środa, 2 listopada 2011

Wszystko co kocham


czyli książki i koty! 

Szkoda tylko, że kiciusie nie położyły się w dziale dla młodszych czytelników;)

poniedziałek, 24 października 2011

Muzyka łagodzi obyczaje

Nie ukrywam, że pomysł na posta zaczerpnęłam z bloga mojego kumpla Juliusza - Julku mam nadzieje, że nie masz mi tego za złe;)

Więc będzie o muzyce. Oczywiście lubię wszystkie piosenki, których uczę się w przedszkolu, słucham w radio "Bajka", ale prawdziwymi hitami są utwory zespołów: Strachy na Lachy i Projekt Warszawiak.
Oczywiście nie obce są mi dźwięki Metallicy czy AC/DC, ale chyba mój angielski jednak nie jest tak perfekcyjny, żeby dobrze opanować ich teksty.

Co innego takie "Twoje oczy lubią mnie", "Ostatki" czy przebój nad przeboje - "Piła tango" - utwory grupy SLN. Jak się dobrze wsłuchacie to usłyszycie, że oni wcale nie śpiewają o czarnej banderze tylko czarnej ... PANTERZE! 

Jednak ostatnimi moimi hitami są piosenki z repertuaru zespołu: "Projekt Warszawiak"! Znam je wszystkie na pamięć i nie sposób mi wymienić jedną ulubioną, bo poczynając od "Nie ma cwaniaka na warszawiaka", poprzez "Tango apaszowskie" - piosenka o mnie;), a kończąc, że wymienię tylko "Jadziem Panie Zielonka" dosłownie wszystkie są the best!

Byłam nawet na ich koncercie i bez ukrywanej dumy stwierdzę, że teksty pamiętałam lepiej niż jeden z ich wokalistów;)


A i jeszcze bardzo lubię śpiewać: "Do boju, do boju, do boju, hej Legia!!!"

wtorek, 18 października 2011

Zdolna jestem niesłychanie


Zdjęcie mówi samo za siebie. Mogę tylko dodać, że byłam jedynym dzieckiem z mojej grupy, które wzięło udział w tym konkursie plastycznym. Oprócz pięknego dyplomu dostałam też nagrody: notes i ołówek, znaczek i wieeelki długopis - wszystko oczywiście z Kubusiem Puchatkiem:) Nieskromnie zaznaczę, że był to już drugi dyplom na przestrzeni niespełna dwóch tygodni jaki otrzymałam - poprzedni dostałam za udział także w konkursie plastycznym, ale tamten był o ptaszkach.

Szkoda tylko, że mama nie zrobiła zdjęcia moich prac - zobaczylibyście wtedy sztukę przez naprawdę duże "S"!

Damą być


Dla każdej PRAWDZIWEJ damy bardzo ważny jest nienaganny wygląd. No wiadomo trzeba się najpierw porządnie umyć, uczesać, założyć czyste, wyprasowane ubranie i oczywiście ... umalować! Na "dorosły" makijaż - zdaniem mamy - jestem jeszcze za mała, ale zawsze mogę pomalować się w jakiś śmieszny wzorek.

Jedno mnie martwi... Podobno PRAWDZIWE damy nie jedzą rękami i nie dłubią sobie w nosie...Ech...

wtorek, 27 września 2011

L jak ...

Pamiętacie może jak w zeszłym roku przedszkolna logopeda - Pani Ewa - wysłała mnie na podcięcie języka?
 Jeśli nie to zapraszam do lektury. Oczywiście miałam go ćwiczyć, ale sami wiecie jak to jest. Tyle ważnych spraw na głowie i wogóle. I w tym roku miałam znowu spotkanie z Panią Ewą. Niestety troche źle mówię i teraz to nie ma już żartów - ostro bierzemy się do roboty! Ćwiczenia nie są ani trudne ani męczące więc nie powinno być problemów. W zasadzie źle wymawiam tylko "ś" i "sz" - reszta jest ok. A i jeszcze nie mówię wcale "r", a zamiast tego wstawiam "l", ale - to jak powiedziała pani Ewa - w tym wieku jest jeszcze dozwolone;)
A wiecie jakie słowo zaczyna się na literę "l'? L jak ....lyba!!!

piątek, 23 września 2011

Marchewka

Nie ma co! W średniakach nie można się nudzić!
Mama zapisała mnie na całą masę zajęć dodatkowych - sama jej kazałam! Coś tam sugerowała, że jest tego trochę za dużo, ale chyba przesadza. W końcu to tylko:
1. angielski 2 * w tygodniu
2. rytmika 2 * w tygodniu
3. taniec 1* w tygodniu
4. teatr 1* w tygodniu
5. no i francuski 1* w tygodniu
Powiedziałam, że mogę - ewentualnie - zrezygnować z angielskiego, GDYŻ GO JUŻ DOBRZE ZNAM:) Ale w odpowiedzi usłyszałam tylko gromki śmiech...
A w zeszłym tygodniu poznawaliśmy owoce - jabłka, gruszki, śliwki - kroiliśmy je, wąchaliśmy i komsumowaliśmy.
Z kolei cały ten tydzień mamy akcję: "MARCHEWKA". W poniedziałek malowaliśmy marchewki, we wtorek robiliśmy z nich ludziki, a wczoraj gotowaliśmy je, kroiliśmy, tarliśmy, robiliśmy sok i piekliśmy marchewkowe ciasto. Dzisiaj mamy je polać krówkową polewą i ... oczywiście: ZJEŚĆ!!!
Poniżej fotka:


Popatrzcie jak dwie Hanki: Biała i Czarna piją zdrowy marchwiowy soczek!

Tylko troche jestem zmęczona tymi wszystkimi atrakcjami... Bardzo żałuje, że nie mam już w Średniakach leżakowania. Co prawda nie zdażyło mi się jeszcze tak jak np. Roksanie usnąć w przedszkolu na dywanie, ale w związku z tym wieczorem chodzę spać z kurami:) Rodzice jakoś nie wyglądają w związku z tym na zmartwionych:)

P.S. Zupełnie bym zapomniała! W piątki po południu chodzę z Tatą na naukę pływania!!!

czwartek, 8 września 2011

Trudne pytania...

i jeszcze trudniejsze odpowiedzi... Ech...

Cieszę się, że moje dziecko rośnie, poznaje świat, uczy się nowych rzeczy. I coraz więcej rozumie. Wie, że słońce jest największą gwiazdą, która świeci również w dzień, że Londyn to miasto w Anglii:), a zima jest między jesienią a wiosną itd. 

Fakt, że coraz więcej rozumie wpływa na to, iż coraz bardziej zdaje sobie sprawe ze swojej choroby. Na codzień raczej tego nie dostrzega, chociaż...

Wczoraj wieczorem przyszła do mnie i spytała się czy już zawsze będzie miała chore serduszko. Powiedziałam, że nie mogę jej okłamywać i zgodnie z prawdą odrzekłam, że tak, chore już zawsze. Ale nie tak bardzo chore jak przed operacjami.
Nie przekonało to jej zupełnie - zaczęła płakać, ba płakać, wręcz zanosić się łzami.
Co mogłam zrobić? Nic - tylko ją mocno przytulić i z całych sił starać się powstrzymać moje własne łzy...

poniedziałek, 5 września 2011

Średniak

Wszystko co dobre niestety kiedyś się kończy... Mam na myśli oczywiście wakacje. Pobyt w słonecznej Andaluzji był wspaniały - ach plaża, basen, mini disco... Równie miło było w szlacheckim dworku w Kiermusach. Potem kilka dni w Białobrzegach, a na koniec kulturalna "końcówka" w Warszawie: kino, wizyta w planetarium...


Chociaż powiem Wam szczerze, baaardzo się stęskniłam za moim przedszkolem i już nie mogłam się doczekać powrotu do niego po wakacjach. Co prawda mamy nową salę, inną łazienkę i zamiast motylka moim znaczkiem w szatni jest teraz fasolka (!?) to przecież to jest dalej moje kochane przedszkole, w kórym znam każdy kąt! I tylko szkoda, że Pani Beatka została w maluchach... Ale zawsze będziemy się mogły spotkać np. w ogrodzie!

Jedna rzecz mnie tylko bardzo smuci. Przed wakacjami do przedszkola chodziła moja przyjaciółka Kalina. Teraz Kaliny już nie ma - była w Starszakach więc po wakacjach poszła już do szkoły. Kalinko hop hop odezwij się! Bardzo za Tobą tęsknię!

piątek, 5 sierpnia 2011

Isla Canela

Ach za oknem wreszcie zawitało słoneczko i człowiek w końcu poczuł, że są wakacje. Ja się "urlopuje" już od weekendu. Pierwszy tydzień sierpnia spędzam w Białobrzegach i tam szaleje z Fifką, bawię się z Marysią, śpiewam piosenki z Babcią Ulą, chodzę do lasu z Beatą, na lody z Dziadkiem Pawłem i robię jeszcze mnóstwo ciekawych rzeczy. W następny poniedziałek lecę z rodzicami do Hiszpanii! Już się nie mogę doczekać! Sami zobaczcie jak tam jest pięknie!



A co potem zobaczymy... Może kilka dni mad morzem, może Mazury... Muszę odpocząć i nabrać sił, bo pierwszego września wracam do mojego kochanego przedszkola i będę już Średniakiem!

wtorek, 26 lipca 2011

Fifka:)




Taki piękny piesek zamieszkał u Beaty w Białobrzegach. Kocham strasznie Fifkę - tak ma na imie ta mała, biała wariatka - i już się nie mogę doczekać kiedy znowu się z nią pobawię. Z niecierpliowścią odliczam dni, bo juz niedługo - w weekend - jadę do Białobrzegów na kolonie:) i będę miała mnóstwo czasu na zabawy z kochaną Fifeczką!

środa, 1 czerwca 2011

W świetle jupiterów

Wczorajsze popołudnie. Przedszkole. Spotkanie z okazji Dnia Matki i Dnia Ojca połączone z zakończeniem roku. Rodzice siadają niezgrabnie na naszych małych krzesełkach. Na stolikach łakocie: ciasta - jedno przyniosłyśmy rano z mamą, pyszne z wiśniami mniam, mniam, cukierki, truskawy oraz oczywiście napoje: woda, kompot, kawa i herbata.
Wszystkie dzieci pięknie ubrane: białe bluzki i jednakowe przedszkolne spódniczki w grochy dla dziewczynek oraz długie spodnie dla chłopców.
Rodzice zajęli już miejsca więc zaczynamy występ. Tata robi zdjęcia - wiadomo ważna chwila. Kilka piosenek i wierszyków odśpiewanych wspólnie przez całą grupę. Są też tańce: mój partner jest o głowę niższy ode mnie?!
A na koniec ku zdumieniu wszystkich obecnych, a największym moich rodziców na środek wychodzę ja! Sama! Bez pań czy innych dzieci! I co robię? Recytuje wierszyk o kotku i to w czapce kotka! Z uśmiechem na ustach, z gestykulacją, bez odrobiny tremy! 

"Cztery łapki w nich pazurki
Lubię zbiegać prosto z górki
Mruczeć, łasić się, przymilać
I po drzewkach też się wspinać
Piję mleczko, bardzo zdrowe
By wieść życie kolorowe
Kto ja jestem? Kotek Mały!
Do zabawy doskonały!"



Kłaniam się nisko i ... dostaje burze braw! A moi rodzice jacy oni są dumni:) I trochę chyba też wzruszeni:) A ja jestem szczęśliwa! Jedyna solistka w grupie! Żadne inne dziecko nie zdołało nauczyć się tego wierszyka więc dlatego Panie wybrały właśnie mnie!
Potem głos zabiera Pani Dyrektor coś tam mówi, że jesteśmy dzielni i w ogóle i że po wakacjach nie będziemy już Maluchami tylko Średniakami.
Szybko zmykamy do rodziców, pałaszujemy słodkości, oblewamy się kompotem i jest kupa śmiechu!
Na pożegnanie wręczam jeszcze Paniom bukieciki kwiatów i idziemy uczcić mój niewątpliwy sukces!

Obym nie okazała się tylko spadającą gwiazdą:)

wtorek, 12 kwietnia 2011

Angielski

No coż - przyszła kryska na Matyska:)
Trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że pozazdrościłam moim starszym przyjaciółkom: Zuzi i Mai, postanowiłam nauczyć się mówić po angielsku.
Na początek mama kupiła mi książkę o dżdżownicy Maxie,

który mówi tylko po angielsku. Do książki była dołączona płyta i można było sobie jej posłuchać. Jednak szybko mi się ona znudziła... Nastąpną pomocą naukową zostały specjalne karty do nauki angielskiego:




Ale nauka w domu mi już nie wystarcza więc mama zapisała mnie na zajęcia dla dzieciaków. Byłam co prawda dopiero raz, ale bardzo mi się podobało i już się nie mogę doczekać kiedy znowu tam pójdę. A podsumowując znam już cztery słowa:
robot - robot
puzzle - puzzle
różowy - pink
lala - doll:)

środa, 6 kwietnia 2011

Tata

Znacie mojego Tatę? Nie? To musicie go koniecznie poznać. Opowiem Wam o nim: mój Tata jest boski i przystojny!

Nie wiem tylko dlaczego Tata się dzisiaj zawstydził w przedszkolu jak mu Pani Beatka powiedziała, że jego córka tak pięknie o nim mówi:) Chyba jest do tego strasznie skromny!

Gdyby kózka nie skakała....

to by ... rączki nie złamała:(
Cicho tu było u mnie ostatnio, bo nawet nie chciało mi się nic pisać.
28 lutego biegnąc na obiad tak się nieszczęśliwie przewróciłam, że złamałam sobie prawą rączkę. Bolało mnie strasznie!!! Płakałam i płakałam i płakałam. Było to w niedzielne popołudnie więc rodzice szybko wsadzili mnie do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Na korytarzu prawie mdlałam z bólu, ale jak mi pani pielęgniarka zrobiła prowizoryczny temblak to od razu było lepiej. Po rentgenie zapadła diagnoza: złamanie przedramienia prawnego z przemieszczeniem. Wstępny wyrok: operacja i śruby... Jednak lekarz dyżurny po dokładnej analizie zdecydował o próbie ręcznego nastawienia. Rodzice odetchnęli z ulgą, bo wizja całkowitego znieczulania przy moim serduchu jakoś im się nie uśmiechała. O 20 pan doktor nastawił mi rączkę - w znieczuleniu miejscowym, a po 21 byłam już na swojej sali. Na noc zostałam z mamą w szpitalu, a rano wyszłyśmy do domku. Gips nosiłam 30 dni, by w końcu 29 marca ostatecznie się go pozbyć. Muszę dodać, ze wcale mi on nie przeszkadzał, bo doskonale nauczyłam się robić wszystko lewą ręką: rysować czy jeść. Tylko z kąpielą było zawsze trochę ceregieli.. No i cały ten czas spędziłam w domu z mamą. O pójściu do przedszkola nie było mowy.
Od tygodnia nie mam już gipsu, ale muszę nosić rękę na temblaku. Zrosła się niby dobrze, ale... Temblak mogę zdejmować tylko do mycia, spania i jedzenia. Najważniejsze jednak jest to, że w końcu znowu mogę chodzić do mojego kochanego przedszkola i jeść przepyszne kluski leniwe!!! Mniam, mniam:)
A następna kontrola u ortopedy 19 kwietnia. Trzymajcie kciuki!

czwartek, 10 lutego 2011

Geografia


Bardzo lubię Felixa. Felix to mały królik, który uwielbia podróże po całym świecie. Wczoraj wieczorem czytałam książkę o jego wspaniałych wojażach. Mama mówi, że przy okazji łączymy przyjemne z pożytecznym.
Feliks m.in. odwiedził Rzym z mnóstwem łażących wszędzie kotów, Paryż - gdzie podziwiał widoki z ogromnej wieży, Egipt - mama mówi, że tam nie jest zbyt bezpiecznie - sama nie wiem, ale chyba te mumie to grzecznie śpią w tych ogromnych piramidach - i wiele innych ciekawych miejsc.
A  wiecie gdzie był na samym początku? Odwiedził Londyn.
Mama się mnie wtedy spytała:
- Haniu, a wiesz co to jest Londyn?
Na co jej grzecznie odpowiedziałam:
- Jak to co! Londyn miasto w Anglii:)

piątek, 4 lutego 2011

Nocna warta

Prawie zawsze jest tak, że najpierw usypiam ja, potem tata, a na końcu mama. Jednak wczoraj wieczorem mama źle się czuła i położyła się do łóżka pierwsza. Tata czytał mi jeszcze książeczki, ale sam był też zmęczony i poszedł do swojej sypialni. Żebym się nie bała i żeby było mi raźniej, zostawił mi w łóżeczku mojego pluszowego krokodyla - miał mnie pilnować, żeby nikt i nic nie zakłóciło mi mojego snu. Ale powiem Wam szczerze ten krokodyl był po prostu do bani! Nie minęło nawet pięć minut i sam spał jak zabity! A do tego strasznie chrapał! Też mi wartownik!

środa, 26 stycznia 2011

Twoje oczy lubią mnie

- "Mamo a dlaczego Ty masz zielone oczy? Przecież Ja mam niebieskie, Tata ma niebieskie, wszyscy mają niebieskie!"
- "Haniu nie wszyscy. Ja mam zielone, a np. Twoja koleżanka z przedszkola Hania czarna ma brązowe. Chociaż wolałabym mieć niebieskie..."
- "Ale wiesz ja też chciałabym, żebyś Ty miała niebieskie... O mam świetny pomysł! Idź może do jakiegoś naukowca, żeby Ci przemalował te Twoje oczy!"

Profesor Ciekawski hop hop!!!

wtorek, 18 stycznia 2011

Znachor

- Mamo czy Ty wiesz, że Marysia jest chora? - Marysia to ulubiona lala Hani, a "wiesz" ulubione słówko:)
- Tak? Ojej! A co się stało?
- Wiesz dokładnie nie wiem, ale wiesz boli ją trochę brzuszek i nie może iść dzisiaj do przedszkola. - W tym momencie Hania wydyma usta  i robi poważną minę.  
- To może trzeba z nią iść do lekarza żeby ją zbadał?
- Wiesz Mamo już nie trzeba, bo wiesz dałam jej już antybiotyk i ona już na pewno nie umrze! - Uśmiech promienieje na Hanki twarzy.

Doktor Wilczur?

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Skała górą!

Wczoraj wieczorem zaprosiłam mamę do swojego pokoju i postanowiłam jej poczytać książeczki na dobranoc. A ponieważ nie znam jeszcze dobrze wszystkich literek wybrałam taką z dużą ilością obrazków. Książeczka była o mojej ukochanej Mysi. Mysia wraz ze swoimi przyjaciółmi szukali skarbu. I musieli zajrzeć we wszystkie zakamarki, bo nie wiadomo przecież gdzie mógł być schowany.
Więc i ja zaglądałam pod ruchome części książeczki. Raz znalazłam klucze do skrzyni, w której był ukryty, innym razem pod obrazkiem chowały się małe rybki, a jeszcze innym skały. A wiecie jakie skały?
Oczywiście skały ZJEDNOCZONE!

środa, 22 grudnia 2010

Przeprowadzka

Wczoraj wieczorem przeprowadziłam z mamą poważną rozmowę.

- Mamo musimy się wyprowadzić!
- Haniu, a dlaczego? Przecież dopiero co (no może nie tak dopiero, minął już prawie rok) zmieniliśmy mieszkanie. Masz teraz piękny duży pokój, nowe mebelki...
- Mamo, ale Ty mnie w ogóle nie rozumiesz! Nie może być tak, że ja śpię sama w swoim pokoju, a Ty z tatą w jednym! To niesprawiedliwe! Ja całe noce strasznie za Tobą tęsknię!

 I w tym momencie mama zakrywając usta wybiegła z mojego pokoju. I nie wiem w końcu czy się przeprowadzimy czy nie.

"Niech mówią, że to nie jest miłość

... że to się tylko zdaje Nam."

Wczoraj na leżakowaniu Lolek ugryzł mnie w palec. Bolało... Ech...

Widać nie ma róży bez ognia:)

wtorek, 14 grudnia 2010

Przygotowania

Z uwagi na zbliżające się wielkimi krokami Święta czas zacząć przygotowania. Mama non stop jeździ do jakiś sklepów, nawet kupiła mi piękną choinkę na biurko do mojego pokoju! Nie jest ona co prawda prawdziwa - prawdziwą tata ma zorganizować w najbliższą sobotę - ale pięknie świeci:)
W weekend będziemy też piec ciasteczka, bo w poniedziałek w moim przedszkolu odbędzie się wigilia. Oprócz jedzonka będzie oczywiście dzielenie się opłatkiem, składanie sobie życzeń i śpiewanie kolęd. Ja już nawet jedną znam, bo nauczyła nas pani Agnieszka żebyśmy mogli popisać się przed rodzicami. Mogę Wam nawet przytoczyć fragment:

"Skała na wysokości, skała na wysokości, 
a pokój na ziemi."

A czy Wy ją znacie:)

czwartek, 9 grudnia 2010

Mikołajki i kto się czubi ten się lubi

Fajne jest to moje przedszkole. I dzieci są fajne, i panie, no i oczywiście rytmika! Raz w miesiącu przyjeżdża do nas teatrzyk, a we wtorek był u nas Święty Mikołaj! Prawdziwy! Z długą brodą i workiem pełnym prezentów! Wszystkie grzeczne dzieci, oczywiście przede wszystkim ja (!), dostały od niego upominki: gry i słodycze. W domu mama niestety słodycze skonfiskowała, ale pozostała mi piękna gra w zgadywanie.
A i jeszcze jedno. Mam narzeczonego. Ma na imię Lolek:) i chodzi do mojej grupy! A dlatego go tak lubię, bo zaczepia tylko mnie! Jak to powiedziała mama, chociaż nie wiem o co jej chodzi, pierwsze koty za płoty!

Po kontroli

Wczoraj byłam na kontroli w Krakowie. Było jak zwykle miło i długo:) Szczególnie echo, bo trwało prawie 1,5 godziny! Ale mi to wcale nie przeszkadzało, bo słodko spałam.
Do Krakowa pojechaliśmy pociągiem, co było dla mnie nie lada atrakcją. Tylko dziwna rzecz, bo inaczej niż w samolocie nie zapina się tam pasów. Ale za to była restauracja, w której zjadłam pyszne śniadanko.
Do Prokocimia dotarliśmy na 11 i od razu panie pielęgniarki "wzięły mnie w obroty". Na początek kabelki - ekg, podczas którego grzecznie sobie leżałam, potem saturacja - 99%, tętno - 98-100, mierzenie - 103 cm i ważenie - 16,5 kg. Pobieranie krwi było mniej miłe, ale i tak byłam dzielna!
Pozostało czekać na echo... Troszkę to trwało, bo dr Kordon jak zwykle mega zajęty i dziećmi, i studentami.
Ogólnie - stan bardzo dobry, funkcja dobra, przewężeń nie ma, problem z aortą też nie jest istotny, ale... Niedomykalność zastawki trójdzielnej... To jest teraz nasza zmora. Co prawda była ona od zawsze, tj. od czasu po pierwszej operacji, ale teraz - wg dr Kordona - troszkę się zwiększyła. Na razie o żadnej interwencji - tfu, tfu - nie mówimy, za to będę dostawać zwiększoną ilość enarenalu, ale tylko rano.
Tak więc rano acesan 25 mg, enarenal: rano 1 mg, a wieczorem 0,8 mg. Powodów do niepokoju nie ma, ale należy mieć oczy szeroko otwarte.
Zmęczeni i odrobinę jednak przygaszeni wróciliśmy wieczornym pociągiem do Warszawy.
Należy mieć nadzieję, że wszystko będzie ok, bo nie ma co się martwić na zapas, bo jak to powiedział doktor: "Hanka dobrze jest!", a następna kontrola dopiero we wrześniu.

wtorek, 16 listopada 2010

Ksiądz

Nie wiem czy wiecie, ale ja jestem Małą Księżniczką, moja mama Królową, a tata? Mój tata jest ... Księdzem!

poniedziałek, 15 listopada 2010

All Inclusive

Z powodu nasilającego się kaszlu powodującego gwałtowne wymioty w poprzedni poniedziałek rano trafiłam do szpitala dziecięcego z rozpoznaniem ostrego zapalenia oskrzeli i niewiarygodnych dziwów jakie ujrzeli lekarze na zdjęciu RTG klatki piersiowej. Dziwy - o dziwo:) - nie miały związku ze zmianami w oskrzelach, ani tym bardziej w płucach, tylko - możecie to sobie wyobrazić! - w moim sercu. No comments...
Podczas przyjęcia na oddział - dwa piętra wyżej, badanie przeprowadzał inny lekarz - nie miałam już ostrego zapalenia oskrzeli tylko zapalenie gardła z niewielkimi zmianami w oskrzelach. Ale jak już przekroczyłam próg szpitala to sobie w nim zostałam. Oczywiście dostałam welfron, kroplówe tak na wszelki wypadek, przeprowadzono badania krwi, po których zlecono dożylnie antybiotyk. Poza tym czułam się świetnie, nie miałam gorączki więc roznosiła mnie energia. Całe szczęście, że ten szpital mamy 10 minut spacerkiem od domu to i moje kochane zabawki mogły być w błyskawicznym tempie przetransportowane do niego. Poza tym na oddziale był kącik zabaw z różnego rodzaju grami, puzzlami, klockami, książeczkami, więc jednym słowem było co robić. No i oczywiście były inne dzieci, a szczególnie Natasza lat 3,5. Trochę się razem bawiłyśmy, trochę na siebie gniewałyśmy i obrażałyśmy, ale przynajmniej miałyśmy jakieś zajęcie. A i jedzonko, muszę w tym miejscu pochwalić szpitalną kuchnię, było smaczne. Oczywiście nie byłam tam sama tylko z rodzicami, a także odwiedził mnie Wojtek. Noce spędzałam z tatusiem, który spał obok mnie na karimacie (mama też zachorowała, dostała zwolnienie i antybiotyk)
I tak sobie siedziałam w tym szpitalu aż do ... środy:) bo wtedy lekarze zadecydowali, że ponieważ jestem prawie zdrowa to antybiotyk mogę brać w domu tyle, że doustnie.
A ja? A ja wcale nie byłam z tego powodu zadowolona. Nawet powiedziałam mamusi, że całkiem mi się podoba w tym hotelu:)

poniedziałek, 25 października 2010

Ucięty język

I stało się... Mam ucięty język...
No może trochę przesadziłam:) Nie język, ale moje przykrótkie wędzidełko podjęzykowe:) Trzeba je było podciąć, bo praktycznie w ogóle nie mogłam ruszać językiem. Mimo tego z jedzeniem radziłam sobie wyśmienicie, ale zaczęłam mieć problemy z mówieniem. Gadam non stop, ale czasami ciężko było mi wymówić prawidłowo niektóre słowa. Np. słowo "Stuart" było w zasadzie nie do wypowiedzenia.
A więc po kolei.
Od wtorku wieczorem zaczęłam brać antybiotyk (profilaktyka IZW) - ospamox, a od środy odstawiliśmy acesan. W piątek nie poszłam do przedszkola, tylko się wyspałam, zjadłam porządne śniadanie i na 11 pojechałam do pani doktor. Wgramoliłam się na fotel i czekałam na rozwój wypadków. Najpierw pani doktor posmarowała mi język specjalnym kremem, a potem czymś go polała (środek znieczulający) i zaczęły po nim chodzić takie niewidoczne mróweczki:) W międzyczasie opowiedziała mi wierszyk o pieskach i przeczytała książeczkę o myciu zębów. Nie żebym się bała, o to to nie, ale powiem Wam szczerze troszkę się denerwowałam, bo nerwowo ruszałam nóżkami. W końcu nie wiedziałam co mnie czeka. Jak idę do dr Kordona to wiem, że muszę się położyć i będzie echo a tu tabula rasa. 
I zaczęło się. Otworzyłam szeroko buzię, a pani doktor specjalnym urządzeniem (laser) wzięła się za moje wędzidełko. Trwało to może 30 sekund i już było po zawodach:) Pożegnałyśmy się i poszłam z mamą na zasłużone lody:)
Pani doktor wspominała mamie, że może mnie boleć buzia i mogę być marudna, ale ona przecież mnie nie zna!
Nie marudzę, nie płaczę, tylko jeden raz dostałam panadol. Jedynie w sobotę wieczorem wszystkich wystraszyłam, bo zbyt dokładnie umyłam zęby:) i musiałam coś w buzi niechcący zahaczyć. Polała się krew, a ja przez moment byłam wampirem:) Wszystko jednak skończyło się dobrze.
Teraz czekamy aż buzia się zagoi, a wtedy pójdziemy do pani logopedy. Muszę zacząć ćwiczyć mój ozorek, bo zrobił się strasznym leniem. W końcu 3 i pół roku leżał sobie i nic nie robił. Trzeba wziąć go w obroty!

środa, 20 października 2010

Globtroter Hania



Będąc kiedyś w Monachium zakochałam się w Feliksie. W sklepie wolnocłowym na lotnisku zabrałam z półki karty do gry o tym małym podróżniku i za nic w świecie nie chciałam ich oddać. Mama była sceptyczna co do tego zakupu, bo - o ile coś zrozumiała:), wszystko było napisane po niemiecku - karty były przeznaczone dla dzieci powyżej 6 roku życia, a ja miałam wtedy dopiero 1,5 roku. Ale uparłam się i już!
Faktycznie przez rok gra leżała prawie nieużywana, ale teraz baraaardzo lubię się nią bawić. Na każdej karcie narysowane jest zwierzątko i kontynent na jakim mieszka. Bawimy się w ten sposób, że rodzice pokazują mi kartę, a ja muszę zgadnąć jak się nazywa narysowane na niej zwierzątko i gdzie mieszka. I tak miś koala mieszka w Australii, wilk w Europie, żyrafa w Afryce, puma w Ameryce Północnej, tygrys w Azji, a papuga - wg mojej wiedzy - w Almie!!!

czwartek, 7 października 2010

Wędzidełko

Trzeba uciąć mi język. I to nie dlatego, że jestem straszną gadułą i w zasadzie buzia mi się nie zamyka. Męczy to czasami rodziców, szczególnie podczas jazdy samochodem kiedy z częstotliwością co 2 minuty potrafię się pytać: "No i kiedy wreszcie dojedziemy?". Muszę mieć obcięty język, a dokładniej podcięte dolne wędzidełko, bo zaczynam źle mówić. I jak to powiedziała moja przedszkolna pani logopeda nie ma co z tym czekać. W zasadzie od razu po urodzeniu mama zauważyła, że mam problem z dolnym wędzidełkiem, ale po pierwsze najpierw trzeba było zrobić porządek z moim serduchem, a po drugie pediatrzy kazali czekać, bo czasami to się samo "naprawia". A teraz nie ma co czekać, bo się już nie naprawi tylko trzeba ciąć.
Normalnie jest to prosty, szybki zabieg przeprowadzany w znieczuleniu miejscowym. Biorąc pod uwagę moją przypadłość - siniczą wrodzoną wadę serca, to wszystko przestaje być proste.
Po pierwsze: czy znieczulenie miejscowe wystarczy? Bo np. takie zabiegi w przychodni stomatologicznej przy Warszawskim Hospicjum dla Dzieci wykonuje się w znieczuleniu ogólnym - w tym roku niestety nie można się już zapisać na wizytę (!!!)
Po drugie - w związku z ryzykiem wystąpienia infekcyjnego zapalenia wsierdzia trzeba zastosować antybiotyk
A po trzecie - w końcu to zabieg chirurgiczny, odstawić acesan.
Ech...

piątek, 1 października 2010

Pasowanie na przedszkolaka

Od kilku dni razem z Paniami wszystkie dzieci z mojej grupy - ja oczywiście też - uczyły się pięknych piosenek i wierszyków, żeby "zabłysnąć" przed swoimi rodzicami w dniu pasowania na przedszkolaka. Wczoraj, zaraz po podwieczorku, kiedy wszystkie mamusie i tatusiowie przybyli do przedszkola zaczęliśmy imprezkę. Weszliśmy do sali gdzie już na takich małych krzesełkach:) na nas czekali i zaczęliśmy przedstawienie! Niektóre dzieci widząc swoich rodziców od razu chciało do nich podbiec albo - chyba ze stresu przed ważnym występem - zaczęło płakać, ale jakoś się udało, bo w końcu show must go on!
Była oczywiście piosenka o paluszku - trochę się pomyliłam:), o Stasiu, o myszce Marysi, wierszyk o jeżyku i ... już zapomniałam co jeszcze. Po części artystycznej nastąpiło clue programu. Najpierw za Panią Agnieszką musieliśmy powtórzyć słowa przysięgi - nie pamiętam dokładnie, ale jej istota sprowadziła się do tego, że obiecaliśmy być grzeczni i kochać swoje przedszkole. A potem każde dziecko musiało zjeść z uśmiechem na ustach (!) kwaśnego żelka. Pani dyrektor wieeeelkim piórem pasowała wtedy każde dziecko na PRAWDZIWEGO PRZEDSZKOLAKA, a my dostawaliśmy medal i nagrodę - śliczną zebrę. Teraz następowała minuta dla fotoreporterów, a zaraz potem zaprosiliśmy szanownych gości do zaimprowizowanego bufetu, gdzie firma cateringowa w osobie naszego przedszkolnego kucharza zaserwowała nam pyszne ciasteczka, owoce i soki. Jak to na każdym udanym evencie czas biegł nieubłaganie i trzeba było się zbierać do domku. Ale pozostaną nam przecież niezapomniane wrażenia i filmy, które nagrał mój tata.
A jestem sobie Przedszkolaczek - przez duże "P" - nie grymaszę i nie płaczę!

poniedziałek, 20 września 2010

Plany

Bardzo lubię oglądać zdjęcia. Oczywiście najbardziej te na których jestem ja:) Na jednej z półek w naszym domku stoi zdjęcie, na którym jest tylko mama i tata. Mama mówi, że to strasznie stare zdjęcie, bo zrobione w 2002 roku - cokolwiek by to nie oznaczało. Więc spytałam się grzecznie: "Mamo, a gdzie ja wtedy byłam? u Babci Joli czy Uli?" Na co uzyskałam odpowiedź: "Ty Haneczko byłaś wtedy w planach!"
Jak to!? JA, SAMA W PLANACH!?

wtorek, 14 września 2010

Z życia przedszkolaka

Jako "stary wyjadacz":) - no w końcu minęło już prawie dwa tygodnie - podzielę się z Wami opiniami na temat mojego przedszkola.
Od początku.
Do przedszkola zaprowadza mnie tata, bo mama musi szybko pędzić do pracy. Oczywiście najpierw trzeba mnie dobudzić:), ubrać, uczesać tzn. zrobić palmę na środku głowy, umyć, dać kakao i serduszkowe leki. Choć przedszkole jest naprawdę niedaleko to na ogół jeździmy samochodem (tata potem też zmyka do pracy) - szczególnie gdy pada deszcz, ale gdy jest ładna pogoda wsiadamy na rower.
O 8.30 razem z innymi dziećmi jem śniadanie. Zawsze jest coś pysznego, a ja polubiłam kanapeczki nawet te z sałatą!
Potem bawimy się w sali lub w ogrodzie, rysujemy, śpiewamy piosenki - np. taką fajną o paluszku:

Tu paluszek, tu paluszek
Kolorowy mam fartuszek.

Tu jest rączka, a tu druga,
A tu oczko do mnie mruga.

Tu jest buźka, tu ząbeczki,
Tu wpadają cukiereczki.

Tu jest nóżka i tu nóżka,
Chodź zatańczysz jak kaczuszka.


Po takiej zabawie w brzuszku zaczyna burczeć więc najwyższy czas na obiad! Przecież od śniadania nic nie jedliśmy, pomijając małą przegryzkę - surowe marcheweczki, które dostajemy do pochrupania przed godz. 10.
Na obiad zawsze jest zupka - szczególnie czerwony barszczyk jest łatwo rozpoznawalny przez rodziców:) i jakieś pyszne drugie danie. Jem sama z apetytem, nawet Pani nie musi mi pomagać! I następuje to co tygrysy lubią najbardziej: leżakowanie! Oczywiście zawsze sobie trochę po marudzę, że niby nie jestem zmęczona, ale potem przykładam głowę do podusi, wsłuchuje się w śliczną muzykę, która puszcza nam Pani i już śpię jak suseł:)
A po leżakowaniu jest oczywiście: podwieczorek:) i ciąg dalszy harców z innymi dziećmi, szczególnie z moimi kochanymi przyjaciółkami: Drugą Hanią, Dominiczką, która ma takie same czerwone buciki jak ja i Polą. Czas mija szybko i nawet nie wiadomo kiedy przychodzi po mnie tata albo mama. A wtedy trzeba pędem się ubrać i lecieć do domu albo na kebabika, bo przecież brzuszek zdążył już zgłodnieć:)

środa, 8 września 2010

Przedszkolak

Jestem sobie przedszkolaczek, nie grymaszę i nie płaczę!

Czas mija szybko, od mojego ostatniego wpisu minął prawie rok (sic!). W tym czasie wyrosłam - mam równo metr, chyba powinnam pojechać do Sèvres i się porównać:) i oczywiście zmądrzałam! Cztery ściany mojego pięknego domu zbytnio ograniczały mój rozwój i kontakt ze światem zewnętrznym! A gdzie taki dzielny szkrab najlepiej zdobędzie wiedzę niezbędną do życia? Oczywiście w
p-r-z-e-d-s-z-k-o-l-u!!!
Od prawie tygodnia drepczę sobie więc z samego rana do przedszkola, a po pysznym podwieczorku wracam do domu.
Ubiegając ewentualne pytania: nie marudzę, nie płacze, jest mi tam dobrze, bo wiem że rodzice mnie nie zostawili na zawsze tylko przyjdą po mnie jak tylko skończą pracować.

Dlaczego lubię chodzić do przedszkola?
1. bo są inne dzieci, z którymi mogę się bawić; na razie dokładnie nie pamiętam jak się nazywają, ale jest też Druga Hania:)
2. można rysować, śpiewać i leżakować
3. jedzonko jest pyszne
A jakie są minusy:
1. trzeba wcześnie wstawać buuuuuuuuuuuu
2. nosić kapcie:(
3. słuchać pani!

piątek, 13 listopada 2009

Po kontroli

Co prawda z Monachium wróciłam w pełni sił, ale wiadomo strzeżonego... Tym bardziej, że rodzice naprawdę przeżyli szok, że to tak szybko poszło. W domku z pozoru wszystko wyglądało ok, ale... Przez jakiś czas będę musiała zażywać leki przeciwzakrzepowe , a te rodzice mieli mi podawać wg wskazań INR . A to tylko na pierwszy rzut oka wygląda prosto i łatwo. Początkowo wszystko było super, wskaźnik trzymał zalecaną normę (od 2 do 3), ale w momencie zmiany leków - w Monachium dostawałam coumadim, który jest niestety niedostępny w Polsce; przeszliśmy na sintrom - zaczęły się dziać dziwne rzeczy. INR "skoczył" do 12! W laboratorium szpitala dziecięcego na Niekłańskiej trzy razy powtarzali badanie, bo nie mogli uwierzyć! Musieliśmy odstawić leki i pilnie się skontrolować, bo takie wartości INR są bardzo niebezpieczne. Rodzice kupili mi też specjalne urządzenie do badania INR z krwi kapilarnej, żeby nie trzeba było mnie za każdym razem kłuć w żyłę, bo ja tego baaaardzo nie lubię:(
Tak więc w trybie super pilnym wyruszyłam w podróż do Krakowa. Jak zwykle: ekg - jakoś poszło, pomiary - waga 12,5 kg, wzrost 93 cm, saturacja 98%, tętno 93, badania krwi - ale się darłam!, prześwietlenie no i oczywiście echo. Byłam nawet grzeczna, ale tak się rozwaliłam na łóżku, że dr Kordon nawet nie miał gdzie usiąść:) Poza tym oglądałam krecika i oczywiście moje serduszko. Wnioski: dr był bardzo zadowolony z mojego stanu, wszystko funkcjonuje bez zarzutu. W pewnym momencie się przejęzyczył i powiedział, że lewa komora super co oczywiście wywołało gromki śmiech rodziców i pani Asi:) Ale już na poważnie wszystko jest w porządku, żadnych płynów, przewężeń, skrzeplin i tym podobnych "atrakcji", tętnice szerokie, zespolenia również. Tylko moja zastawka trójdzielna dalej się trochę niedomyka, bo w końcu herr profesor zdecydował, że nie ma sensu jej poprawiać, bo efekt może być zupełnie odwrotny od oczekiwanego, a tak jak jest nie jest źle.
Rodzice muszą tylko pilnować tego cholernego INR-u - który w między czasie dzięki Bogu spadł: najpierw do 3,8, a potem do 1,6 - ale wzbogaceni o wiedzę, którą przekazał im doktor powinni sobie poradzić! No i będę brała warfin zamiast tego sintromu. Doktor zmniejszył też inne leki tak wiec póki co będę zażywała enarenal 0,8 mg 2 razy dziennie, verospiron 12,5 mg 2 razy dziennie, a hydrohlorozothiazidum tylko 2 razy w tygodniu, a nie jak do tej pory 2 razy dziennie. Następna kontrola w lutym. Ja po tym wszystkim dosłownie "padłam":) Ze zmęczenia oczywiście:)

wtorek, 3 listopada 2009

Monachium - krótka relacja

18 października 2009 roku pojechaliśmy do Monachium. Cóż lata lecą - mam już 2,5 roku! więc czas najwyższy by przeprowadzić III operację metodą Fontana. Droga całkiem znośna może dlatego, że rodzice postanowili wyjechać "na noc", kiedy grzeczne dzieci słodko śpią:) Pierwszą noc spędziliśmy w hotelu nieopodal szpitala, żeby następnego dnia w pełni sił stawić się o godz. 9.00 w klinice Großhadern. A czekał nas istny maraton: rtg, echo, EKG, badanie lekarskie i krwi uff dużo tego było. Starałam się być grzeczna, ale zakładanie welfronu i pobieranie krwi dało mi w kość. Pierwszą noc w szpitalu spędziłam of course z mamą - a tata słodko spał w Ronald McDonald Haus - i moim kumplem Antosiem oraz jego mamą Hanią:) prawda, że piękne imię? Raniutko 20 października 2009 roku rodzice zawieźli mnie na cewnikowanie, które poszło szybko i sprawnie. Dostałam nawet prezent od lekarzy: piękną świnkę zrobioną z gumowej rękawiczki:) Okazało się, że moja aorta nie wymaga balonikowania, bo przewężenie jest naprawdę nieistotne - gradient 7 mm Hg, natomiast trzeba było zamknąć dwa naczynia krążenia obocznego. Wróciłam koło południa na salę i nabierałam sił. Zresztą doszły do mnie wspaniałe nowiny, że Antoś jest już po operacji, która zakończyła się sukcesem! HUUUUUUUUURA!!! Następnego dnia - 21 października - z samego rana mama ubrała mnie w piękną koszulkę z misiami, uczesała moje niesforne włosy i wraz z tatą zawiozła na blok operacyjny, gdzie o godz. 7.15 oddała w ręce doświadczonych lekarzy. A dalej wszystko było już w rękach prof. Edzia i doktor Kasi i oczywiście wiecie kogo - tego tam na górze... Wszystko poszło dobrze i o godz. 11.30 zostałam przewieziona na oddział intensywnej terapii. Razem ze mną operację przeszedł też mój hipcio - pokażę Wam go potem na zdjęciach:) Ponieważ słodko spałam lekarze nie chcieli mnie budzić i dopiero o godz. 16 zadecydowali się mnie ekstubować - jak bym nie była takim śpiochem szybciej pozbyłabym się respiratora:) Strasznie chciało mi się pić i trochę z tego powodu marudziłam. Najpierw dostałam trochę wody w strzykawce co mnie tylko jeszcze bardziej rozzłościło. Więc trzeba było zrobić awanturę, po której lekarze pozwolili mi się napić wody. Dosłownie nie mogłam się od niej "oddessać" i w sumie zamiast 50 dozwolonych ml wypiłam ze 150! Miałam tylko 6 pomp, 2 dreny, cewnik i tlen ustawiony na minimum, a i tak saturacja wahała się od 96 do 100%! Następnego dnia pozbyłam się cewnika i zrobiłam od razu siku i kupkę na nocniczek czym zadziwiłam wszystkich! Myśleli, że opędzą mnie pampersami! Wypiłam też trochę soczku, wody, zjadłam zupkę - jeszcze z pomocą mamy i samodzielnie jabłuszko! W piątek rano lekarze zakręcili mi tlen, a koło południa usunęli wąsy! Więcej jadłam, piłam, mniej spałam i zaczynało mi się powoli nudzić na tej intensywnej terapii. Z drenów leciało tyle co kot napłakał więc w sobotę lekarze usunęli pierwszy, a w niedziele drugi. W sobotę "zaliczyłam" pierwszy spacer po oddziale i postawiłam samodzielnie trochę jeszcze niezdarne pierwsze kroki! Po wyjęciu w niedzielę drugiego drenu - leki we wlewie ciągłym przestano mi już podawać w sobotę - poza kabelkami od monitora nie miałam nic, nawet wejście centralne mi wyjęli. Co więc było robić w tym szpitalu! Prosto z intensywnej terapii dostaliśmy przepustkę do Ronald McDonald Haus! Pogoda sprzyjała spacerom więc poszliśmy na mecz TSV Groshadern:) gdzie zjadłam pyszną kiełbaskę. Popołudnie spędziłam w sali zabaw w Ronaldzie, a wieczorem czekał mnie powrót do szpitala. Jakież było nasze zdziwienie kiedy po sprawdzeniu saturacji i podaniu leków pielęgniarka powiedziała: "See you tommorow"! Okazało się, że nie ma już żadnej potrzeby żebym zostawała w szpitalu i noc mogę spędzić z rodzicami w Ronald McDonald Haus! W poniedziałek i wtorek wpadaliśmy tylko 2 razy dziennie do szpitala na kontrole – brałam jeszcze antybiotyk no i dostawałam moje "serduszkowe" leki. A w środę 28 października, równo tydzień po operacji dostałam oficjalny wypis ze szpitala i pozwolenie powrotu do Polski! Do domku wyjechaliśmy jednak dopiero w czwartek wieczorem. Musieliśmy pozbierać myśli i zdystansować się do tego wszystkiego co stało się w Monachium i to w takim ekspresowym tempie! W czwartek przed południem pojechaliśmy jeszcze metrem na Marienplatz by jak prawdziwi turyści podziwiać piękno Monachium. A wieczorem pożegnaliśmy naszych szpitalnym znajomych - cały czas trzymamy za Was kciuki!!! - i wyruszyliśmy w podróż do domku!

Monachium III etap - kalendarium

18 października - przyjazd do Monachium
19 października - przyjecie do szpitala i wszystkie niezbędne badania
20 października - cewnikowanie
21 października - godz. 7.15 zjazd na blok operacyjny w celu przeprowadzenia operacji, III etapu HLHS metodą Fontana
godz. 11.30 - zakończenie operacji, przewiezienie na intensywną terapię, oddział G9B
godz. 16.00 - odłączenie od respiratora zakończone sukcesem:)
godz. 17.00 - pierwszy "posiłek" - 150 ml wody wypitej jednym duszkiem
22 października - pozbywamy się cewnika i od razu sukces: siku i kupka w nocniku; poza tym zostają nam tylko 3 pompy, zaczynamy jeść: zupka i jabłuszko mniam mniam
23 października - pozbywamy się tlenu i już nie jestem "babą z wąsem" :)
24 października - spacerek po oddziale i pierwsze samodzielne kroki
25 października - godz. 12.00 dostajemy przepustkę z intensywnej terapii:) prosto do Ronald McDonald Haus gdzie również nocujemy
26, 27 października - rano i wieczorem kontrole w szpitalu
28 października - oficjalny wypis z kliniki
29 października - powrót do domu!

środa, 2 września 2009

Jubileusz

Ponieważ mamy właśnie 200 okrągły wpis na moim blogu warto by było w nim zamieścić coś niezwykłego! A jest ku temu nie lada okazja: wszystkim pieluszkom mówimy zdecydowanie i stanowczo: NIE!!!
Mama od jakiegoś czasu starała się mnie przekonać do robienia siku do nocnika. Różnie to wychodziło: czasami się udawało a nie raz wychodziły z tego tylko nieplanowane porządki. A tu nagle dosłownie z dnia na dzień w końcu "zaskoczyłam" o co chodzi:) Pieluszki nie widziałam już na mojej dupce od dobrych trzech tygodni, i to zarówno w dzień jak i w nocy! Oczywiście czasami zdarzają się "wpadki", ale jak jestem baaardzo zajęta to trudno jeszcze pamiętać, żeby zrobić siku do nocnika! A jak nie ma nocnika to co? Kupkę albo siku można zrobić:
a) na trawkę
b) na tarasie w restauracji
c) w ostateczności w majteczki.
Jak widzicie jest wiele różnych możliwości:) Więc po co w ogóle te pieluchy?

środa, 29 lipca 2009

...

Oj dawno mnie tu nie było, dawno... I to nawet nie przez moje wrodzone:) - oprócz wady serca hi hi - lenistwo. Po prostu staramy się jak najlepiej i najciekawiej wykorzystać czas do operacji. Tak, tak ten wielki moment zbliża się dużymi krokami... Brr
A co u nas? 5 czerwca byliśmy na kontroli u dr Kordona w Krakowie. Doktor jak zwykle miły, uroczy i zapracowany. Ale wieści odnośnie mojego stanu zdrowia jak najbardziej pozytywne: waga 12,5 kg, wzrost 92 cm, saturacja 87-88%, tętno... hmm koło 100 - 110; chyba, nie pamiętam... Funkcja ok, tętnice bardzo ładne, aorta nieprzewężona!? - szok chyba sama się przepchała, wyniki gazometrii i morfologii super. Niedomykalność zastawki trójdzielnej niestety jest nadal, ale doktor twierdzi, że podczas III etapu jest to jak najbardziej do poprawy. Dostaliśmy zielone światło i błogosławieństwo do wykonania ostatniej operacji. Oczywiście decydujące będzie cewnikowanie, ale nic nie wskazuje na to, żeby coś stanęło nam na przeszkodzie.
Pokrzepieni dobrymi wiadomościami postanowiliśmy wykorzystać pozostały nam czas i korzystać z życia:) Często chodzimy na spacerki, do zoo, odwiedzamy znajomych i wojażujemy. Byłam już na wakacjach nad morzem we Władysławowie; niestety mama mi się tam rozchorowała i musiałyśmy wcześniej wracać... A teraz w planach mamy kolejną podróż i już nie możemy się doczekać wyjazdu!!!
A ja rosnę, rosnę i ... rosnę! Mama kupuje mi już ubranka na 104 albo nawet 110! Podobno mam super dłuuugie nóżki! to chyba dobrze, co:) Lubię śpiewać piosenki, bo znam już ich kilka. Moim numerem popisowym jest: "Sto lat", "Ogólek zielony ma gnitulek:)" i "Zuzia". Znam też wierszyk o "kipi kasia, kipi goch".
A poniżej kilka moich aktualnych fotek!













wtorek, 19 maja 2009

Bilans dwulatka i szczepienia

Ponieważ już ponad trzy tygodnie temu skończyłam dwa latka przyszła pora na wyprawę do przychodni na tzw. "bilans dwulatka". Mama trochę się obawiała czy będę grzeczna i ... tym razem miło się rozczarowała! Najpierw odbyło się ważenie: równiutko 12 kg - 50 centyl, mierzenie: już 90 cm! - 75 centyl i badanie przez panią doktor podczas którego byłam bardzo grzeczna. Troszkę gorzej było z zaglądaniem do gardła, bo co prawda otworzyłam je tak jak mnie poprosiła mama, ale niestety nie na tyle szeroko, żeby pani doktor mogła wszystko dokładnie zobaczyć. Ale i tym razem obyło się bez płaczu. Podsumowując: zeza nie mam:), słyszę dobrze, zarówno mój rozwój fizyczny jak i psychoruchowy jest jak najbardziej prawidłowy, chodzę bardzo ładnie i mam wszystkie 20 zdrowych, równych, białych ząbków!
A potem nadeszła "wiekopomna chwiła"... Szczepienia! Jedno obowiązkowe, które mogłyśmy zrobić już wcześniej, ale i pani doktor i pielęgniarkom, a także mamie jakoś ono umknęło..., a drugie nadobowiązkowe przeciwko meningokokom. Więc w jedną rączkę zostałam zaszczepiona Infanrixem, a w drugą NeiVac-C. Nie ma co owijać w bawełnę troszkę sobie przy tym popłakałam... Ale i tak zniosłam to dzielnie, bo jestem dużą, mądrą dziewczynką, która dobrze rozumie, że tak trzeba i już! Zresztą nie miałam o to do nikogo pretensji i na pożegnanie uśmiechnięta - co prawda jeszcze przez łzy - od ucha do ucha ładnie pomachałam pani pielęgniarce i pani doktor.
A teraz niecierpliwie odliczamy dni do wizyty w Krakowie.

środa, 13 maja 2009

Dobre wychowanie:)

Generalnie staram się być grzeczną dziewczynką, ale wiadomo dziecko to dziecko... Czasami jestem i małym łobuziakiem:) Np. dzisiaj. Przysięgam Wam przez przypadek, broń Boże nie specjalnie, włożyłam mamie paluszka do oka. Mamę chyba trochę bolało, bo złapała się od razu za to oko i zaczęła płakać:( A ja zarzuciłam jej rączki na szyję, pocałowałam w policzek i powiedziałam: "dziekuje mamo!!!". W tym momencie mama zaczęła się śmiać. No nie, zupełnie nie mogę zrozumieć jej zachowania... Człowiek stara się być miły i naprawić swój błąd, a tu się z niego śmieją... Ech...

wtorek, 12 maja 2009

Moje drugie urodziny !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

I stało się! Skończyłam dwa lata! Kiedy to minęło... Ach ten czas tak leci i leci... Oczywiście nie mogło się obyć bez hiper, ekstra, super imprezki!!! A koniec kwietnia sprzyja rozpoczęciu tzw. sezonu grillowego więc połączyliśmy jedno i drugie. Nie obyło się oczywiście bez pysznego tortu - ukłony w stronę cioci Agaty:)
A sama impreza!!! Oj działo się działo!!! Przez ten rok wszystkie dzieciaki urosły jak na drożdżach i dokazywały na całego!!! Tylko mała Pola i Tosia, które jeszcze rok temu były u swoich mam w brzuszkach jeździły wózkami, a cała reszta dzieciarni na własnych nóżkach biegała w tą i z powrotem!
W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować wszystkim miłym gościom za liczne przybycie na świętowanie mojego jubileuszu i oczywiście za moc przepięknych prezentów:)
Mam nadzieję, że w przyszłym roku pogoda będzie równie łaskawa i też sobie po świętujemy:)
Poniżej kilka fotek:





















A ja i tak chciałabym być starsza. Miałabym już z głowy trzecią operacje i w ogóle nie byłabym małym dzieckiem. Może dlatego zapytana: "ile masz lat?" odpowiadam: "sieść!!!"

piątek, 24 kwietnia 2009

Ferie u Dziadków

Po "próbie generalnej" czyli mini feriach u Dziadków przyszedł czas na prawdziwe wyzwanie: ponad tydzień bez rodziców, którzy znowu wymyślili wyjazd w góry. Mnie oczywiście nie chcieli zabrać, bo po pierwsze to bardzo daleko (ponad 14 godzin jazdy samochodem), a po drugie - już wszem i wobec wiadomo, że mają mega bzika na punkcie tego swojego snowboardu - ze mną by sobie nie pojeździli:)
Tym sposobem "wylądowałam" w Białobrzegach, gdzie pierwsze dwa dni spędziłam ze wszystkimi Dziadkami, a kolejne z Babcią Jolą i Dziadkiem Krzyśkiem, bo Babcia Ula i Dziadek Paweł pojechali w tym czasie do spa:) do Buska Zdroju. Muszę się Wam pochwalić, że byłam bardzo grzeczna. Nie płakałam wcale za rodzicami, którzy regularnie do mnie dzwonili, ładnie jadłam, brałam grzecznie leki i bawiłam się z Dziadkami. Niestety pogoda była pod przysłowiowym psem, więc spacerki ograniczyliśmy tylko do wychodzenia na podwórko i karmienia Frycka.
A rodzice w tym czasie szaleli na stokach przepięknej Val Gardeny! Tata będzie zły na ten wpis: mama przejechała więcej kilometrów od niego! Brawo!!!
Wypoczęci i opaleni, a przede wszystkim stęsknieni wrócili w końcu do swojej ukochanej córeczki, która niestety w międzyczasie dostała jakiegoś paskudnego kataru. Dzięki Bogu jak szybko się pojawił, tak szybko tez zniknął!
A rodzicom już chodzi po głowie kolejny wyjazd! Naprawdę maja hopla!!!







Cisza jak makiem zasiał

Chodzi oczywiście o ciszę na moim blogu. I nie jest to broń Boże moja wina. Bardzo bym chciała opowiadać Wam o moich przygodach, ale obsługa komputera jeszcze trochę mnie przerasta:) A mama ma lenia; wersja oficjalna: nie ma czasu... Tra ta ta ta! Jakoś nie chce mi się wierzyć. Tata natomiast jakoś się nie kwapi, żeby poblogować.
A co u mnie? Odpukać w niemalowane wszystko ok! Rosnę jak na drożdżach, mam już wszystkie 20 zębów, biegam z szybkością błyskawicy, troszkę się przy tym niestety męczę, gadam jak najęta, uwielbiam tańczyć (szczególnie w rytm "Kiedy powiem sobie dość" i "Kolegów") oraz rysować po czym tylko się da: bloku do malowania, stole, szafkach i ścianach:)
Obiecuje poprawę i częstsze wpisy; muszę tylko cholercia jakoś zmobilizować mamę:)

czwartek, 12 marca 2009

Siiiiiiii

Wczoraj po raz pierwszy zrobiłam siku do nocniczka:) Nie jest to co prawda jakiś przełom, ale na pewno WIELKI krok do pozbycia się pieluszki!!!
Po obiedzie mama zawsze kładzie mnie do łóżeczka na popołudniową drzemkę. Nie inaczej było i wczoraj. Gdy tylko się obudziłam mama zarządziła zmianę pieluszki, a tu niespodzianka: pieluszka była sucha, mimo, że do obiadu wypiłam ze dwa kubki wody. Rajstopki i pieluszkę miałam już zdjętą więc posadziła mnie na nocniczek. I nawet nie wiem jak i kiedy zrobiłam siku! Trochę byłam tym oszołomiona! I zupełnie nie rozumiem jak to się stało. Mama coś tam mi tłumaczyła i pokazywała, ale po mojej minie wywnioskowała, że jestem tak zaskoczona tym całym wydarzeniem, że kompletnie nic do mnie nie dociera.
Na razie będziemy się przyzwyczajać i od czasu do czasu "sadzać" na nocniczku. A gdy tylko zrobi się odrobinę cieplej rozpoczniemy wielką akcję pt. "Żegnaj pieluszko!".

środa, 11 marca 2009

Artysta Malarz:)

Komentarz jest tu jak najbardziej zbędny:) Patrzcie i podziwiajcie!!!


A jak nie było już miejsca na kartce to musiałam sobie jakoś poradzić:)


Zdolna jestem, prawda:)

piątek, 6 marca 2009

Gadu gadu:)

Mama i tata to były pierwsze słowa, które padły z moich słodkich:) ust. Poza oczywiście "miam miam":) i "ba" - pojęciem niezwykle pojemnym obejmującym swym znaczeniem i psa i telewizor i laptopa. Trudno wymienić tu cały zasób słów, którymi się obecnie posługuje, tym bardziej, że dosłownie z dnia na dzień jest ich coraz więcej.
Przytoczę - ku potomności! - te najważniejsze:
Ja mam na imię "Hania",
mama to "Mańta",
tata - "Ksiś",
piesek - "hau hau" ,
Świnka Pepa - "Papa",
Kubuś Puchatek to "Bubu", podobnie jak i Wujek Kuba:),
wypowiadać prawidłowo imiona Ada i Ania nauczyłam się szybko, bo to łatwizna:)
ciocia Beata to Ciota Bata,
Zuzia - "Dziudzia",
Maja - "Maaaaj,",
kiedy ktoś jest mi niezwykle potrzebny wołam głośno: "chodź!" i pokazuje paluszkiem "tam" albo "tu",
umiem też liczyć tyle, że wszystko zaczyna się od "sieść" i na "sieść" kończy:),
o wodę proszę mówiąc: "piii", a próby nocnikowania - na razie w rajstopkach i pieluszce:) - komunikuje wołając na cały głos: "siiii!!!",
dziecko to - ku rozpaczy mamy, która nienawidzi tego określenia:( - "dzidzia",
oczywiście "pan", "pani", jest dalej w użyciu, podobnie jak "papa", do którego dołączyło ostatnio "cieść",
śnieg to oczywiście "sień" tyle, że go już "nie ma" .
Tak z grubsza to chyba byłyby te najważniejsze i najczęściej używane przeze mnie słówka.
Mama z niepokojem czeka teraz kiedy zacznę pyskować! A może nigdy:)

piątek, 27 lutego 2009

I mamy kolejne piątki!

Bogate życie towarzyskie jakie ostatnio prowadzi moja rodzina: moje ferie u Dziadków, wyprawa rodziców do Krynicy, zaprzątały nam wszystkim głowy. Z tego powodu jakoś nie zauważyliśmy, że mam już nie 17, ale 19 zębów! W tak zwanym międzyczasie w mojej buźce pojawiły się dwa nowe ząbki: górna i dolna piątka! Do pełni szczęścia brakuje mi już tylko jednego zęba! A potem będziemy mieć spokój na jakieś cztery lata, bo dentystę zamierzam odwiedzać tylko profilaktycznie!!!

Mini ferie u Dziadków

Bardzo lubię prowadzić bogate życie towarzyskie. Strasznie się cieszę gdy odwiedzają nas jacyś goście, a ja również chętnie odwiedzam innych. Moim dodatkowym atutem jest fakt, że mimo, iż z mamą jestem prawie 24 godziny na dobę, to wcale nie jestem uczepiona jak rzep jej spódnicy. Potrafię jakoś pogodzić się z jej nieobecnością, bo dobrze wiem, że mnie kocha i na pewno niedługo do mnie wróci.
Pewnie już się zorientowaliście, że moi "starzy" mają hopla na punkcie snowboardu. Na początku to była pasja taty, ale i mama złapała bakcyla, ba można powiedzieć, że go nawet przejęła:) i teraz to ja sama nie wiem które z nich ma większego bzika:) W tym sezonie rodzice jeździli już na snowboardzie, ale z przyczyn "technicznych" - byłam z nimi:) - wrócili z tej wyprawy ze strasznym niedosytem, szczególnie mama, której z powodu obfitych opadów śniegu wypadł jeden dzień jazdy. Ale zima przecież trwa w najlepsze! Rodzice postanowili więc wysłać mnie na "ferie" do Babci Joli i Dziadka Krzyśka, a sami pojechali na trzy dni do Krynicy poszaleć na stokach Jaworzyny. Kiedy oni szaleli na snowboardach ja spędzałam miło czas w Radomiu. Chodziłam z Dziadkami na spacery, czytałam książeczki, oglądałam bajki i miałam mnóstwo gości: Wujka Bubu (Kubę), Olę, Ciocie: Asię, Krysię, Magdę, Danusię i Wujka Krzyśka, którzy koniecznie chcieli mnie poznać:) Starałam się być grzeczna i nie dokuczać Dziadkom. I nawet za bardzo nie tęskniłam za rodzicami, którzy zresztą non stop dzwonili i pytali się co u mnie słychać:) Chyba to oni straaasznie za mną tęsknili!
Te trzy dni minęły w oka mgnieniu i już nie mogę doczekać się kiedy znowu przyjadę do Dziadków na "ferie":)

Niania

Ten post wbrew pozorom wcale nie będzie o mnie:) Wcześniej Wam o tym nie wspominałam, bo trochę bałam się zapeszyć, ale minęło już tyle czasu, że teraz nie może już być jakiś wpadek:)
Kto jest szczęśliwym posiadaczem rodziny, a szczególnie małego dziecka zapewne bardzo dobrze wie jak kosmicznym problemem mogą stać się nawet wbrew pozorom proste czynności takie jak np. wizyta w sklepie, urzędzie itp. Przy małym dziecku nic nie można zaplanować, a nawet jeśli uda już się wybrać z domu to zaraz przytrafia się 1000 niespodziewanych rzeczy. Tata stara się jak najwięcej czasu poświęcać mojej skromnej osobie, ale wiadomo praca, praca, praca cały czas ta praca, ale co tam mus to mus, szczególnie przy obecnym kursie euro:( A dziadkowie niestety daleko... Rodzice postanowili więc znaleźć odpowiedzialną osobę do opieki nade mną przynajmniej na kilka godzin w tygodniu tak, aby mama miała przynajmniej chwilę tylko dla siebie.
Od jakiegoś miesiąca dwa razy w tygodniu popołudniami odwiedza mnie Ania. Od początku przypadła mi do gustu, a ja jej chyba też:) Razem bawimy się, oglądamy Sionia, jemy kolację, nawet czasami Ania mnie kąpie i przebiera w piżamkę. Z niecierpliwością oczekuje jej kolejnych wizyt i pół dnia potrafię pytać się mamę kiedy przyjdzie Ania.
W związku z tym, że Ania jest moją nianią musiałam się nauczyć prawidłowo wymawiać moje imię i teraz na pytanie: "Dziewczynko jak masz na imię?" odpowiadam głośno: "HANIA!!!!"

wtorek, 10 lutego 2009

Kakao i herbatka

Nie sztuką jest pić samemu napoje z kubeczka. Sztuką jest je samemu przygotować! Umiem już wlewać wodę z butelki - ale małej, półtoralitrowa jest jeszcze za ciężka:) - do szklanki, ale w końcu nadszedł czas na poważniejsze rzeczy. Gotowanie "na niby" dla łały (lali) czy sionia (słonia) już mnie troszkę znudziło...
Dzisiaj rano po cichutku, żeby nie przeszkadzać mamie, która akurat zajęta była "robieniem się na bóstwo" hihihi w łazience, postanowiłam sama zrobić sobie kakao. Przecież to nic trudnego, już tyle razy widziałam jak je przygotowują rodzice. Najpierw wyjęłam z szuflady kakao, które niestety zaraz wysypało się na podłogę! Pamiętałam, że musi być jeszcze mleczko więc i je wyjęłam. Ono z kolei za nic nie chciało wylecieć z opakowania:( Jako jego substytutu użyłam więc kaszki. Nie mogłam znaleźć szklaneczek, bo mama je strasznie wysoko chowa, no i wody też nie było. Trochę się tym zmartwiłam, no bo jak miałam zrobić to kakao. Zrezygnowana postanowiłam więc posprzątać ten cały bałagan. W ruch poszła szczotka i szufelka.
Jednak nie do końca dałam za wygraną! Nie udało się zrobić kakao to może przynajmniej herbatki się napiję! Jak pomyślałam tak zrobiłam! Ponieważ nie mogłam się zdecydować, która najbardziej mi smakuje wyjęłam z szuflady herbatę z dzikiej róży, zieloną oraz z pasiflory. I poukładałam ją ładnie na stoliku. W tym momencie do pokoju weszła mama... Ale miała minę:) Potem było przebieranie, sprzątanie i pogadanka wychowawcza wiecie takie ble ble ble:)






I muszę Was przestrzec: kakao "na sucho" wcale nie jest smaczne...

Trzecie urodziny Mai

Jestem osobą bardzo towarzyską i z tego względu bardzo lubię spotykać się ze znajomymi, chodzić na rauty, przyjęcia itd. A w sobotę była ku temu nie lada okazja, bo moja kochana Maja obchodziła trzecie urodziny!!! Oczywiście nie mogło mnie zabraknąć i razem z rodzicami pojechaliśmy złożyć jej najserdeczniejsze życzenia i oczywiście skosztować przepysznego tortu:) Z kwiatami i prezentem w dłoniach obściskałam przepiękną solenizantkę, a potem bawiłyśmy się do upadłego - dosłowne i w przenośni!
Zresztą zobaczcie sami:




A mojej kochanej Majeczce jeszcze raz życzę: STO LAT!!!

sobota, 7 lutego 2009

I po chorobie :)

Tak naprawdę to prawie po! W środę po południu udałam się z mamą do przychodni gdzie pani doktor dokładnie mnie osłuchała i zbadała, a ja - o dziwo?! - byłam pierwszy raz grzeczna i nawet nie płakałam! Płuca i oskrzela czyste, gardło lekko jeszcze zaczerwienione, uszy ok. A mój wstrętny kaszel pani doktor określiła jako bardzo ładny. W związku z tym kazała nam odstawić wszystkie leki, a tylko antybiotyk "dobrać" do końca - na mamine oko wygląda, że koniec będzie dziś wieczorem! Hurra!!!
Mam jeszcze całą masę glutów w nosie, no i ten kaszel czasami się przyplącze, ale ogólnie mam bardzo dobry humor i dokazuje na całego:) Na razie wyjścia na dwór mamy ograniczyć do wypraw do pobliskiego sklepu po przysłowiowe bułki, ale w przyszłym tygodniu - jeśli pogoda pozwoli - może wybierzemy się nawet do ZOO!
Wszelkim choróbskom mówimy głośno i zdecydowanie: NIE !!!

czwartek, 29 stycznia 2009

O choroba!

No niestety... dopadło mnie przebrzydłe choróbsko... I to w zasadzie z niczego. Już we wtorek po południu byłam jakaś ospała, ale innych dolegliwości rodzice nie zauważyli. Wczorajszy dzień też miałam nie najlepszy, do tego doszedł katar, brak apetytu i kaszel. Wieczorem mama zmierzyła mi temperaturę i niby nic wielkiego - 37 stopni. Całą noc strasznie marudziłam i kręciłam się w łóżeczku. Rano byłam już gorąca jak piec - temperatura 38,5, kaszel jak u gruźlika i zupełny brak apetytu - nawet nie chciałam spojrzeć na mleczko. Szybki telefon do przychodni i umawianie wizyty. Mimo, że panuje epidemia grypy udało nam się i już o 9 byłam u lekarza. Nie muszę dodawać, że średnio zadowolona wchodziłam do gabinetu, a podczas badania dałam niezły popis:) Dzięki Bogu płuca i oskrzela czyste, za to gardło buraczkowe i prawdopodobnie obrzęknięta krtań, bo strasznie chrypię. W moim przypadku decyzja mogła być tylko jedna: antybiotyk. Będę się kurować augmentinem, miejmy nadzieję, że on szybko pomoże! Wtorek, środa mam się zgłosić do kontroli i życzyłabym sobie, żeby móc wtedy powiedzieć temu choróbsku: "PA, PA"!

sobota, 24 stycznia 2009

Komu skrzydła, komu rogi

"Ruszył wielki plebiscyt! Już po raz 16. Czytelnicy zdecydują, kto zasłużył na Skrzydła, a komu należą się Rogi. Razem z naszymi kolegami z "Interwencji" (Polsat) wytypowaliśmy 20 kandydatów. Dziesięciu z nich wykazało się w 2008 roku zaangażowaniem i odpowiedzialnością. Dzięki nim żyje nam się łatwiej i ciekawiej. I dlatego są nominowali do Skrzydeł. Druga dziesiątka to bohaterowie skandali, którzy w zeszłym roku przynieśli nam wstyd. Dla nich mamy Rogi. Poniżej publikujemy sylwetki kandydatów. To Wy, drodzy Czytelnicy, rozstrzygniecie nasz plebiscyt. Wystarczy, że wyślecie odpowiedniego SMS-a. Warto, tym bardziej że czekają atrakcyjne nagrody. Wyniki plebiscytu zostaną ogłoszone na uroczystej gali, która odbędzie się 19 lutego w Warszawie.

Oni mogą dostać Skrzydła:

Edward Malec (54 l.)



Jest nie tylko wybitnym kardiochirurgiem dziecięcym, ale przede wszystkim wspaniałym człowiekiem. Ratuje dzieci, które urodziły się z połówką serduszka. Do niedawna operował w krakowskim szpitalu dziecięcym. Gdy okazało się, że nie może pomóc wszystkim chorym dzieciom (jak zwykle brakowało pieniędzy), wyjechał do Monachium, gdzie kieruje tamtejszą Kliniką Kardiochirurgii Dziecięcej. Nie zapomniał jednak o małych pacjentach z Polski. Specjalnie dla nich wynegocjował ulgową stawkę za operacje. Sam nie bierze ani grosza!

GŁOSUJ! SMS o treści KS.1 pod numer 7242
"

źródło: Super Express

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Zaległości - Święta i Sylwester

Jak to się mówi: Święta, Święta i ... po Świętach. Tym razem spędzaliśmy je wyłącznie w Białobrzegach, ale w komplecie! No prawie w komplecie, bo Wujek Kuba zwiedzał właśnie Amerykę Południową! Wow! A ja nie mogłam się zdecydować czy wolę bawić się z Dziadkiem Krzyśkiem czy Pawłem a może z Babcią Jolą albo Ulą:) Święta to oczywiście prezenty! Dostałam ich całą masę: wszystkie piękne, za co serdecznie dziękuje Ci Święty Mikołaju!
Natomiast Sylwestra spędzałam u Dziadków w Radomiu. Rodzice bawili się u Rafała na 18:) czym straaaasznie zawyżyli średnią wieku:) Poniżej kilka fotek. Prawda, że byłam bardzo elegancka?





Czas na piątki

Już dawno nie wspominałam Wam o moich ząbkach. Myje je często, ostatnio głównie sama, jakoś nie mam zaufania do rodziców - mam wrażenie, że nie robią tego zbyt dokładnie. Od ponad tygodnia do kompletu jedynek, dwójek, trójek i czwórek dołączyła - na razie jedna - dolna piątka! Oj od dawna dawała mi się we znaki! Trochę marudziłam, kombinowałam z jedzeniem i bardzo często budziłam się w nocy.
Teraz czekamy na jej koleżanki, jedna jest już chyba blisko!

czwartek, 15 stycznia 2009

(*) (*) (*) Śpij Kochanie śpij ....

Dzielny Bartuś dołączył wczoraj do grona Aniołków ...
Zawsze będziesz w naszych sercach ...
A taki roześmiany pozostaniesz w naszej pamięci ...