trochę byłam tym oszołomiona! I zupełnie nie rozumiem jak to się stało. Mama coś tam mi tłumaczyła i pokazywała, ale po mojej minie wywnioskowała, że jestem tak zaskoczona tym całym wydarzeniem, że kompletnie nic do mnie nie dociera.
Na razie będziemy się przyzwyczajać i od czasu do czasu "sadzać" na nocniczku. A gdy tylko zrobi się odrobinę cieplej rozpoczniemy wielką akcję pt. "Żegnaj pieluszko!".

środa, 11 marca 2009

Artysta Malarz:)

Komentarz jest tu jak najbardziej zbędny:) Patrzcie i podziwiajcie!!!


A jak nie było już miejsca na kartce to musiałam sobie jakoś poradzić:)


Zdolna jestem, prawda:)

piątek, 6 marca 2009

Gadu gadu:)

Mama i tata to były pierwsze słowa, które padły z moich słodkich:) ust. Poza oczywiście "miam miam":) i "ba" - pojęciem niezwykle pojemnym obejmującym swym znaczeniem i psa i telewizor i laptopa. Trudno wymienić tu cały zasób słów, którymi się obecnie posługuje, tym bardziej, że dosłownie z dnia na dzień jest ich coraz więcej.
Przytoczę - ku potomności! - te najważniejsze:
Ja mam na imię "Hania",
mama to "Mańta",
tata - "Ksiś",
piesek - "hau hau" ,
Świnka Pepa - "Papa",
Kubuś Puchatek to "Bubu", podobnie jak i Wujek Kuba:),
wypowiadać prawidłowo imiona Ada i Ania nauczyłam się szybko, bo to łatwizna:)
ciocia Beata to Ciota Bata,
Zuzia - "Dziudzia",
Maja - "Maaaaj,",
kiedy ktoś jest mi niezwykle potrzebny wołam głośno: "chodź!" i pokazuje paluszkiem "tam" albo "tu",
umiem też liczyć tyle, że wszystko zaczyna się od "sieść" i na "sieść" kończy:),
o wodę proszę mówiąc: "piii", a próby nocnikowania - na razie w rajstopkach i pieluszce:) - komunikuje wołając na cały głos: "siiii!!!",
dziecko to - ku rozpaczy mamy, która nienawidzi tego określenia:( - "dzidzia",
oczywiście "pan", "pani", jest dalej w użyciu, podobnie jak "papa", do którego dołączyło ostatnio "cieść",
śnieg to oczywiście "sień" tyle, że go już "nie ma" .
Tak z grubsza to chyba byłyby te najważniejsze i najczęściej używane przeze mnie słówka.
Mama z niepokojem czeka teraz kiedy zacznę pyskować! A może nigdy:)

piątek, 27 lutego 2009

I mamy kolejne piątki!

Bogate życie towarzyskie jakie ostatnio prowadzi moja rodzina: moje ferie u Dziadków, wyprawa rodziców do Krynicy, zaprzątały nam wszystkim głowy. Z tego powodu jakoś nie zauważyliśmy, że mam już nie 17, ale 19 zębów! W tak zwanym międzyczasie w mojej buźce pojawiły się dwa nowe ząbki: górna i dolna piątka! Do pełni szczęścia brakuje mi już tylko jednego zęba! A potem będziemy mieć spokój na jakieś cztery lata, bo dentystę zamierzam odwiedzać tylko profilaktycznie!!!

Mini ferie u Dziadków

Bardzo lubię prowadzić bogate życie towarzyskie. Strasznie się cieszę gdy odwiedzają nas jacyś goście, a ja również chętnie odwiedzam innych. Moim dodatkowym atutem jest fakt, że mimo, iż z mamą jestem prawie 24 godziny na dobę, to wcale nie jestem uczepiona jak rzep jej spódnicy. Potrafię jakoś pogodzić się z jej nieobecnością, bo dobrze wiem, że mnie kocha i na pewno niedługo do mnie wróci.
Pewnie już się zorientowaliście, że moi "starzy" mają hopla na punkcie snowboardu. Na początku to była pasja taty, ale i mama złapała bakcyla, ba można powiedzieć, że go nawet przejęła:) i teraz to ja sama nie wiem które z nich ma większego bzika:) W tym sezonie rodzice jeździli już na snowboardzie, ale z przyczyn "technicznych" - byłam z nimi:) - wrócili z tej wyprawy ze strasznym niedosytem, szczególnie mama, której z powodu obfitych opadów śniegu wypadł jeden dzień jazdy. Ale zima przecież trwa w najlepsze! Rodzice postanowili więc wysłać mnie na "ferie" do Babci Joli i Dziadka Krzyśka, a sami pojechali na trzy dni do Krynicy poszaleć na stokach Jaworzyny. Kiedy oni szaleli na snowboardach ja spędzałam miło czas w Radomiu. Chodziłam z Dziadkami na spacery, czytałam książeczki, oglądałam bajki i miałam mnóstwo gości: Wujka Bubu (Kubę), Olę, Ciocie: Asię, Krysię, Magdę, Danusię i Wujka Krzyśka, którzy koniecznie chcieli mnie poznać:) Starałam się być grzeczna i nie dokuczać Dziadkom. I nawet za bardzo nie tęskniłam za rodzicami, którzy zresztą non stop dzwonili i pytali się co u mnie słychać:) Chyba to oni straaasznie za mną tęsknili!
Te trzy dni minęły w oka mgnieniu i już nie mogę doczekać się kiedy znowu przyjadę do Dziadków na "ferie":)

Niania

Ten post wbrew pozorom wcale nie będzie o mnie:) Wcześniej Wam o tym nie wspominałam, bo trochę bałam się zapeszyć, ale minęło już tyle czasu, że teraz nie może już być jakiś wpadek:)
Kto jest szczęśliwym posiadaczem rodziny, a szczególnie małego dziecka zapewne bardzo dobrze wie jak kosmicznym problemem mogą stać się nawet wbrew pozorom proste czynności takie jak np. wizyta w sklepie, urzędzie itp. Przy małym dziecku nic nie można zaplanować, a nawet jeśli uda już się wybrać z domu to zaraz przytrafia się 1000 niespodziewanych rzeczy. Tata stara się jak najwięcej czasu poświęcać mojej skromnej osobie, ale wiadomo praca, praca, praca cały czas ta praca, ale co tam mus to mus, szczególnie przy obecnym kursie euro:( A dziadkowie niestety daleko... Rodzice postanowili więc znaleźć odpowiedzialną osobę do opieki nade mną przynajmniej na kilka godzin w tygodniu tak, aby mama miała przynajmniej chwilę tylko dla siebie.
Od jakiegoś miesiąca dwa razy w tygodniu popołudniami odwiedza mnie Ania. Od początku przypadła mi do gustu, a ja jej chyba też:) Razem bawimy się, oglądamy Sionia, jemy kolację, nawet czasami Ania mnie kąpie i przebiera w piżamkę. Z niecierpliwością oczekuje jej kolejnych wizyt i pół dnia potrafię pytać się mamę kiedy przyjdzie Ania.
W związku z tym, że Ania jest moją nianią musiałam się nauczyć prawidłowo wymawiać moje imię i teraz na pytanie: "Dziewczynko jak masz na imię?" odpowiadam głośno: "HANIA!!!!"

wtorek, 10 lutego 2009

Kakao i herbatka

Nie sztuką jest pić samemu napoje z kubeczka. Sztuką jest je samemu przygotować! Umiem już wlewać wodę z butelki - ale małej, półtoralitrowa jest jeszcze za ciężka:) - do szklanki, ale w końcu nadszedł czas na poważniejsze rzeczy. Gotowanie "na niby" dla łały (lali) czy sionia (słonia) już mnie troszkę znudziło...
Dzisiaj rano po cichutku, żeby nie przeszkadzać mamie, która akurat zajęta była "robieniem się na bóstwo" hihihi w łazience, postanowiłam sama zrobić sobie kakao. Przecież to nic trudnego, już tyle razy widziałam jak je przygotowują rodzice. Najpierw wyjęłam z szuflady kakao, które niestety zaraz wysypało się na podłogę! Pamiętałam, że musi być jeszcze mleczko więc i je wyjęłam. Ono z kolei za nic nie chciało wylecieć z opakowania:( Jako jego substytutu użyłam więc kaszki. Nie mogłam znaleźć szklaneczek, bo mama je strasznie wysoko chowa, no i wody też nie było. Trochę się tym zmartwiłam, no bo jak miałam zrobić to kakao. Zrezygnowana postanowiłam więc posprzątać ten cały bałagan. W ruch poszła szczotka i szufelka.
Jednak nie do końca dałam za wygraną! Nie udało się zrobić kakao to może przynajmniej herbatki się napiję! Jak pomyślałam tak zrobiłam! Ponieważ nie mogłam się zdecydować, która najbardziej mi smakuje wyjęłam z szuflady herbatę z dzikiej róży, zieloną oraz z pasiflory. I poukładałam ją ładnie na stoliku. W tym momencie do pokoju weszła mama... Ale miała minę:) Potem było przebieranie, sprzątanie i pogadanka wychowawcza wiecie takie ble ble ble:)






I muszę Was przestrzec: kakao "na sucho" wcale nie jest smaczne...

Trzecie urodziny Mai

Jestem osobą bardzo towarzyską i z tego względu bardzo lubię spotykać się ze znajomymi, chodzić na rauty, przyjęcia itd. A w sobotę była ku temu nie lada okazja, bo moja kochana Maja obchodziła trzecie urodziny!!! Oczywiście nie mogło mnie zabraknąć i razem z rodzicami pojechaliśmy złożyć jej najserdeczniejsze życzenia i oczywiście skosztować przepysznego tortu:) Z kwiatami i prezentem w dłoniach obściskałam przepiękną solenizantkę, a potem bawiłyśmy się do upadłego - dosłowne i w przenośni!
Zresztą zobaczcie sami:




A mojej kochanej Majeczce jeszcze raz życzę: STO LAT!!!

sobota, 7 lutego 2009

I po chorobie :)

Tak naprawdę to prawie po! W środę po południu udałam się z mamą do przychodni gdzie pani doktor dokładnie mnie osłuchała i zbadała, a ja - o dziwo?! - byłam pierwszy raz grzeczna i nawet nie płakałam! Płuca i oskrzela czyste, gardło lekko jeszcze zaczerwienione, uszy ok. A mój wstrętny kaszel pani doktor określiła jako bardzo ładny. W związku z tym kazała nam odstawić wszystkie leki, a tylko antybiotyk "dobrać" do końca - na mamine oko wygląda, że koniec będzie dziś wieczorem! Hurra!!!
Mam jeszcze całą masę glutów w nosie, no i ten kaszel czasami się przyplącze, ale ogólnie mam bardzo dobry humor i dokazuje na całego:) Na razie wyjścia na dwór mamy ograniczyć do wypraw do pobliskiego sklepu po przysłowiowe bułki, ale w przyszłym tygodniu - jeśli pogoda pozwoli - może wybierzemy się nawet do ZOO!
Wszelkim choróbskom mówimy głośno i zdecydowanie: NIE !!!

czwartek, 29 stycznia 2009

O choroba!

No niestety... dopadło mnie przebrzydłe choróbsko... I to w zasadzie z niczego. Już we wtorek po południu byłam jakaś ospała, ale innych dolegliwości rodzice nie zauważyli. Wczorajszy dzień też miałam nie najlepszy, do tego doszedł katar, brak apetytu i kaszel. Wieczorem mama zmierzyła mi temperaturę i niby nic wielkiego - 37 stopni. Całą noc strasznie marudziłam i kręciłam się w łóżeczku. Rano byłam już gorąca jak piec - temperatura 38,5, kaszel jak u gruźlika i zupełny brak apetytu - nawet nie chciałam spojrzeć na mleczko. Szybki telefon do przychodni i umawianie wizyty. Mimo, że panuje epidemia grypy udało nam się i już o 9 byłam u lekarza. Nie muszę dodawać, że średnio zadowolona wchodziłam do gabinetu, a podczas badania dałam niezły popis:) Dzięki Bogu płuca i oskrzela czyste, za to gardło buraczkowe i prawdopodobnie obrzęknięta krtań, bo strasznie chrypię. W moim przypadku decyzja mogła być tylko jedna: antybiotyk. Będę się kurować augmentinem, miejmy nadzieję, że on szybko pomoże! Wtorek, środa mam się zgłosić do kontroli i życzyłabym sobie, żeby móc wtedy powiedzieć temu choróbsku: "PA, PA"!

sobota, 24 stycznia 2009

Komu skrzydła, komu rogi

"Ruszył wielki plebiscyt! Już po raz 16. Czytelnicy zdecydują, kto zasłużył na Skrzydła, a komu należą się Rogi. Razem z naszymi kolegami z "Interwencji" (Polsat) wytypowaliśmy 20 kandydatów. Dziesięciu z nich wykazało się w 2008 roku zaangażowaniem i odpowiedzialnością. Dzięki nim żyje nam się łatwiej i ciekawiej. I dlatego są nominowali do Skrzydeł. Druga dziesiątka to bohaterowie skandali, którzy w zeszłym roku przynieśli nam wstyd. Dla nich mamy Rogi. Poniżej publikujemy sylwetki kandydatów. To Wy, drodzy Czytelnicy, rozstrzygniecie nasz plebiscyt. Wystarczy, że wyślecie odpowiedniego SMS-a. Warto, tym bardziej że czekają atrakcyjne nagrody. Wyniki plebiscytu zostaną ogłoszone na uroczystej gali, która odbędzie się 19 lutego w Warszawie.

Oni mogą dostać Skrzydła:

Edward Malec (54 l.)



Jest nie tylko wybitnym kardiochirurgiem dziecięcym, ale przede wszystkim wspaniałym człowiekiem. Ratuje dzieci, które urodziły się z połówką serduszka. Do niedawna operował w krakowskim szpitalu dziecięcym. Gdy okazało się, że nie może pomóc wszystkim chorym dzieciom (jak zwykle brakowało pieniędzy), wyjechał do Monachium, gdzie kieruje tamtejszą Kliniką Kardiochirurgii Dziecięcej. Nie zapomniał jednak o małych pacjentach z Polski. Specjalnie dla nich wynegocjował ulgową stawkę za operacje. Sam nie bierze ani grosza!

GŁOSUJ! SMS o treści KS.1 pod numer 7242
"

źródło: Super Express

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Zaległości - Święta i Sylwester

Jak to się mówi: Święta, Święta i ... po Świętach. Tym razem spędzaliśmy je wyłącznie w Białobrzegach, ale w komplecie! No prawie w komplecie, bo Wujek Kuba zwiedzał właśnie Amerykę Południową! Wow! A ja nie mogłam się zdecydować czy wolę bawić się z Dziadkiem Krzyśkiem czy Pawłem a może z Babcią Jolą albo Ulą:) Święta to oczywiście prezenty! Dostałam ich całą masę: wszystkie piękne, za co serdecznie dziękuje Ci Święty Mikołaju!
Natomiast Sylwestra spędzałam u Dziadków w Radomiu. Rodzice bawili się u Rafała na 18:) czym straaaasznie zawyżyli średnią wieku:) Poniżej kilka fotek. Prawda, że byłam bardzo elegancka?





Czas na piątki

Już dawno nie wspominałam Wam o moich ząbkach. Myje je często, ostatnio głównie sama, jakoś nie mam zaufania do rodziców - mam wrażenie, że nie robią tego zbyt dokładnie. Od ponad tygodnia do kompletu jedynek, dwójek, trójek i czwórek dołączyła - na razie jedna - dolna piątka! Oj od dawna dawała mi się we znaki! Trochę marudziłam, kombinowałam z jedzeniem i bardzo często budziłam się w nocy.
Teraz czekamy na jej koleżanki, jedna jest już chyba blisko!

czwartek, 15 stycznia 2009

(*) (*) (*) Śpij Kochanie śpij ....

Dzielny Bartuś dołączył wczoraj do grona Aniołków ...
Zawsze będziesz w naszych sercach ...
A taki roześmiany pozostaniesz w naszej pamięci ...

wtorek, 30 grudnia 2008

Zaległości - Sölden

Hmmm tak dawno nie pisałam, że nawet nie wiem od czego zacząć. Pewnie powiecie, że najłatwiej od początku:)
6 grudnia z samiutkiego rana - było grubo przed 5 - zostałam obudzona przez rodziców, nakarmiona, ubrana, wsadzona do taksówki, która zawiozła nas prosto na lotnisko. Na miejscu okazało się, że lecimy ... do Monachium! Ale nie na badania, nie do kliniki. Monachium było tylko przystankiem w podróży w przepiękne austriackie Alpy! Oczywiście skorzystaliśmy z okazji i odwiedziliśmy Herr Profesora. Spotkanie było bardzo miłe, a Profesor orzekł, że jestem w świetnej formie:))) Nic dziwnego - spałaszowałam ze smakiem dwie parówki, wypiłam kubek herbatki rumiankowej i cały czas miałam boski humorek: uśmiech nie schodził z mojej twarzy! Po uroczym śniadanku czas było ruszać w drogę, cel: Sölden.
Co tu będę dużo się rozpisywać: pobyt należy zaliczyć do udanych! Pomimo, że ja jeszcze nie jeżdżę nawet na nartach to całe mnóstwo sieniu (śniegu) i czarujące towarzystwo było kwintesencją tego urlopu!
Rodzice nie pojeździli tyle co zwykle, bo musieli się zmieniać, ale i tak są chyba zadowoleni, a ja w końcu spędziłam trochę czasu tylko z Tatą!
Ale co dobre szybko się kończy ... I 13 grudnia byliśmy znowu w Warszawie.
Poniżej kilki fotek z naszej snowboardowej wyprawy. Ach ten sień, sień, sień ...












A i jeszcze jedno: Mysia oczywiście była z nami!!!

środa, 3 grudnia 2008

Mysia

W naszym domu najważniejsza jest of course NIANIA czyli ja! Rodzice oczywiście są równie ważni, ale ostatnio zaczynają przegrywać z Mysią!
Mysia to malutka myszka. Pierwsze dwie książki z jej przygodami dostałam od moich starszych kumpeli Majki i Zuzi i od razu zawładnęły moim malutkim serduszkiem! Z Mysią kładę się spać, bez Mysi nie mowy o jeździe samochodem, zabierałabym ją nawet do kąpieli, ale rodzice zdecydowanie zaprotestowali. Można powiedzieć, że ta mała myszka zmieniła moją filozofię życia, szczególnie gdy do książek dołączyła pluszowa Mysia - również prezent od dziewczyn:) Troszczę się o nią jak umiem najlepiej - śpi ze mną w moim łóżeczku, pije z mojego kubeczka, je z mojego talerzyka i robi siku do mojego nocniczka!
Nie można pominąć jej przyjaciół: Cyryla, Klary, Strusia, Słonia Edzia, Krokodyla Karola, Małego Czarnego Kotka i oczywiście kochanej Pandy! Razem tworzą świetną paczkę!
Ale jest jedno małe ale ... Mysia to postać z kreskówki, tyle, że już od bardzo dawna nie emitowanej w telewizji. Szkoda, bo chociaż TV oglądam w bardzo ograniczonych ilościach, to czasem chętnie obejrzałabym przygody Mysi. Pozostają mi więc tylko książeczki, ale i te niedługo będziemy kupować tylko w antykwariatach. A już zupełnie nie do zdobycia są ubranka dla Mysi czy Mysie - maskotki. Firma, która zajmowała się dystrybucją Mysiowych gadżetów właśnie wyprzedaje to co jej zostało ze starych zapasów. Tata więc pojechał do sklepu czym prędzej i kupił kilka nowych książeczek - mam je dostawać partiami, po jednej w miesiącu. Czyli do kwietnia mam co robić, bo kupił tylko 4:(
W każdym razie Mysia to mój największy przyjaciel, a książeczki z jej przygodami mogłabym czytać non stop!

Mały słownik Mysiowo - Hancokowy:

Mysia - Mynia Mynia (koniecznie dwa razy!)
Słoń Edzio - Sioń
Słoń Edzio na śniegu - Sioń sień:)
Panda - Paaaaaaaan
Mały Czarny Kotek - Miaaaa
Klara - Kaka
Krokodyl Karol - Kła


wtorek, 2 grudnia 2008

Nabiał

Jak pewnie wszyscy wiedzą podstawowym pożywieniem małych dzieci jest mleczko. I tak sobie je popijałam przez pierwsze miesiące mojego życia, aż w końcu przyszedł czas na rozszerzenie mojego menu. Jedne rzeczy smakowały mi bardziej inne mniej. Mama bardzo się cieszyła, że polubiłam jogurty i kaszki - dużo pyszności dla małych kości! Z potraw mlecznych nie zasmakował mi wyłącznie twarożek, ale już w towarzystwie konfitury jagodowej był pyszniutki! Zapomniałabym: za żółtym serem też nie przepadam.
Niestety wszystko zmieniło się w ostatnich dniach. Nie tknę kaszki, jogurtu, o twarożku nawet nie ma co marzyć. Zastanawiamy się wszyscy co mogło na to mieć wpływ: ten paskudny kaszel, jakieś problemy z brzuszkiem po zjedzeniu nabiału czy może wyrosłam już z niemowlęcych papek! Albo wcześniej niż moi rówieśnicy weszłam w tzw. bunt dwulatka:(
Póki co mama musi się wykazać inwencją twórczą i "przemycić" mi trochę mleczka w czymś innym niż do tej pory. W mojej diecie nastąpiły więc pewne modyfikacje. Dałam się namówić na kakao - mniam, mniam wypijam je praktycznie jednym haustem i wcale nie przeszkadza mi, że jest niesłodzone, bo samo mleczko jest wystarczająco słodkie. Naleśniki jadałam już wcześniej, teraz doszły ciasteczka z twarogu.
Jutro rano przymierzamy się do pełnoziarnistych płatków pszennych na mleczku!

piątek, 28 listopada 2008

Pranie

Maria Konopnicka „Pranie”

Pucu! pucu! chlastu! chlastu!
Nie mam rączek jedenastu,
Tylko dwie mam rączki małe,
Lecz do prania doskonałe.
Umiem w cebrzyk wody nalać,
Umiem wyprać... no... i zwalać.
Z mydła zrobię tyle piany,
Co nasz kucharz ze śmietany.
I wypłuczę, i wykręcę,
Choć mnie dobrze bolą ręce.
Umiem także i krochmalić,

Tylko nie chcę się już chwalić!
A u pani? Jakże dziatki?
Czy też brudzą swe manatki?

U mnie? Ach! To jeszcze gorzej.
Zaraz zdejmuj, co się włoży!
Ja i praczki już nie biorę,
Tylko co dzień sama piorę!
Tak to praca zawsze nowa,
Gdy kto lalek się dochowa!



Bardzo lubię pomagać mamie w porządkach domowych, tym bardziej, że święta za pasem i trzeba wszystko dokładnie wypucować. Najbardziej intrygującą czynnością jest tytułowe pranie: najpierw trzeba powybierać brudne rzeczy z kosza i włożyć je do pralki. Moja pomoc jest tutaj po prostu niezbędna!


Potem mama coś tam majstruje przy pralce: wsypuje, wlewa, naciska i ... pralka zaczyna robić wrrr wrrr! Po jakimś czasie wszystko cichnie i można wyprane rzeczy rozwiesić na suszarce. I to jest to co tygrysy lubią najbardziej! Mama przekłada mokre ciuchy do kosza, z którego je potem wyciągam i podaje, a ona je pięknie rozwiesza. Gdy tylko widzę jakieś "nowe" brudne rzeczy ciągnę mamę do łazienki i namawiam na zrobienie kolejnego prania:)
Oprócz prania bardzo lubię odkurzać, a odkurzamy często. Mama mówi, że to moja zasługa, bo - szczególnie podczas jedzenia - strasznie bałaganię. Wyciągamy odkurzacz i tak na zmianę sprzątamy. Mama to wszystko by chciała zrobić raz, dwa, a ja wolę tak pomalutku, dokładnie. Nierzadko zdarza się, że w jednym miejscu odkurzam i 10 minut!


Mama mówi, że jak jestem takim czyściochem to mogłabym posprzątać czasem sama bałagan w moich zabawkach. Ale przecież to nie jest żaden bałagan?! To przecież ARTYSTYCZNY NIEŁAD:)

poniedziałek, 24 listopada 2008

Po wizycie doktora

W sobotę po południu odwiedził mnie pan doktor. Kasłałam już strasznie, jakbym miała wypluć co najmniej żołądek! A do tego zupełny brak apetytu, właściwie poza poranną porcją mleka nie jadłam właściwie NIC.
Pan doktor mnie zbadał - nawet tak bardzo nie krzyczałam. Płuca i oskrzela czyste, natomiast gardło buraczkowe! Niestety dotychczasowa kuracja jak widać na niewiele się zdała... Trzeba było zacząć działać radykalnie! Pomimo, że nie było podstaw do podania antybiotyku, to w moim przypadku: serducho, profilaktyka infekcyjnego zapalenia wsierdzia, długo się nie zastanawialiśmy.
Moja terapia polega teraz na braniu dwa razy na dobę ospamoxu i flavamedu, który - w porównaniu do flegaminy - jest lepiej tolerowany przez wątrobę. Oczywiście odstawiliśmy też syrop pini ze względu na zawartość w jego składzie fosforanu kodeiny.
Ech... Tak to jest jak jeden "nasz" lekarz ma urlop, drugi przygotowuje się do egzaminu specjalistycznego, a mi zachciewa sie chorować... lekarze w przychodni jednak nie są godni bezgranicznego zaufania...
A ja pomału dochodzę do dawnej formy! Mam lepszy humorek, nawet te okropne leki połykam bez większego marudzenia i w końcu zaczęłam cokolwiek jeść: dzisiaj kawałek ogórka, marchewki, trochę makaronu z kurczakiem, a po poobiedniej drzemce całego banana! Oby tak dalej!

piątek, 21 listopada 2008

Kaszel c.d.

Niestety kaszel nie zniknął wręcz się nasilił:( Nie pomogły syropki i wapno, którego notabene podobno nie mogę brać, bo nie powinno go się łączyć z moimi "sercowymi" lekami.
Gorączki co prawda nie mam - oprócz jednorazowego epizodu z wtorkowego popołudnia: 37,5 - ale pojawił się niewielki katarek. No i stałam się straaasznie marudna, a o apetycie możemy zapomnieć. Nie jem praktycznie nic, nawet moje ulubione potrawy: jajecznica czy pieczona rybka mnie nie zadowalają. Dobrze, że sporo piję, głównie wodę. W zupkach jestem zainteresowana tylko ich wodnistą częścią. Nie pozwałam się niestety mamie oklepywać, za to chętnie się inhaluje tyle, że odwrócona pleckami do inhalatora:)
Rodzice postanowili jednak skonsultować się też z innym pediatrą, bo lekarzom w naszej przychodni nie do końca ufają. Jutro po południu zbada mnie "nasz" pan doktor i w końcu będziemy mieć pewność co w trawie piszczy. Trzymacie kciuki, bo mam już dość tego choróbska!

poniedziałek, 17 listopada 2008

Kaszel

Wyłączając moje serce to jestem okazem zdrowia:) nie choruje wcale, czasami mam tylko gluty w nosie. Ale jesienne przeziębienie dopadło i mnie. Od kilku dni pokasłuje, szczególnie w nocy i po przebudzeniu; w związku z tym kaszlem zastanawialiśmy się nawet czy nie przełożyć kontroli w Krakowie. Innych niepokojących objawów brak: mam super humor, apetyt mi dopisuje, gorączki i kataru brak. W piątek zbadał mnie dr Kordon i orzekł, że osłuchowo jest ok. Jednak, mimo przyjmowania flegaminy: bleeeee:( i inhalacji wstrętny kaszel nie ustępuje. Już myśleliśmy, że mamy go z głowy, bo dzisiaj w nocy ładnie spałam i wcale nie kasłałam, ale rano rozkasłałam się jak stary gruźlik:)
Nie było na co czekać i wybrałyśmy się z mamą do lekarza do przychodni. Nie muszę dodawać, że byłam średnio zadowolona, a na dodatek gabinet pani doktor sąsiaduje z gabinetem zabiegowym, a z nim mam straaaaasznie niemiłe wspomnienia związane ze szczepieniami. Dałam się nawet osłuchać, szczególnie na plecach, gorzej było z zaglądaniem do gardła. Wnioski: płuca i oskrzela czyste, gardło lekko zaczerwienione poza tym wszystko w porządku. Na razie spróbujemy wygonić ten wstrętny kaszel bez pomocy antybiotyku. Pani doktor kazała nam brać dodatkowo jeszcze jeden syrop, calcium oraz witaminkę C i siedzieć w domku. Za parę dni wszystko powinno wrócić do normy. Mam taką nadzieję, bo w sobotę wybieramy się na mega imprezę: pierwsze urodziny Marysi i MUSZĘ być zdrowa!!!

piątek, 14 listopada 2008

Echo w Krakowie

Na badanie wyruszyliśmy już wczoraj po obiedzie. Droga jak droga - samochodów pełno, ja trochę pospałam, ale więcej po marudziłam. Kto to widział tyle godzin siedzieć w jednym miejscu?! Tuż przed kolacją jakoś dotarliśmy do grodu Kraka i krakowskiego mieszkanka. Szybka kaszka, kąpiel i lulu. Musiałam przecież wypocząć, bo dzisiaj od rana czekał mnie niezły maraton. Ale z tym wypoczynkiem to tak średnio nam wyszło. Całą noc i ja i rodzice strasznie się wierciliśmy i co chwila budziliśmy. Mama miała już dość wstawania do mnie co 5 minut i koło 2 w nocy na dobre wylądowałam w łóżku rodziców. Niewiele to pomogło, ale przynajmniej nie musiała wystawiać nóg spod ciepłej kołdry:)
Efekt - niewyspani pojechaliśmy z samego rana do Prokocimia. Pod poradnią były luzy więc szybko zostałam poproszona na ekg. No nie powiem dałam czadu! W iście dantejskiej scenerii odbyło się też ważenie: 10 500 kg, mierzenie: 83 cm oraz pomiar saturacji i tętna: 84% i 112. Przy pobieraniu krwi zawsze pokazywałam na co mnie stać więc nie inaczej było też i tym razem.
UUUUFFFFFFF jakoś przebrnęliśmy przez wstępne badania i pozostało nam już tylko czekać na echo. Pod gabinetem co prawda nie było nikogo, ale niestety w gabinecie też:( W oczekiwaniu na doktora spałaszowałam pyszną drożdżówkę z serem i pół obwarzanka. Doktor pojawił się koło 11, ale w międzyczasie na badania zgłosiły się tez inne dzieci. Ponieważ maluchy mają pierwszeństwo:) przepuściłam jakiegoś niemowlaka. Potem doktor trochę zdezorganizował kolejkę, ale nie ma się czemu dziwić, trudno mu samemu nad wszystkim zapanować, a nie było pani Asi. Czekanie umiliła nam super sympatyczna pogawędka z ciocia Iwoną; tak dawno się nie widzieliśmy, że wygadaliśmy się chyba za wszystkie czasy:)
W końca nadeszła i moja kolej. Rodzice spodziewali się horroru i niewiele się pomylili. Bardzo mi się nie podobało, głośno płakałam i wierzgałam nogami na wszystkie strony. Jednak zmęczenie wzięło górę (było już grubo po 12) i z minuty na minutę moje powieki stawały się coraz cięższe i ... wtedy ktoś zaczął walić do drzwi! Ponieważ nie było pani Asi doktor musiał przerwać badanie i zobaczyć kto tam u licha tak wali. Niestety moja drzemka również została przerwana i doktor mógł zapomnieć o zbadaniu mnie w spokoju. No i pogadać też się nie dało:(
Podsumowując: nic się nie zmieniło od ostatniego echa, a na pewno nic na gorsze:) - no może oprócz mojego zachowania:( Funkcja komory dobra, niewielka do umiarkowanej niedomykalność zastawki trójdzielnej, super rozwinięta lewa tętnica płucna; prawej doktor nie zobaczył przez to moje darcie. Aorta - przewężenie jest na swoim stałym, niewielkim (dr użył nawet określenia nieistotnym) poziomie. Poza tym wszystko w porządku o czym świadczy chociażby termin następnej kontroli - dopiero 5 czerwca 2009 roku czyli za pół roku! O III etapie nie było okazji porozmawiać, zresztą doktor skwitował to jednym zdaniem: "Nie ma się co śpieszyć, Hanka super wygląda, pogadamy o tym następnym razem".
Mama będzie się teraz zabawiać w aptekarza, bo mam dostawać acesan w dawce 22,5 mg! A ja się go robi? Ano bierze się tabletkę acesanu 30 mg, tnie na połowy, jedna połowę znowu na połowy i tym sposobem wychodzi nam właściwa dawka:) Enarenal bez zmian.
Nie ukrywamy cieszymy się straaaasznie!!! Z tej radości na tzw. do widzenia zrobiłam panu doktorowi papa i przesłałam mu chyba z 1000 buziaczków! Szkoda tylko, że byłam trochę niegrzeczna i to pomimo codziennego "robienia echa" w domu łopatką do piasku:)

środa, 12 listopada 2008

Cmok, cmok

Już Wam kiedyś pisałam, że bardzo lubię się przytulać, szczególnie do rodziców. Teraz dodatkowo nic innego bym nie robiła tylko się całowała:)
Rano muszę obowiązkowo dać buziaka mamie, potem tacie, potem znowu mamie, tacie i tak do znudzenia. Oczywiście witam się również z moimi zabawkami: żabkami na parapecie w moim pokoju, szczeniaczkiem - uczniaczkiem, lalą, reniferem Rudolfem itd. Trochę tych zabawek już się nazbierało więc jak je wszystkie obcałuje na dzień dobry to mija kupa czasu.
Z "obcymi" zabawkami jakoś się nie całuje. Mama się śmieje, że to chyba ze względów higienicznych:) Również z innymi ludźmi. Może trochę sie wstydzę? Za to przesyłam im chętnie buziaki czy to na do widzenia czy tak w ogóle z sympatii.
Was tez bardzo lubię więc ten wirtualny buziak jest dla Was:)


Cmok, cmok:)

piątek, 7 listopada 2008

Pany

Jak się powiedziało "a" trzeba powiedzieć też i "b":)
Z każdym dniem mój słownik zapełnia się nowymi wyrażeniami. Tytułowe "pany" to pan bądź pani. Pokazuje ich - choć wiem, że to nieładnie - paluszkami w gazetach, ale także na spacerkach. Ostatnio mijałyśmy z mamą jakiegoś pana: stał oparty o drzewo, w rękach trzymał jakąś butelkę - przypisek mamy: tanie winko owocowe tzw. jabola - a ja wyciągnęłam rączkę i na całe gardło wykrzyczałam radośnie: "panyyyy"!!!! Rodzice śmiali się, że to był chyba największy komplement jaki ten facet w życiu usłyszał. Nie rozumiem. Przecież to z całą pewnością był pan!
Nowego znaczenia nabrało słowo "baba", bo od dzisiaj oznacza ono już nie tylko telewizor, laptopa czy babcię, ale także małą zieloną żabkę, a czego jak czego, ale żabek to u nas w domu jest pod dostatkiem!
Chęć na jedzonko wyrażam dalej za pomocą słówka: "mniam, mniam", ale kiedy karmię pieska to każe mu otwierać buzię mówiąc: "am".
"Łała" to lala, "tapty" - kapcie, "szasza" - kasza, "siesie" - coś do picia, ze wskazaniem na soczek.
A zgadnijcie jak mówię na telefon komórkowy? Tata!!!

środa, 5 listopada 2008

Striptiz:)

Dzisiaj rano obudziłam się głodna jak wilk! Wypiłam duszkiem poranną porcję mleczka i czekałam aż mama mi zmieni pieluszkę i piżamkę. Ale mama miała lenia i chciała sobie jeszcze poleżeć w łóżku. Wysłała mnie do drugiego pokoju żebym przyniosła jakąś książeczkę np. o mojej ulubionej Mysi. Miała chytry plan - ona będzie leniuchować, a ja obok grzecznie siedzieć i czytać. Ponieważ Tata wyszedł do pracy nieco wcześniej niż zwykle więc miałam pole do popisu. Owszem poszłam do drugiego pokoju, a tam zamiast wziąć książeczkę i wrócić do mamy rozebrałam się do rosołu! Zdjęłam piżamkę - rozpinanie zatrzasków jest dziecinnie proste:) i nawet udało mi się pozbyć pieluszki. Wykorzystałam ten fakt i przy okazji zrobiłam siku na podłogę! Trochę było mi chłodno więc odkręciłam na maxa kaloryfery. Po nawoływaniach mamy poszłam zobaczyć co ona do licha ode mnie chce! A mama zrobiła wieeeelkie oczy widząc mnie golusieńką jak mnie Pan Bóg stworzył. Szybko zerwała się z łóżka, założyła mi pieluszkę i ubranka.
Teraz rodzice mają przechlapane - nie mają szans na wylegiwanie się w łóżku!

środa, 29 października 2008

Uwolnić orkę według Hancoka:)

W niedzielne przedpołudnie słoneczko pięknie świeciło i wybrałam się z Tatą na spacer do Parku Praskiego. Mama miała wtedy 5 minut TYLKO dla siebie więc spokojnie mogła zrobić obiad:) Fajnie było: spacerowaliśmy parkowymi alejkami, ja goniłam wiewiórkę, Tata gonił mnie. Wiewiórka zdążyła uciec na drzewo, ja nie miałam tyle szczęścia, a może raczej siły w nóżkach:)
Ponieważ Park Praski znajduje się na wprost ZOO nie dało się przejść obojętnie obok stoisk z balonami. Tata próbował je ignorować, mi natomiast zrobiło się trochę smutno, że takie piękne baloniki są przywiązane go jakiegoś kija. Podeszłam do jednego i ... Wystarczyło krótkie szarpnięcie i balon poleciał wysoko, wysoko do góry tam gdzie zwykle latają samoloty. Chcąc nie chcąc Tata musiał za niego zapłacić. Ale i tak opłaciło się go uwolnić, bo drugiego mi kupił. Z balonem przywiązanym do wózka wróciłam do domku.
Rodzice potem żartowali, że dobrze, że nie wybraliśmy się do ZOO. Jeszcze gotowa byłabym wypuścić z klatek jakieś zwierzątka.
O Greenpeace słyszeliście?

niedziela, 26 października 2008

Moje 1,5 roku:)

Podobno kobiet o wiek się nie pyta:) Ale ja się sama pochwalę: WCZORAJ SKOŃCZYŁAM 1,5 ROKU!!! I dużo to i mało. Dużo jeżeli porównamy mnie np. sprzed roku; postęp ogromny, wystarczy spojrzeć na krzesełko do karmienia:) wtedy ledwo widać mnie było nad blatem:)
A mało no bo przecież jestem dzieckiem i to małym dzieckiem, które dopiero co nauczyło się dreptać, a jeszcze nie bardzo umie słownie wyrazić to co czuje.
Prezenty dostałam już tydzień wcześniej: pięknie książeczki i zwykłe kartonowe pudło po wyciskaczu do owoców; stało się ono moją ulubioną zabawką-kryjówką:)

czwartek, 23 października 2008

Czas na małe co nieco:)

W związku z wprowadzeniem w naszym domu wielkiej akcji pt. „Zdrowe odżywianie” powiem parę słów na temat moich posiłków. W odróżnieniu od rodziców – no może poza drobnymi wakacyjnymi epizodami z pizzą w roli głównej – moje menu było zawsze zdrowe i odpowiednio zbilansowane. Również jego obróbce termicznej nie można było nic zarzucić – mama mi wszystkie pyszności wyłącznie gotowała albo piekła. Ale… Moja monotematyczność wyprowadza już wszystkich z równowagi.
Pierwsze śniadanie to wyłącznie porcja mleczka; wprowadzenie zamienników skończyło się tragicznie… Więc póki co zostaliśmy przy mleku.
Drugie śniadanko - o ile pojawią się w nim jajka - jest the best! Jeżeli nie, to tak się z mamą przekomarzamy: ja wołam: „jaja, jaja”, a ona próbuje mnie nakarmić kanapeczkami z wędliną drobiową albo jakimś twarożkiem. Na szczęście dla niej przynajmniej „dodatki” w postaci ogórków pałaszuje ze smakiem. Odkąd po lekturze książki "Mama i tata to My!" przeczytaliśmy co tak naprawdę kryją w sobie parówki – brr aż ciarki nam przeszły po plecach! - mówimy im stanowczo i zdecydowanie: NIE!!!
Obiad – zawsze chętnie go zjem, o ile… będzie to pieczona rybka albo gotowane mięsko z kurczaka – wyłącznie skrzydełko bądź udko, w żadnym razie pierś! Z dodatków kasze w różnej konfiguracji, ryż i makaron; ziemniaki są blee. Warzywa do wyboru do koloru – zawsze je spałaszuje ze smakiem. Za to zupy – poza rosołkiem - poszły w odstawkę.
Podwieczorek – to tak różnie… Jogurt czy serek raz jest pyszny a raz nie, naleśniki czy placki z jabłkami też nie zawsze mi smakują, owoce są raczej mniam mniam:)
A kolacja to kaszka, ale tylko i wyłącznie Bobowita wieloowocowa "Smaczny sen". Innej nawet nie tknę!
W kwestii trunków:) to woda, woda i jeszcze raz woda! Dodam, że wyłącznie niegazowana „Żywiec Zdrój”. Od wielkiego święta zażyczę sobie soczek, zgodnie z moimi upodobaniami jest to TYLKO jabłkowo – marchwiowy Bobofrut.
czas na tzw. przekąski. Rodzice wyeliminowali z mojej diety ciasteczka, co mi wcale nie przeszkadza. Teraz chrupie pieczywo chrupkie albo wafle ryżowe mniam mniam. Polecam!
Podsumowując na śniadanie jadłabym tylko mleko i jajka, na obiad rybkę, podwieczorek generalnie mógł by nie istnieć, kolacje to jeden rodzaj kaszki, a to wszystko popijałabym wyłącznie wodą i zagryzałam ogórkami:)

środa, 15 października 2008

Szczepienie - podejście nr 2

Dzisiaj udało mi się zaszczepić! I to w dodatku szczepionką refundowaną! A to wszystko zasługa niezwykle miłej pielęgniarki z mojej przychodni.
Z samego rana mama odebrała telefon. To dzwoniła właśnie pani pielęgniarka. Kontaktowała się w mojej sprawie z sanepidem i refundowana szczepionka przy mojej niewydolności krążeniowej należy mi się jak psu buda, ale musimy mieć zaświadczenie od kardiologa. Miny nam zrzedły, bo gdzie Rzym a gdzie Krym. Mamy jechać 300 km po zaświadczenie? Absurd! A najbliższą kontrolę w Krakowie dr Kordon wyznaczył nam na 14 listopada. To z kolei za długo, bo żeby w ogóle był sens szczepienia to druga dawka musi być podana 2 miesiące po pierwszej... Już myślałyśmy, że przyjdzie nam jednak zapłacić, ale z pomocą przyszła właśnie pani pielęgniarka. Poruszyła niebo i ziemię i zdobyła to zaświadczenie! Umówiła nas w trybie super ekspresowym do kardiologa dziecięcego w przychodni specjalistycznej. Pani doktor już mnie "znała", bo wcześniej dostała przefaksowaną historię mojego serduszka. Oczywiście zaświadczenie dostałam. Pani doktor nie miała jednak czasu mnie zbadać, ale powiedziała, że bardzo ładnie wyglądam i zaprosiła nas do siebie na wizytę. Bardzo chętnie skorzystamy, bo wiadomo przezornego Pan Bóg strzeże.
A szczepienie... Darcie, darcie i jeszcze raz darcie... Ale mamy to już za sobą.
Teraz sen z powiek spędza nam jakaś wysypka, którą mam na całym ciele. Pediatra przed szczepieniem mnie oczywiście zbadała i orzeka, że jestem zdrowa, a te krostki (dodam, ze nie towarzyszą im żadne inne niepokojące objawy) to pewnie reakcja alergiczna na jakieś jedzonko. Ciekawe na co? Bo że ogórków kiszonych jeść nie mogę to wiem, ale co jeszcze. No i żeby szybko zniknęło to paskudztwo, bo wyglądam dziwnie:(

wtorek, 14 października 2008

365 dni minęło jak jeden dzień :)

Właśnie stuknął rok odkąd nudzę Was moimi codziennymi perypetiami. Z tej okazji życzę moim drogim, wiernym czytelnikom nieograniczonego dostępu do internetu, no a sobie weny twórczej i jak najmniej chwil zwątpienia czy ktoś docenia to moje czasami nieskładne, a czasami zbyt sentymentalne stukanie w klawiaturę:)


A to ja dokładnie rok temu 14 października 2007 roku:)

Falstart

Dzisiejszy dzień to termin mojego kolejnego szczepienia, podczas którego miałam dostać drugą dawkę Prevenaru, szczepionki przeciw pneumokokom. W super nastroju wybrałyśmy się z mamą do przychodni. Ponieważ byłyśmy przed czasem musiałam sobie jakoś umilić oczekiwanie. Usiadłam grzecznie przy stoliku i zaczęłam rysować. W końcu przyszła pani pielęgniarka i zaprosiła nas do środka. A tam ... TRAGEDIA!!! Ledwo przekroczyłam próg gabinetu zabiegowego zaczęłam wrzeszczeć wniebogłosy. Obowiązkowe ważenie - 10 500 g i mierzenie - 81 cm odbyło się w iście dantejskiej scenerii. Ze złości nawet - strasznie mi teraz wstyd:( - kopnęłam panią pielęgniarkę. Przyszła pani doktor, a ja dalej darłam się jakby mnie ktoś obdzierał ze skóry. Jakoś jej udało się mnie zbadać. Powiedziała, że jestem zdrowa, nawet mimo mojego zachowania nie zauważyła u mnie szczególnej sinicy, ale i tak nie zostałam zaszczepiona. 1 października weszło w życie Rozporządzenie Ministra Zdrowia zgodnie z którym dzieci od 2 miesiąca do 5 roku życia chorujące m.in. na: przewlekłe choroby serca z niewydolnością układu krążenia zostały objęte obowiązkowymi szczepieniami przeciwko pneumokokom refundowanymi przez Ministerstwo.
Jutro pani pielęgniarka ma zadzwonić do sanepidu i dowiedzieć się jak załatwić dla mnie taką darmową szczepionkę. Mamy nadzieję, że nie będzie z tym większych kłopotów, bo nie ukrywamy bardzo ucieszyła nas informacja, że możemy zaoszczędzić prawie 300 zł. A te pewnie i tak wydamy na szczepionkę tyle, że przeciwko meningokokom.

piątek, 10 października 2008

Słowotwórstwo

Do używanych przeze mnie od dawna wyrazów: mama, tata, Niania itd. w końcu doszły nowe.
I tak "tap tap" to nic innego jak ... kapcie! "Dziadzia" to oczywiście dziadek, "babta" - babcia, a "gchyy" oznacza coś gorącego. Natomiast wyrażenia: "baba" i "mniam mniam" nabrały zupełnie nowych znaczeń. Od dzisiaj "baba" to nie tylko telewizor, ale także laptop, na którym godzinami mogłabym oglądać swoje zdjęcia z dzieciństwa:) "Mniam mniam" dalej wyraża przede wszystkim moją nieodpartą chęć na przekąszenie małego co nieco, a od niedawno także smoczka. Mimo, że jestem wytrwała i bez marudzenia usypiam bez niego, to jednak darzę go - jak słychać - wielką sympatią.
Chciałabym już mówić, bo czasami ciężko mi się dogadać z moimi rodzicami. Nie wiem czy oni naprawdę nie rozumieją czy tylko udają gdy podchodzę do szafki ze smakołykami i chce dostać np. ciasteczko?

wtorek, 7 października 2008

Smoczkom mówimy NIE !!!

Moi rodzice bardzo dbają o moje zęby. Rano myje je razem z tatą, wieczorami różnie, ale najczęściej mama stara się je wypucować jak najdokładniej. Również z tego powodu moje ulubione jedzonko: ciasteczka zostały wykluczone z jadłospisu. Teraz gdy mam ochotę coś pochrupać dostaje wafle ryżowe albo pieczywo chrupkie. Solą w oku rodziców pozostawał jednak smoczek, którego z lubością lubiłam sobie possać podczas zasypiania. Mama jednak powiedziała: BASTA! Wiedziała, że pewnie łatwo nie będzie, ale uznała, że mam już prawie 1,5 roku więc czas najwyższy wysłać wszystkie moje smoki tam gdzie pieprz rośnie!
Walkę rozpoczęła od sobotniej poobiedniej drzemki. Zamiast smoka dostałam gryzak i baaardzo twardego sucharka. Dodatkowym ułatwieniem był fakt, że byłam bardzo zmęczona. Oczywiście po położeniu do łóżeczka głośno domagałam sie mojego pocieszyciela i go dostałam. Z pozoru wyglądał normalnie, ale ... Mama odcięła mu koniec więc był zupełnie bezużyteczny:( Trochę po marudziłam, jednak zmęczenie wzięło górę: po 10 minutach usnęłam z sucharkiem w buzi:)
Z wieczornym usypianiem było trochę gorzej. Nie dostałam sucharka, bo zęby były przecież już umyte. Mama próbowała czytać mi bajki, ale to też nie pomogło. Dopiero głaskanie po głowie i pleckach przyniosło podziewany efekt i usnęłam jak aniołek. W niedzielę i poniedziałek było trochę gorzej... Stanowczo domagałam się smoka i byłam bardzo niezadowolona, że nie mogę go dostać. Ale upór i cierpliwość mamy zostawały za każdym razem wynagradzane:)
A dzisiaj - nie zapeszając! - chyba nastąpił przełom! W południe nie awanturowałam się o smoka tylko grzecznie położyłam na boczek i usnęłam. Wieczorem mama dała mi tylko buziaka na dobranoc, powiedziała: "Dobranoc", zgasiła światło i wyszła z mojego pokoju. A ja trochę się jeszcze poprzewalałam w łóżeczku i zasnęłam jak niemowlę:)
Efektem ubocznym pozbycia się smoka są moje pobudki skoro świt. Do tej pory rodzice mogli mnie przynajmniej na jakiś czas "zatkać" smokiem. Teraz obudzona staję od razu na równe nogi i wołam co sił w płucach: MNIAM MNIAM !!!!

środa, 1 października 2008

Licytacja medalu olimpijskiego

W dniu dzisiejszym - 30.09.2008 roku - o godzinie 17.30 na portalu Allegro ruszy aukcja medalu olimpijskiego Agnieszki Wieszczek.

Agnieszka Wieszczek, zapaśniczka, brązowa medalistka Igrzysk Olimpijskich 2008, postanowiła oddać swój medal na licytację i w ten sposób pomóc w zebraniu pieniędzy. Szlachetnym gestem wykazała się nie tylko Nasza medalistka, ale również rodzice małego Frania, którzy postanowili podzielić się z innymi potrzebującymi - przekazując medal olimpijski na rzecz innego dziecka.

Zapraszamy do wzięcia udziału w licytacji!


źródło: Cor Infantis

poniedziałek, 29 września 2008

Szczęśliwa szesnastka!

Na kolejnego ząbka czekaliśmy tym razem trochę dłużej niż zwykle, ale w końcu się pojawił - dolna trójka. Do pełni szczęścia brakuje mi już tylko czterech piątek, ale te najczęściej pojawiają się między 24 a 30 miesiącem życia, więc póki co mamy trochę spokoju:)
Teraz pozostaje tylko albo AŻ tylko dbać o tę moją szczęśliwą szesnastkę!

niedziela, 28 września 2008

Mój przenośny toi-toi

No i stało się! Stałam się szczęśliwą posiadaczka własnego kibelka!
Mama wertując mądre książki natknęła się w nich na informację, że dziecko warto przyzwyczajać do nocniczka na długo przed zaczęciem przez nie nocnikowania. Podobno jak się z nim zaprzyjaźnię, nauczę na nim siadać to w tym odpowiednim momencie nie będę się tak stresować i łatwiej wejdę w kolejny krok w dorosłość. Oczywiście póki co nawet nie ma mowy z próbami odzwyczajenia mnie od pieluszek, a na pewno nie przed trzecią operacją, która - o ile mój stan nie ulegnie jakiejś gwałtownej zmianie - odbędzie się zapewne wiosną lub latem przyszłego roku.
Mój toi - toi (nawet kolorystycznie jest identyczny:) stanął w dużym pokoju, a ja go szybko zagospodarowałam: usiadłam na nim jak na krzesełku. Po rozmowie z rodzicami wiem już do czego służy: robi się do niego sisi!!! Wyedukowana przestawiłam go tam gdzie jego miejsce: do ubikacji. Stoi teraz obok kibelka rodziców i czeka aż trochę dorosnę!

Choinka

Chociaż do Świąt Bożego Narodzenia zostało jeszcze trzy miesiące ja już powoli się do nich przygotowuje. Coś tam pamiętam z tamtego roku: prezenty, życzenia i ... choinkę! To była duża aż pod sam sufit choinka ozdobiona pięknymi bombkami, łańcuchami i migocząca tysiącem światełek. Choinki co prawda jeszcze w domu nie mamy, ale ja już postanowiłam potrenować jej przystrajanie. A jak się nie ma co się lubi ... Jej substytutem zostałam ja sama! I pozawieszałam na sobie wszystko co sie dało: torbę - pieska, jakieś mamine korale, smycz i ... hmm sama nie wiem jak to nazwać. Tata śmieje się, że jest to jakaś akredytacja!
Najczęściej sama to wszystko z samego rana zakładam na siebie i paraduje w tym dumnie aż do samego wieczora, ale czasem pomagają mi w tym rodzice. Nachylam wtedy zgrabnie główkę niczym co najmniej złoci medaliści olimpijscy:)

poniedziałek, 22 września 2008

Sen



Temat idealny dla śpiochów:) A ja się ostatnio wcale do nich nie zaliczam!
Do niedawna lubiłam sobie pospać: chodziłam spać tuż po 20, a pobudkę robił mi mój kochany pusty żołądek po 7. Stawałam wtedy w łóżeczku i z całych sił wołałam: "Mama, mama! MNIAM MNIAM"! Oczywiście oprócz nocnego wypoczynku robiłam sobie drzemki w dzień, na ogół dwie - dłuższą przed obiadem i krótszą przed podwieczorkiem, w sumie około 2 godzinki. Ale - jak mówi mama - stare, dobre czasy odeszły w niepamięć. Teraz nie usnę przed 21, a wołanie o poranne mleczko zaczynam już koło 6. A potem przez pół dnia nie da się mnie zagonić do łóżeczka, dopiero najedzona po obiedzie kładę sie na jedyne dzienne spanko.
Mamie chyba pasował bardziej stary układ. Po pierwsze mogła dłużej poleniuchować rano w łóżku: mama nie należy do rannych ptaszków, a po drugie spokojnie przygotować obiadek. Teraz musi się nieźle nagimnastykować i połączyć gotowanie z zabawą z Hanią - Nianią:)


A tu ja z Tatą. Śpimy jak aniołki:)